Reklama


"Amnezja". Poznawajcie losy bohaterów i decydujcie o nich! cz.18

25/12/2021 09:41

Zapraszamy do lektury osiemnastego już odcinka „Amnezji” - powieści/noweli interaktywnej. Autorką dzisiejszej części jest Wanda Wywijas. Życzymy miłej lektury! Nie zapomnijcie również zagłosować na naszym FB odnośnie dalszych losów bohaterów

Jan wszedł do domu. I był zmieszany, bo nie wiedział jak ma się zachowywać znając tajemnicę ojca. Nie przypuszczał, że tak nisko upadł. Co z jego firmą? Przecież wszyscy uważali ich za bogaczy, a tu takie długi i to u kogo. Mafia? Skąd ich zna? Takie myśli go teraz zadręczały.

Ojciec siedział w gabinecie nie zwracając uwagi na rozdzwoniony telefon. Odebrał tylko raz i to wystarczyło, by rozpadł się na kawałki. Nie myślał, że tak szybko się zorientują. Jak nic dowiodą jego udziału w tym procederze. Nie interesowało go kto i jaki miał cel w wykradzeniu fiolek. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że zawartość może zabić miliony, jeżeli dostanie się w niepowołane ręce. Ale czy on wie, kto przelał mu tyle kasy na konto? Nie wie. Może to zamachowcy znad granicy, może jacyś fanatycy w uśmiercaniu? Może, może, może... Zresztą co to za różnica? To już się stało.

Reklama

On tylko na krótką chwilę spowodował odblokowanie systemu zabezpieczającego. Wtedy ten Adrian z Goetla wpadł przez otwarty luk. Zrobił wszystko, by nie zrobili mu krzywdy. Dzieciaki? To był przypadek. Z powodu wciąż nie zlikwidowanej awarii systemu musieli ich uśpić na jakiś czas. Czuł się zbrukany, podły, zagubiony i bezradny. Niby dług wyrównał, ale czuje się podle i ten dawny strach podwoił się potroił. Zabija. O Jana boi się najbardziej. Był z ojca taki dumny i co? Co mu powiem? Kiedy już za późno. To nie przypadek, że skradziono zabójczego wirusa, a nie lekarstwo. Złodzieje wyjechali, sam kupował im bilety na samolot do Federacji Rosyjskiej. Kto ich znajdzie i gdzie? Teraz musi brnąć w tym do końca. Gdyby spróbował nie dopuścić do kradzieży, byłby dziś trupem. Ale może nim być, jeszcze dziś... Gdyby zakapował „Marszala” nie czekałby długo. To dopiero sukinsyn. Nazwał się Marszalem jak piesek w bajce, a to lucyfer z piekła. Przyjaciel k... mać.

Jagoda nie przypuszczała, że są tak blisko domu. Zastanawiała się dlaczego ich tu trzymają. Do głowy przychodziły jej różne myśli. Może wywiozą ich do burdelu gdzieś za granicą? Może będą testować na nich jakieś gówno? Ale po co im taki piegaty Maks? Jest słaby i chudy. Po co komu taka otyła Magda? Postanowiła wkręcić się w łaski Dymitra i zaciągnąć języka. Dobrze wiedziała, że mu się podoba jako dziewczyna. Toczył śliny, gdy czesała włosy. Ale znając jego profesję wyspecjalizowała się jak pies Pawłowa. Była czujna.

Reklama

Za oszklonymi drzwiami białego jak niebo pomieszczenia, toczyło się inne życie. Snuły się jakieś zdeformowane cienie kobiety i co najmniej trzech mężczyzn. Nigdy nie pokazali się więźniom. Stałym opiekunem był osiłek Apollo vel Dymitr. Dzisiejszego dnia jednak za matowymi szybami słychać było niezwykły ruch. Telefony za szczelnymi drzwiami dzwoniły głucho raz po raz. Dymitr miał rozbiegane oczy i wściekłość namalowaną na twarzy grubą kreską. Jagoda postanowiła dziś nie pytać. Niech ochłonie. Nawet on może mieć zły humor. Adrian wodził oczami poza drzwi i po twarzy Apolla.

Dymitrem był tylko dla Jagody. A ona uwięziona po raz pierwszy w życiu, nie wiedziała jak się uwolnić. Od urodzenia była inna niż wszyscy. Zawsze starała się imponować innym, prowadzić inteligentne rozmowy, sprawiać przyjemność rodzinie, a równocześnie uciekała się do różnych sposobów, żeby robić to, na co miała ochotę. Zawsze torowała sobie drogę siłą woli, ale wczoraj zrozumiała, że źle się do tego zabrała. Jeżeli przychodziło cierpienie, zaciskała zęby i wytrwała. Teraz też coś wymyśli. Musi, nie ma wyjścia. Bo babcia i tata cierpią z jej powodu i to bolało jak rozdarta rana. Moja staruszka ukochana, myślała o babci uważając ją za bezbronną staruszkę. Ojciec jest silny, znała go i czuła, że już szuka prawdy w jej i innych zniknięciu.

Reklama

Babcia okazała się nie taką wystraszoną staruszką, jak myślała Jagoda. Z całych sił zaangażowała się w śledztwo, które rozpoczęło się od razu. Ale teraz, gdy Bartek i Krzysztof zdobyli dodatkowe tak ważne fakty, ruszyło z kopyta. Dwie babcie udające starsze wczasowiczki miały za zadanie śledzić oranżerię i ruch wokół niej. Adrian był jednak najlepszym obserwatorem i pośrednikiem między Kamilem, Bartkiem a policjantami w cywilu. Anita z siostrą stały się następnymi bywalczyniami zamkowej kawiarni. Jeszcze nikt nie wiedział, że wokół zamku i oranżerii zacieśnia się pierścień osaczenia i lada chwila oba jego końce zostaną połączone.

Jan na dobre rozchorował się ze zgryzoty i nie opuszczał swojego pokoju. Nawet mama odwiedzała go rzadko. Czuł, że ona wie wszystko. W jej oczach tkwił kolec strachu. Od wczoraj widział jej czerwone od skrywanych łez oczy. Zadawał sobie miliony pytań i nie znał na nie odpowiedzi. Jedno wiedział: to mój koniec. Nawet gdyby Jagodzie nic się nie stało, on dla niej przestał istnieć.

Reklama

- To mój koniec - cicho powiedział szef ochrony oglądając ze zgrozą wpatrzony w monitory.

Wokół zebrali się wszyscy, z chińskim profesorem na czele. Po raz pierwszy na jego twarzy namalowało się zdumienie i wściekłość. Zamachnąwszy się ręką z całej siły walnął w ścianę jakby chciał ją rozwalić. Nie powiedział nic, tylko wskazując palcem jak pistoletem celował prosto w serce szefa ochrony. Wszyscy widzieli jak po BSL4 kręciły się dwie ubrane w skafandry osoby, których twarze, sylwetki nawet ruchy były nie do rozpoznania. Przeglądali teraz to czego nie pokazały monitory, ale zapisały ukryte kamery. W pomieszczeniu gdzie stała Krypta czyli lodówka z wirusem, jeden ze złodziei wystukał kod na klawiaturze otwierający kryptę. Czyli musiał go znać. Kamera odkrywała obraz z góry ponad ręce złodzieja i dokładnie było widać nazwy wydrukowane na fiolkach.

Reklama

-To wirus - białymi ustami, z których odpłynęła krew, powiedział jeden z profesorów. - Jeżeli ci głupcy go użyją, będą ginąć ludzie w bólu nie do opisania, plując krwią. Wiedzieli dokładnie co kradną - dodał załamując ręce.

Zapadła cisza, w której słychać było głośne, przyspieszone bicie serc. Z ekranu wiała śmierć osiadając jak czarny, złowieszczy ptak, po ramionach personelu. A ktoś, wyniósł go w neseserze jak pastę do zębów, bez strachu umieszczając fiolki w woreczkach foliowych. A jakby na to nie patrzył była to broń masowej zagłady, groźny wirus którego izolowano wieloma warstwami zabezpieczającymi, a miał do niego dostęp tylko personel wykwalifikowany i odpowiednio zabezpieczony odzieniem ochronnym. O zgrozo co robić. Wszyscy czuli się winni. Dziś, dla każdego z nich pieniądze nie grały pierwszej roli, dziś chodziło o śmierć wielu. Każdy wiedział, że rozpylenie śmiercionośnego wirusa zabije tysiąca a może miliony.  

Reklama

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama