Przed Państwem piętnasty odcinek „Amnezji” - powieści/noweli interaktywnej. Autorką dzisiejszej części jest Wanda Wywijas. Życzymy miłej lektury! Nie zapomnijcie również zagłosować na naszym FB odnośnie dalszych losów bohaterów.
Gdy ukazał się szary podmuch ze szpary powstającej z hukiem rozsuwanej ściany, zacisnęła odruchowo usta i oczy. Było jednak za późno. Traciła świadomość powoli. Nie dokończyła esemesa do ojca. Telefon jak jaszczurka wyślizgnąwszy się z jej dłoni cichutko osunął się po płaszczu i upadł w miękki pył, prawie w otwartych drzwiach oranżerii. Opadała bezsilnie w mocnym uścisku czarnych, znanych jej już rękawic, tkwiących na silnych dłoniach faceta w czerni. Wciągnęli ją do samochodu. Leżała na tylnym siedzeniu nieświadoma całego zdarzenia. Mknęli drogą w kierunku Krakowa, dokładnie według przepisów drogowych, omijając tym samym dwa patrole policyjne. Jasna cholera! Czy zrobiliśmy dobrze załatwiając małą? spytał ten zza kierownicy badawczo spoglądając na osobnika o ksywie Chruściel,trzymającego głowę Jagody na siedzeniu.
- Odwarknął jak pies: był rozkaz wszystkich podejrzanych. Jaka mała? dodał, chciałbyś być na moim miejscu, to piękna kobieta. Kręciła się od jakiegoś czasu, tylko patrzeć kiedy zjawi się ta z czarnymi włosami i jej koleżka. Na stówę, nie bywali tu na randkach, coś czaili. Wiesz co mnie zastanawia, ten mały z odstającymi uszami jak u plastusia. Jego Prałat nie pozwolił nadziać tym „ nano” gównem. Dlaczego?
Dwa dni temu ni z tond, ni z owąd w windzie na poziomie O, stał sobie chłopak, którego Prałat znał dobrze. To kolega jego córki Ani. Jak się do cholery dostał na nasz teren! wrzasnął do ochrony. Macie zadbać, by nie opuszczał strefy zagrożenia, na czas narady. Dopiero w tej chwili uruchomił się sygnał ostrzegawczy. Zatupotały wojskowe buty ochroniarzy, którzy z niedowierzaniem spoglądali na chudego intruza, nie mniej przestraszonego, może bardziej zaciekawionego.
Wiecie jaka wybuchnie panika, gdy nie wróci na lekcje? Tam jest moja córka, znam ją i wiem, że tak łatwo nie odpuści, nie mówiąc o nauczycielce. Znam i ją, będzie roztrząsać sekunda po sekundzie. A te dzieciaki i robotnicy potraktowani odpowiednią dawką?
-Leżą, nic im nie będzie do odpowiedniego czasu, meldowali ludzie w maskach na twarzy.
Szef ochrony wydał rozkaz: pełna mobilizacja, podwyższony stan bezpieczeństwa. Do zdziwionego Maksa rzekł: synu ciekawość nie popłaca. - Sprawdzić system bezpieczeństwa, dostępu, kamuflaż. Wszedł do dyżurki ogarnąć sytuację na zewnątrz. W parku policja już węszy, zebrał się tłum, podeszli wszyscy uczniowie i nauczycielka. Rozlazłszy się jak mrówki z mrowiska rozbiegli się wokół oranżerii, kawiarni i na parkingu. Jak to możliwe, ze zawiódł cały system, który jest nie do sforsowania przez kogoś postronnego. Szukać błędu, gdzieś jest. Teraz już wszystkich opanował zimny dreszcz niepokoju.
Maks nie dawał znać po sobie, jak wiele usłyszał i zrozumiał. Zamknięty w małym pomieszczeniu miał odbyć kwarantannę ustanowioną przez profesora z gabinetu po lewej stronie podzamcza, bo tam właśnie mieściło się laboratorium. Jak długo tu stałeś? spytał Maksa, który zdał sobie sprawę z tego, że na zewnątrz jest policja i wszyscy go szukają, i że aż tak bardzo bać się nie musi.
-W tej chwili zwiozła mnie winda, nic nie widziałem, nic nie słyszałem, puście mnie panowie. Moja mama się zamartwi dodał, ale kogo to obchodziło. Zaczął się teraz bać. Serce podeszło mu do gardła, myśl o szybkiej śmierci odmówiła mu władzy w nogach gdy usłyszał: mały do C2021A.O –Mimo osłabienia mózg Maksa nie zaprzestał logicznego myślenia. Jakie tu jest zabezpieczenie, że przeciągłego, piszczącego sygnału nie usłyszano na zewnątrz.
-Przez te przerwy, praca przeciągnie się o kilka dni, z niepokojem powiedział szef ochrony. Widział na twarzach nie ujawniony bunt.
-Chruściel, mieliśmy ochraniać do końca września, taką mam umowę. Czas się kończy, wokół zaczyna śmierdzieć. Za dużo zdarzeń w ciągu ostatniego czasu. Ten piegowaty z Suchej jakby chory, trzeba było go zostawić jak te dzieciaki. A jak umrze odpowiemy za morderstwo. I tak nie mógłby gadać do czasu ozdrowienia, spał by sobie w szpitalu. Mają przecież możliwość uwolnić ich od amnezji w każdej chwili jednym pstryknięciem, albo…
-Zabić? Chciałeś powiedzieć. Nie bracie, żadnej mokrej roboty, tak powiedział Prałat.
- Prałat! ale się nazwał, świątobliwy jak mało kto. Dla kasy unicestwił by swojego syna. Podobno biznes mu się sypie, długi pęcznieją. A tu taka kroi się forsa! Myślę, że za nadgodziny też nam odpalą. Słyszałem od Ryżego, że testy się powiodły. Wszystko na ukończeniu. Jedno mnie wkurza, miało być tak bezpiecznie, spokojnie. A tu co dzień coś nowego. Pieprzone ruiny, ktoś wziął za mało? Remont miał być przesunięty o pół roku. A tu ni z tond, ni z owąd robotnicy. To dzieciaki z klasą, to za chwilę maluchy, to znów policja, to znów ta pannica z koleżanką i jakieś chłopaki. Nie! to nie na moje nerwy. Trzeba pracę było kończyć w Krakowie. Laboratorium gotowe, całkowite odludzie, spokój. Po kiego było się przenosić?
- Głupiś, trzeba było. Za długo nie można w jednym miejscu, tak zdecydował ten chiński profesor. A reszta nie ma nic do powiedzenia. Do laboratorium ma wstęp tylko piętnaście osób z dwudziestu pięciu zatrudnionych. Samej ochrony jest ośmiu. My i kilku inwestorów jesteśmy całkiem na boku.
- Pieprzę to, chciałem być z daleka od tego wirusa, nawet tego lekarstwa. Cholera ich wie co tak naprawdę robią. Pomieszczenie BSL4 z każdej strony chronione. Wszyscy w kombinezonach. Wyglądają jakby wyruszali w kosmos. Z jakiegoś powodu mam dreszcze, gdy na nich patrzę. Wolę pilnować na zewnątrz, ty może nie?
Samochód sunął powoli aż pod budynek widmo, po starym hotelu. Okna czarne, niektóre skutecznie powybijane. Dziki bez oplótł ściany i drzwi wejściowe sprawiając wrażenie od lat nie funkcjonującego, popadającego w ruinę budynku. Tak się tylko wydawało. W piwnicy bowiem przebywało kilkanaście osób, jak to mówił ochroniarz Apollo o nich, ci z łapanki. Apollo przybrał sobie imię boga z mitologii. Prawdopodobnie czuł się tak piękny jak on, bo wciąż spoglądał w lustrzane drzwi opuszczonego laboratorium. No cóż lustrzane drzwi mówiły prawdę, był wyjątkowo rasowym maczo. Wysoki, dobrze zbudowany szatyn o oczach ciemnego bursztynu, mógłby być modelem najekskluzywniejszych firm modowych. Nie, on nie potrzebował pracy, a wielkiej kasy, by prysnąć gdzieś, gdzie nie ma ekstradycji. Miało się to ziścić lada moment. Okienka pod sufitem ochroniarze otwierali późnym wieczorem, by złapani uwięzieni, stłoczeni w jednej sali, mogli zaczerpnąć świeżego powietrza. W sali było szaro, duszno, śmierdziało potem dwunastu mieszkańców płci mieszanej.
Chruściel telefonem wydał polecenie: nosze! Zza szarej już ściany dzikiego wina wybiegły dwie na czarno ubrane osoby. Bez słów ułożyli Jagodę na noszach i zniknęli nie wiadomo gdzie i kiedy. Samochód z wygaszonymi światłami ruszył w drogę powrotną.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze