„Amnezja” to powieść/nowela interaktywna autorstwa Ireny Małysy i Daniela Grepsa. Dziś oddajemy w Wasze ręce jej czwarty rozdział. Życzymy miłej lektury!
ROZDZIAŁ IV
Patrycja zjawiła się punktualnie. W drodze do parku Kamil opowiedział jej o zaginięciu Maksa, o incydencie w oranżerii, wreszcie o rozmowie z Adrianem i o makabrycznym znalezisku w zaroślach. Dziewczyna słuchała uważnie, nie przerywając mu ani razu. Kiedy skończył, z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Rany, to naprawdę niesamowita historia.
– Myślisz, że wyssałem to wszystko z palca?
– Nie, skądże. – Przyjrzała mu się z uwagą. – Widzę przecież, że… że jesteś bardzo przejęty. Zresztą nikt normalny nie wymyśla takich rzeczy.
– I co o tym wszystkim myślisz?
Wzruszyła ramionami.
– Jeszcze nie wiem. Mam mętlik w głowie. Ale wiesz co? – Uśmiechnęła się lekko. – Dzięki, że zabrałeś mnie ze sobą.
Kamil zaczerwienił się po same czubki uszu.
Do parku dotarli po niecałym kwadransie. Adrian już tam był – stał nad brzegiem stawu ze swoim notesem w ręku. Na widok Patrycji wyraźnie się speszył. Kamil przedstawił ich sobie, po czym zwrócił się do obojga:
– Chodźcie, coś wam pokażę.
Ruszyli za nim, mijając w bezpiecznej odległości oranżerię.
– Nie jestem pewna, czy chcę to zobaczyć – rzuciłaPatrycja. – Po czymś takim człowiek może mieć nocne koszmary.
– Wygląda na to, że tylko ja nie wiem, dokąd idziemy? – mruknął Adrian z przekąsem.
– Zaraz się dowiesz – odparł Kamil. – Już prawie jesteśmy na miejscu. O, tutaj, między gałązkami. – Rozgarnął zarośla. – Przyjrzyjcie się. – Naraz jego oczy zrobiły się wielkie jak spodki. – Są nowe! Tego czarnego robala tu wczoraj nie było, dałbym sobie głowę uciąć! Ktoś nadział go na cierń!
Patrycja zakryła dłonią usta. Choć wiedziała z grubsza czego się spodziewać, wyglądała na zszokowaną. Z kolei Adrian najwyraźniej nie przejął się widokiem martwych zwierząt.
– A, to. – Machnął lekceważąco dłonią. – To tylko spiżarnia dzierzby.
– Spiżarnia czego?! – Kamil uniósł brwi.
– Dzierzby.
– Co to jest dzierzba? – spytała Patrycja. Minę miała taką, jakby nie wiedziała, czy ma śmiać się, czy płakać.
Adrian zapisywał coś w swoim notesie.
– Dzierzba to ptak – odezwał się w końcu, nie odrywając wzroku od notatek. – Poluje na owady i drobne zwierzęta, ale nie zjada ich od razu, tylko nadziewa na ciernie. Dlatego takie miejsce nazywa się spiżarnią dzierzby.
– Serio? – Kamil po raz kolejny tego dnia spąsowiał na twarzy. Czuł się jak idiota.
– Serio. Przecież mówiłem ci wczoraj, że słyszałem w parku dzierzbę.
– Nie pamiętam.
Adrian uśmiechnął się pod nosem, co nie umknęło uwadze Kamila, bo odkąd się poznali, ani raz nie widział uśmiechu na twarzy chłopca.
– To może powienieneś zapisywać wszystko w notesie, jak ja.
W pierwszej chwili Kamil poczuł się urażony tą uwagą, ale w tym momencie Patrycja roześmiała się serdecznie. Chłopak nie wytrzymał i sam też parsknął śmiechem.
– Potrafisz rozpoznać śpiew każdego ptaka? – Dziewczyna zwróciła się do Adriana. – Jesteś niesamowity, jak ty to robisz?
– Nie potrafię rozpoznać wszystkich. Właściwie rozpoznaję zaledwie kilkadziesiąt. Biorąc pod uwagę fakt, że na świecie istnieje ponad dziesięć tysięcy gatunków ptaków, jestem w tym raczej kiepski.
– Żartujesz? Po co ta skromność? Jak… jak w ogóle można się nauczyć czegoś takiego?
Wzruszył ramionami.
– Normalnie. Trzeba słuchać i… Wiecie, że prawdopodobnie każdy człowiek rodzi się z słuchem absolutnym? Tyle że większość ludzi z wiekiem go traci. Nawiasem mówiąc… – Przeniósł wzrok na Kamila. – To czarne to nie żaden robal, tylko biegacz skórzasty. Chrząszcz.
– W porządku, mądralo. – Kamil miał już dosyć odgrywania drugoplanowej roli. – Ale zgaduję, że nadal nie wiesz, co to lolek?
– Może zajmijmy się tym, po co tu przyszliśmy – wtrąciła szybko Patrycja. – Adrian, masz zdaje się jakąś teorię odnośnie wczorajszych wydarzeń?
***
Nieśpiesznie szli w stronę oranżerii. Słońce schowało się za mgiełką z chmur, park pociemniał, stracił kolory. Zanosiło się na deszcz.
– Przed wejściem stoi jakiś goryl – zauważył Kamil.
Określenie „goryl” było niezwykle trafne – mężczyzna miał ze dwa metry wzrostu i posturę zapaśnika. Z wygolonej na łyso głowy, wciśniętej w szyję o średnicy opony samochodowej, łypały na boki małe, blisko osadzone oczy. Od czasu do czasu zaciągał się papierosem tkwiącym w kąciku ust i wypuszczał w powietrze chmurę dymu.
– Oranżeria zamknięta na cztery spusty – mruknęła Patrycja półgłosem. – A ten typ wygląda jakby pilnował, żeby tak pozostało.
– Masz rację. – Kamil skinął głową. – Nic tu po nas. Porozmawiać możemy gdziekolwiek. I tak zaraz się rozpada.
– Chodźmy do Rzymu – zaproponowała Patrycja. – Tam można spokojnie pogadać.
Ruszyli w kierunku parkowej bramy, nim jeszcze na ziemię spadły pierwsze krople deszczu.
***
W karczmie było niewielu gości – zaledwie jedna para, wciśnięta w kąt pod ścianą, rozmawiała półgłosem. Nowoprzybyła trójka zasiadła przy stoliku po przeciwnej stronie spowitej w półmroku sali. Kamil zamówił po herbacie dla siebie i Patrycji oraz coca colę dla Adriana.
– Nie mam pieniędzy – zaprotestował ten ostatni. Kamil uspokoił go ruchem ręki.
– Ja stawiam.
– Jak… – zaczęła Patrycja, zwracając się do Adriana. Odgarnęła kosmyk włosów z czoła. – Skąd tyle wiesz? To…
Po swojemu wzruszył ramionami.
– Głównie z książek. Wiecie, że w suskiej bibliotece jest ponad sześćdziesiąt tysięcy książek?
– Przeczytałeś wszystkie? – wtrącił drwiąco Kamil.
– Jeszcze nie.
– Skąd wiesz, ile jest książek w bibliotece? – spytała zafascynowana Patrycja. Oblizała wargi. – Policzyłeś je?
– Nie. Zapytałem panią bibliotekarkę.
– Och. – Patrycja upiła łyk herbaty. Wyglądała na nieco rozczarowaną.
– Kiedyś próbowałem je policzyć – rzucił nagle Adrian, nie patrząc w ich stronę. – Ale ciągle ktoś mi przeszkadzał. Ludzie przychodzili, brali książki z półek, bibliotekarka dokładała nowe i tak w kółko. Za każdym razem, kiedy udało mi się policzyć część z nich, ktoś coś zmieniał i musiałem zaczynać od nowa. Miałem wrażenie, że głowa mi eksploduje. W końcu się poddałem. Byłem wściekły. Ja… zacząłem krzyczeć. Oni… ta bibliotekarka…
– Zacząłeś histeryzować, bo ludzie przyszli do biblioteki żeby wypożyczać książki? – zadrwił Kamil. Patrycja posłała mu karcące spojrzenie. Chłopak zdławił śmiech.
– Bibliotekarka chciała mnie uspokoić – ciągnął Adrian. – Złapała mnie za ramiona i ja… no… uderzyłem ją.
– W porządku. – Patrycja położyła mu dłoń na ramieniu. – Nie musimy o tym rozmawiać.
– To nie było w porządku. Od tamtej pory nie chodzę już do biblioteki. Mam sporo książek w domu, korzystam też z internetu. Ktoś doradził mi, żebym zaczął opisywać wszystko co mnie spotyka, co widzę, słyszę i czuję. Bo kiedy będę mógł to przeczytać i zastanowić się nad tym, to może uda mi się to wszystko zrozumieć. I może zrozumiem, dlaczego czasem moja głowa chce wybuchnąć. Dlatego wszystko zapisuję. To taka moja mapa. Mapa świata.
Przez kilka chwil siedzieli w milczeniu. W końcu Kamil odchrząknął.
– Dziwny jesteś, ale spoko z ciebie gość. – Uśmiechnął się półgębkiem. – No dobra, ale może wróćmy do tego, co miałeś nam powiedzieć. O oranżerii, parku i w ogóle. Uważasz zdaje się, że tam jest tajne laboratorium, tak?
Adrian skinął głową.
– No tak. Mam trzy mocne poszlaki. Po pierwsze, kilka dni temu niemal przy samym wejściu do oranżerii znalazłem to. – Wyjął z kieszeni niewielką kartkę, wygładził zagięte krawędzie i położył ją na stole. Kamil z Patrycją pochylili nad nią głowy. Na kartce znajdował się ciąg znaków zapisanych ołówkiem.
– To wygląda… jak jakiś chemiczny wzór – mruknął Kamil. – Pełno tu literek, kresek i strzałek.
– Jest tylko jedna strzałka – poprawił go Adrian. – Taka strzałka oznacza reakcję nieodwracalną. Sprawdziłem w internecie.
– Nieodwracalną?
– To znaczy przebiegającą tylko w jedną stronę.
– No dobra, kumam. A symbol „Co”? Myślisz, że chodzi o Covid?
– „Co” to kobalt.
– Albo tlenek węgla – wtrąciła Patrycja. – Jeśli zapiszemy to wielkimi literami, CO. Tutaj jest to tak nagryzmolone, że nie sposób jednoznacznie stwierdzić, czy „o” jest małe, czy duże.
– Tak jest – potwierdził Adrian. – Tlenek węgla, czyli czad. Śmiertelnie niebezpieczny, bezzapachowy gaz.
– Będziesz miał same piątki z chemii – mruknął Kamil z mieszaniną sarkazmu i podziwu w głosie.
– Ja tylko mam dobrą pamięć. Umiem czytać i zapamiętuję to, co czytam.
– Okej, skoro „Co” to nie Covid, to dlaczego myślisz, że oranżeria ma cokolwiek wspólnego z lekarstwem na koronawirusa?
Adrian sięgnął do kieszeni.
– Niedawno znalazłem w pobliżu oranżerii to. – Ostrożnie położył na stole niewielką strzykawkę z igłą w plastikowej osłonie. – To poszlaka numer dwa.
– Strzykawka? – Skrzywił się Kamil. – Dosyć słaba ta poszlaka.
– Ale przyznasz, że w połączeniu z tym wzorem na kartce wygląda to dosyć dziwnie? – odezwała się Patrycja.
– Trzecia poszlaka… – kontynuował Adrian. – Przedwczoraj udało mi się podsłuchać rozmowę dwóch gości nieopodal oranżerii. Nie słyszałem dokładnie o czym mówili, właściwie tylko strzępki zdań, ale na pewno padły tam słowa… Zaraz… – Przewertował kilka kartek w notesie. – O, mam. Padły słowa „covid”, oraz „na to nie ma lekarstwa”.
– I ci goście cię nie widzieli? – spytała Patrycja.
– Akurat obserwowałem wiewiórkę, byłem schowany za drzewem. Zresztą nie byłem wcale tak blisko nich, po prostu mam dobry słuch.
– W to akurat wierzę – mruknął Kamil. – Ale słowa „nie ma na to lekarstwa” to trochę za mało, żeby snuć niestworzone historie o tajnych laboratoriach i naukowcach szukających leku na Covid.
– Jest jeszcze coś. – Adrian ponownie wertował notes. – Ci dwaj zwrócili moją uwagę, bo wyglądali specyficznie. To nie byli robotnicy, ani spacerowicze, jakich wielu w parku. Jeden miał na sobie elegancki garnitur. Drugi płaszcz do kolan, taki jesienny, chociaż było dosyć ciepło. A pod spodem coś białego, jakby kitel czy fartuch…
– Na pewno sprawa jest warta zbadania – powiedziała Patrycja. – Pamiętasz jak wyglądali ci mężczyźni?
– Tak, narysowałem ich. Patrzcie. – Podsunął im swój notes.
– Hej, znam tego faceta! – wykrzyknął Kamil. – To ojciec Anki, mojej koleżanki z klasy!
– Jesteś pewien?
– No jasne! Dobrze go kojarzę, bo byłem parę razy u Anki w domu. Świetnie rysujesz swoją drogą…
– U Anki Parowskiej? – Patrycja zmarszczyła brwi.
– No… tak. Zaraz, jej ojciec jest przecież analitykiem w suskim szpitalu. – Kamilowi zaświeciły się oczy. – Zna się na chemii i w ogóle. To by pasowało… – Odchrząknął. – Zrobimy tak: Adrian, kręć się dalej w pobliżu oranżerii, może wypatrzysz jeszcze coś podejrzanego. Patrycja, ty spróbujesz się dowiedzieć, co znaczy ten chemiczny wzór, a ja podpytam Ankę o ojca, może coś uda mi się z niej wyciągnąć...
– Nie ma mowy – wycedziła Patrycja lodowatym tonem.
– Co? O co ci cho...
– Nie zgadzam się, żebyśmy dopuścili do sprawy tę wypindrzoną, wiecznie nadętą...
– Hej, hej, wyluzuj! – Kamil uniósł ręce w uspokajającym geście. – Tylko z nią porozmawiam, w szkole przy jakiejś okazji, czy coś. Nie muszę od razu we wszystko ją wtajemniczać.
Patrycja taksowała go nieruchomym spojrzeniem.
– Nie zgadzam się, jasne? Jeśli coś jej chlapniesz, ja odpuszczam. Rozumiesz?
Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu. W końcu Kamil skinął głową.
– Rozumiem. – Spuścił wzrok. – Nic jej nie powiem.
Daniel Greps
Czy Kamil powinien porozmawiać z Anką w tajemnicy przed Patrycją?
A: Tak B: Nie
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze