Zapraszamy czytelników na dwudziesty drugi odcinek „Amnezji” - powieści/noweli interaktywnej. Jego autorką jest Wanda Wywijas. Życzymy miłej lektury! Nie zapomnijcie również zagłosować na naszym FB odnośnie dalszych losów bohaterów. Zapraszamy do lektury i oddawania głosów.
- Zadzwońcie proszę - łkając prosiła Olga, matka Jana.
- Nu dzwoń i spakojno - jeden ze złodziei podał jej swój telefon. Nie wiadomo, czy pozwolił na to z litości, czy z innego powodu? Z litości raczej nie, bo na takiego nie wyglądał.
Tymczasem drugi z napastników wpatrywał się w niespokojnego ojca Jana. Wyjął flakonik, dając do zrozumienia co może się stać, gdy ten nawali.
Pogotowie znalazło się tak szybko, jakby wyrosło spod ziemi tuż pod oknem. Lekarz zdecydował o natychmiastowym zabraniu pacjenta do szpitala. Nikt nie oponował.
- Dojadę za chwilę. Proszę zaopiekujcie się moim synem - powiedział blady jak ściana ojciec Jana.
- Proszę zająć się moim synem. Jestem słaba, ale będę za chwilę z mężem - szepnęła pani Olga.
Jej wzrok nie wyrażał chęci życia. Była spokojna o los Jana, chociaż nie wiedziała, co się za chwilę może wydarzyć. Najważniejsze, że wywieźli go z domu. Patrzyła na męża wiedząc, że choćby zdołał uciec, to już do końca życia pozostanie ściganym przez prawo przestępcą. Jego wersja, że nie zna złodziei, dziś runęła jak poruszone kostki domina. Patrzyła na stół, gdzie obok kiełbasy leżały dwa szare pistolety i na papierowej serwetce dwie ampułki śmiercionośnej mieszanki w płynie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że mogli zabić ich wszystkich. Jana uratowała nagła i niespodziewana choroba. Dla takich, co kradną wirusa zdolnego zabić miliony, zastrzelić ich troje, to byłoby jak bułka z masłem. Jej mąż nie jest im już potrzebny. Tylko, dlaczego wybrali ich dom na przeczekanie do jutra? Czegoś tu nie rozumiała.
W domu Parowskich atmosfera była nie do wytrzymania. Matka ubrana jak królowa szykowała się znów do wyjazdu nie wiadomo gdzie, nie wiadomo z kim. Ojciec tymczasem nie pytał o nic. Siedział w salonie sflaczały jakiś, beznamiętnie patrząc na żonę. Dopiero dziś zrozumiał z kim związał się na dobre i na złe. Zdał sobie sprawę, że był pantoflarzem i za to należałaby mu się nagroda Nobla.
Być takim idiotą, tak ufać, tak kochać, by dla tej miłości posunąć się tak daleko. Dalej już nie można było.
- Ona kochała tylko pieniądze, nie mnie - myślał, a następnie, już na głos, zwrócił się do żony: - Zadam ci jeszcze jedno pytanie Marleno. Co z naszą córką?
- Jest dorosła, nawet jak ciebie braknie, to ma kochającą babcię i trochę kasy, a tak właściwie to przecież nie moja córka... - Anka o mało nie spadła ze schodów. Te słowa prawie ją zabiły, serce chciało wyskoczyć gardłem. Słuchała rozmowy od dłuższej chwili przyczajona na schodach. Matka odchodzi po tylu latach? Myślała, że tworzą całkiem statystyczną rodzinę na dość wysoko społecznie ustawionej półce. Nie jest moją matką? Przecież była ze mną odkąd zaczęłam rozumieć życie. Ma kochanka? I to dla jakiegoś lekarza poświęca ojca i mnie? Brylski... Kto to jest, że dla niego zostawia swój całkiem dobrze ułożony świat? Wyszła z domu bez słów, zresztą nikt nie zwróciłby na nią uwagi, już nikt. Szła w niewiadomym kierunku nie wiedząc, że ktoś podąża jej nieznanym szlakiem, donikąd.
Wyszła też bez słów Marlena zastanawiając się, którym autem odjechać. Wybrała BMW i powoli skręciła w przeciwną stronę miasta. Spojrzała ostatni raz na dom, w którym spędziła po studiach kilkanaście lat w całkiem dobrych warunkach. Pochodziła z biedy i biedy nienawidziła. Z mężem poznali się na studiach. Zajęła miejsce po niedawno zmarłej żonie, dziedzicząc dom i dziecko. Nie chciała mieć dzieci. Zrobiła wszystko, by ich nie mieć. Tym bardziej, że młodziutka Parowska zmarła z powodu gorączki po połogowej. Bała się chorób i biedy jak niczego na świecie. Jechała spokojnie nieświadoma, że z nadajnika pod spodem auta płynie sygnał do radionamiernika w samochodach policji i jednostek szybkiego reagowania. O dziwo, mijając domostwa po prawej, skręciła w lewo kierując się wprost na podjazd państwa Szubrytów. Uchyliła boczne drzwi i wyjrzała. Na parterze w trzech oknach paliło się światło, ale zasłony były zaciągnięte, więc nikt jej nie zauważył. Przed domem stały dwa samochody właścicieli domu.
Znali się z licznych spotkań na bankietach i wspólnie spędzanych wakacji. Nie przepadała ani za Olgą, ani za jej mężem. Podchodziła jak kot cicho, bez szmeru pokonując kostkę brukową posypaną piaskiem pod boczne wejście do domu. Ruszyła klamką. Zamknięte. Zadzwoniła trzykrotnie krótkim, urywanym sygnałem, by za chwilę wydłużyć dzwonek aż do otwarcia drzwi. Parowscy nie zdawali sobie sprawy z tego, że to był umówiony sygnał dla siedzących w kuchni złoczyńców.
-Hasło „Kreml" - powiedziała z uśmiechem i dodała: - Chłopcy, zmiana planu.
Ze zdziwieniem patrzyli na uśmiechy napastników i Marleny, której nie spodziewaliby się dziś za żadne skarby świata. Olga poderwała się pierwsza:- Co ty tu robisz? Wy się znacie? - spytała ze zdziwieniem zapierającym dech w piersiach.
Nie odezwała się, tylko wlepiła wzrok w leżące ampułki na stole.
- Durnie! - wykrzyknęła. - Jjak to leży? Bez zabezpieczenia? - drżącymi rękami otwierała przygotowany neseser z pojemnikami na ampułki wypełnione kulkami ze styropianu.
- Zwiążcie ich i zakneblujcie - wydała rozkaz jakby tej bandzie szefowała.
Śmiejąc się powiedziała Parowskiemu: - Pieniążki doszły, Bryl dziękuje.
- To wszystko jest bez sensu. Moje życie też było bez sensu - Parowskiego o mało nie trafił szlak na samo wspomnienie swoich wyczynów. Tylko, że jego żona nic z tego nie rozumiała. -
- O co tak naprawdę chodzi? - spytała.
Mąż nic nie powiedział.
- Oj, nieładnie - sarkastycznie odezwała się Marlena. - Powiedz żonie jak to nocami zabawiałeś się z dziewczynkami.
- Gdybym nie spłacił długów już bym nie żył...
- Nie przesadzaj. Za długi nie zabijają, tylko po co było zapożyczać od mafii?
- To przecież twój kochanek z nimi mnie zaznajomił - odpowiedział ze spuszczoną głową.
Olga dalej nie rozumiała. Przecież firma dobrze prosperowała. Handel blachą był bardzo intratną formą zarobku. Przecież na koncie było dużo. Co jest grane?
- Ile byłeś im winien?
- Prawie ćwierć miliona euro mafii i prawie tyle samo u Brylskiego. Grałem w kasynach. Najpierw miałem dobry, sprawdzony system. Przyszła zła passa. Przegrałem wszystkie nasze pieniądze. Potem chciałem się odegrać. Pożyczył mi Brylski na prośbę Parowskiego. Byli przecież kolegami z pracy. Potem jakiś czas grałem na kredyt, ale już było za późno. Bryl poznał mnie z ludźmi, którzy rządzą w kasynie.
- Ty durniu! - wrzasnęła Olga. - Przejrzyj na oczy! Zostałeś wrobiony... Pożyczali ci, a potem dopilnowali byś przegrał. Byłeś im potrzebny durniu, bo potrzebowali twojej pomocy. Byłeś kimś, całe to laboratorium to twoja hańba.
-Naprawdę myślałem, że produkują lekarstwo na tę straszną chorobę i dostanę kupę forsy.
- A ja cię miałam za inteligentnego człowieka - bełkotała już, bo usta właśnie kneblowała jej uśmiechnięta Marlena.
Oboje usłyszeli gromkie: do swidania i trzask drzwi samochodu Marleny.
Z oddali słychać było sygnały pogotowia ratunkowego. Policjanci wiedzieli już wszystko. Jagoda za to nie wiedziała, co dzieje się tam w oddali w piwnicach hotelu. Maks umiera ze strachu, a Dymitr z powodu zadanej rany. Pogotowie stanęło w połowie drogi spętane w burzany zarośli. Maks krzyczał nie wiadomo czy ze strachu, czy z radości widząc szpaler policjantów i obsługi pogotowia. Udało się! Udało! wrzeszczał jakby wypłynął z dna samego oceanu wprost do łodzi ratunkowej.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze