PAWEŁ TALAGA, mieszkaniec Zembrzyc wspomniał: „Z wiadomości podanych przez radio dowiedzieliśmy się, że Armia Radziecka jest już bardzo blisko. 23 stycznia 1945 roku po zaciętych bojach Zembrzyce zostały wyzwolone. Przerażający był widok ciał żołnierzy radzieckich, porozrzucanych po zamarzniętej Skawie i jej brzegach. Niektórzy z nich w rękach mieli broń, inni suche pajdy razowego chleba. Okoliczna ludność przewoziła zabitych ku kościołowi. Mężczyźni zajęli się kopaniem grobów na placu przykościelnym, skąd później zwłoki ekshumowano i pochowano w zbiorowych mogiłach w Wadowicach. Straty ludzkie i materialne nie były duże. Jedynie domy, które mieszkańcy pozostawili uciekając m.in. do Marcówki, aby tam ukryć się przed frontem, zostały okradzione przez żołnierzy radzieckich. Radość z wyzwolenia była wielka”.
WŁADYSŁAW KRZYSTOŃ, marcowianin powiedział, iż: „W styczniu 1945 roku żołnierze Armii Czerwonej IV Frontu Ukraińskiego, po wyzwoleniu Palczy i Jachówki, sforsowali Skawe, zajmując Zembrzyce i Marcówkę. Rosjanie wchodzili do domostw. Trzeba ich było zakwaterować i wyżywić. Front trwał tutaj około tygodnia. Zarówno w Marcówce jak i w Zembrzycach straty wojenne były nieznaczne. Wyzwolenie Marcówki spod okupacji hitlerowskiej, to była jedna z najbardziej radosnych chwil, w życiu mieszkańców wsi. Byli i tacy, którzy bali się tego, co przyniesie przyszłość”.
MARIA GAŁUSZKA, mieszkanka Śleszowic okres wyzwolenia wspominała następująco: „Toczyły się ciężkie walki w rejonie Leskowca, w Krzeszowie, w Tarnawie, w Śleszowicach, w Marcówce i w Zembrzycach. Kobiety, starcy i dzieci podczas walk ukrywali się w piwnicach, do których dobiegał dźwięk karabinów maszynowych. Mężczyźni próbowali pomagać radzieckiej armii. Po zagorzałej walce, Niemcy zostali wyparci ze Śleszowic, przez jednostki 38. Armii IV Frontu Ukraińskiego. Pamiętam wydarzenie to miało miejsce 24 stycznia 1945 roku. Było wówczas mroźno i dość duży śnieg. Większość domów została zniszczona. W mojej rodzinie, podobnie jak w okolicznych familiach, panował szał radości. Wyzwolono przecież naszą małą Ojczyznę Śleszowice. Ludność skarżyła się na Rosjan, że zabierali resztki żywności oraz cenne rzeczy. Mówiono o gwałtach, dokonywanych przez czerwonoarmistów na kobietach”.
STANISŁAW HUBER, śleszowianin, w rozmowie stwierdził, iż: „Przez Śleszowice przebiegał front. Pierwsze strzały słychać było 15 czy 16 stycznia 1945 roku. Linia frontu rozciągała się wzdłuż domu państwa Wajdzików i dalej na południe, obejmowała obecny Ośrodek Zdrowia, aż do zabudowań rodziny Gąsiorków, gdzie wówczas mieszkał Mraczny – Niemiec z pochodzenia. Tam front utrzymywał się najdłużej. Krwawe walki toczyły się około 8 dni. Zwyciężyli Rosjanie, którzy walczyli z niezwykłą zaciekłością i skutecznością”.
FRANCISZEK DUDZIAK, tarnawianin powiedział: „Podczas starć frontowych między Rosjanami a Niemcami, ci ostatni zastrzelili dziecko Marii Targosz, a u państwa Baców spaliło się dwóch mieszkańców i jeden Rosjanin. Zabito też pana Harańczyka. Spłonęła wtedy znaczna część zabudowań Tarnawy. Nacierający żołnierze rosyjscy, powodowali wycofywanie się Niemców, z naszej tarnawskiej ziemi. Rosjanie zabierali mieszkańcom przede wszystkim żywność, ale także kosztowności, szczególnie ze złota. Chcieli napić się wódki, toteż niektórzy mieszkańcy im ją dawali. Szukali też uciech z kobietami.”
JERZY PONIKIEWSKI, mieszkaniec z Kęt pamięta, iż: „Kęty w styczniu 1945 roku były poważnie zniszczone, na skutek prowadzonych tutaj działań bojowych Rosjan przeciwko Niemcom. Szczególnie ucierpiał rynek. Zdewastowane były budynki, ulice, sklepy. Rosjanie plądrowali mieszkania. Szukali głównie żywności i wódki. Rabowali drogocenne rzeczy. Gwałcili brutalnie kobiety. Z wolności wszyscy się cieszyli. Jednak podkreślić trzeba, że za tę wolność zapłaciliśmy później olbrzymią cenę, prawie pięćdziesięcioletnim zniewoleniem Polski, ze strony władz byłego Związku Radzieckiego.”
STEFAN ZAGÓRSKI, mieszkaniec Wadowic, później Częstochowy wyzwolenie wspominał następująco: „Wśród mieszkańców Wadowic panował na początku entuzjazm. Mimo, że ludność bała się Rosjan, to jednak chciała, aby Niemcy zostali przez nich pokonani. Pragnęli wolności, spokoju, normalnego życia. Nastawienie mieszkańców do żołnierzy sowieckich wtedy jeszcze było życzliwe, a nawet przyjazne. Później w miarę rozwoju sytuacji zaczęło się radykalnie pogarszać. Wpłynęło na to negatywne postępowanie żołnierzy Armii Czerwonej, lub poszczególnych sołdatów m.in.: upijanie się, liczne grabieże mienia ludności, gwałty kobiet, a nawet nieletnich dziewczynek i staruszek oraz zabójstwa mężczyzn, którzy stawali w ich obronie. Jeśli ktoś na ten temat się wypowiadał groziło mu aresztowanie. W okresie komunizmu ludzie bali się oficjalnie, o tym wszystkim mówić”.
KAPITAN GERARD WOŹNICA ps. „Hardy”, dowódca oddziału partyzanckiego „Surowiec”, którego dwie kompanie zostały włączone do dziań frontowych w Makowie Podhalańskim i w okolicach, pisał o tym: „... W nocy z 21 na 22 stycznia, radziecka dywizyjna kompania zwiadowcza, pod dowództwem kpt. Starostienki i kompania partyzancka „Mata” otrzymały zadanie rozpoznania sił i ugrupowania nieprzyjaciela w rejonie Makowa Podhalańskiego. Połączone oddziały wyruszyły w drogę i w krótkim czasie bez przeszkód osiągnęły szczyt wzgórza Bryndzówka... Oddział wszedł w zalesiony wąwóz i wolno schodził w stronę miasta. Niedaleko pierwszych zabudowań napotkano miejscowego chłopa, który poinformował ppor. „Mata”, że niemiecką załogę Makowa Podhalańskiego wzmocniły dalsze oddziały Wehrmachtu... Zadanie zostało wykonane. Kpt. Starostienko i ppor. „Mat” zdecydowali wycofać obydwie kompanie na szczyt Bryndzówki... Kompanie wolno wycofywały się pod górę. Kompania „Mata”, która ubezpieczała, została zauważona przez zbliżający się oddział Wehrmachtu. Niemcy szykowali się do natarcia, ale ogień partyzantów przycisnął ich do ziemi. Nastąpiło krótkie, gwałtowne starcie ogniowe. Niemcy mieli dużą przewagę, ale nie wytrzymali naporu partyzantów i w rozsypce wycofali się”.
PORUCZNIK TADEUSZ MAZURKIEWICZ, ps. „Boruta”, dowódca oddziału partyzanckiego Armii Krajowej „Chełm” we wspomnieniach napisał: : Wspólnie z partyzantami sowieckiej grupy „Borba” Nikołaja Kazina, ps. „Kalinowski” i naszego oddziału „Chełm”, dokonaliśmy udanej akcji na folwark w Wieprzcu. Zdobyliśmy wówczas niemiecki plan obrony oraz rozbiliśmy hitlerowski sztab 558. pułku piechoty. Dzięki pozyskanym od nas dokumentom dowództwo sił radzieckich opracowało nową strategię natarcia. Rozpoczęło się ono 28 stycznia 1945 roku. Trwało aż do wieczora tego dnia. Zakończyło się całkowitym wyparciem Niemców z Makowa Podhalańskiego. Tłumy mieszkańców wiwatowały i radośnie witały wojska radzieckie w miasteczku. 2 lutego do Makowa Podhalańskiego weszli także partyzanci z grupy „Borba” i nasi z oddziału „Chełm”.
WINCENTY KUROWSKI, makowianin o tamtych dniach mówił: „ Wojska niemieckie przez 6 dni zaciekle atakowały Rosjan tak, że ci nie mogli wyjść poza Makowską Górę. Umożliwiło to również niektórym oddziałom hitlerowskim wycofanie się drogą Sucha – Jordanów – Chabówka – Nowy Sącz. Już 29 stycznia 1945 roku, Rosjanie po zmasowanym ataku na Niemców, wkroczyli do Makowa i okolic. Ciężkie walki pochłonęły wiele ofiar, zarówno po stronie wojsk niemieckich, jak i sowieckich. Zniszczony był rynek, wiele domów oraz ulic. Mimo iż wszystko trzeba było rozpoczynać od nowa, panowała wielka radość ze zwycięstwa nad Niemcami, którzy w nasze lokalne dzieje przynieśli strach, głód, śmierć, kalectwo, ruiny, ból oraz cierpienie. Nie znaczy to jednak, że ludność nie bała się o jutro”.
JAN KULIG, mieszkaniec Suchej Beskidzkiej, powiedział: „Przelot nad Suchą sowieckich samolotów późną jesienią 1944 roku, zwiastował rychły koniec wojny. Znamienne było to, iż zrzuciły one bomby na terytorium stacji kolejowej w Suchej, wprawiając w popłoch Niemców. Radzieckie wojska zdobyły najpierw Zembrzyce 23 stycznia 1945 roku. Następnie usadowiły się na stoku Makowskiej Góry. Sowieci w walce zastosowali katiusze. Wówczas bardzo ucierpiała Błądzonka, którą przejmowali raz Niemcy raz Rosjanie. Wielkie uderzenie wojsk radzieckich spowodowało stopniowe wycofywanie się hitlerowców. 29 stycznia 1945 roku Rosjanie zajęli Suchą. Mieszkańcy cieszyli się z wyzwolenia miasteczka i okolic. Byli wdzięczni wyzwolicielom. Kobiety rzucały się im na szyję. Wręczały żołnierzom kwiaty. Mimo tego panował ogólny strach przed tym co będzie. Ludność pamiętając o historii bała się Rosjan i nowych zmian. Tu i ówdzie było już wtedy słychać o komuniźmie, który miał opanować całą naszą Ojczyznę”.
ZENON KUŚ, z Jordanowa wspominał: „Wyzwolenie, które nastąpiło 29 stycznia 1945 roku, okupione zostało zniszczeniem miasta. Ucierpiał rynek, zabudowania, ulice. W czasie walk ginęli zarówno niemieccy jak i sowieccy żołnierze. Rosjanie okradali mieszkania, szukali żywności, alkoholu. Dewastowali zakłady, dopuszczali się gwałtów kobiet. Mordowali mężczyzn, którzy bronili krzywdzone kobiety. Mit Czerwonej Armii tzw. oswobodzicielki, stał się jedną z najważniejszych podstaw ideologicznych Polski Ludowej, właściwie od czasów Bieruta i Gomułki, aż po reżim Jaruzelskiego. Uważam bowiem, że ścisła wspólnota Polski ze Związkiem Radzieckim przebiegała wtedy według schematu: my ich wyzwoliliśmy spod jarzma hitlerowskiego, to teraz niech robią, to co im powiemy, ba co im narzucimy.”
STEFANIA SYC, mieszkanka Białki mówiła, iż: „Większość mieszkańców wioski upiekła placki z ciasta, zwane podpłomykami i uciekła przed zbliżającym się frontem do pobliskiego lasu. Po wypędzeniu Niemców przez Rosjan ludność powróciła do swoich domów. Niektórzy w czasie walk ukrywali się w piwnicach. Pierwsi żołnierze sowieccy przybyli na tereny Białki, bez swojej kuchni polowej. Weszli do domu moich rodziców. Moja mama, aby ich ugościć, położyła ciemny i razowy chleb na stole, upieczony w piekarniku, z najgorszej mąki jaką miała. Bała się, że żołnierze rosyjscy nie będą chcieli go jeść. Widać było, że Sowieci byli bardzo głodni, gdyż szybko zjedli ten chleb. Rodzicom zrobiło się bardzo żal żołnierzy radzieckich, więc zabili kurę i ją ugotowali. Dowódca zjadł całą kurę sam, a żołnierze jedli z wielkim apetytem rosół z ziemniakami.”
MARIANNA BROŻYNA, z Białki tamten czas wspominała następująco: „W styczniu 1945 roku, gdy przybyli do naszej wsi Rosjanie, wszyscy cieszyliśmy się, gdyż pragnęliśmy rychłego pokonania Niemców i zakończenia wojny. Żołnierze rosyjscy dzielnie i z wielką determinacją walczyli z Niemcami. My w czasie trwania działań wojennych siedzieliśmy w piwnicy. Kiedy żołnierze niemieccy zostali ze wsi wyparci, Rosjanie parli naprzód za nimi. Przedtem zaopatrzyli się w żywność dla siebie. Zadbali też o konie biorąc przede wszystkim tzw. obrok, czyli siano i owies. Odbywało się to w ten sposób, że chodzili oni po domach i każdy gospodarz musiał pewną ilość żywności przeznaczyć dla nich oraz dla ich zwierząt. Niektórzy żołnierze radzieccy, oprócz żywności zabierali też brzytwy, maszynki do golenia i czasy, czyli zegarki, gdyż tak były one określane przez Rosjan. Mieszkańcy widzieli w Sołdatach wyzwolicieli, ale bardzo się ich bali, a szczególnie kobiety, gdyż słyszały od ludzi z sąsiednich miejscowości, że mogą być przez nich zgwałcone. Kryły się więc przed nimi w zakamarkach piwnic, strychów, albo w lesie.”
STANISŁAW SURZYN, wtedy mieszkaniec Juszczyna, później Białki powiedział, że pamięta: „jak moja sąsiadka uciekała do piwnicy, aby tam schronić się przed Rosjanami. Słyszała ona bowiem przerażające opowieści, iż gwałcą oni kobiety. Sowieci myśleli, że kobieta jest Niemką i otworzyli ogień. Na szczęście sąsiadka była już w piwnicy. Nieco później jej ojciec, wyjaśnił Rosjanom prawdziwe pochodzenie swej córki. Pamiętam jak żołnierze rosyjscy, którzy przebywali w domu moich rodziców strzelali do budzika twierdząc, że drzemią w nim złe duchy. Powtarzali, iż wcale nie boją się śmierci, bo za trzy dni zmartwychwstaną. Byli bardzo głodni. Gdy moja mama podała im zacierkę z otrąb tzw. kulasę, w mig ją zjedli i prosili o więcej. Pytali też, czy moja rodzina, lub ktoś ze wsi nie ma koni. Chcieli je ze sobą zabrać. Mój tata powiedział im, że koni tutejsza ludność nie posiada, ponieważ zostały one wcześniej zabrane przez Niemców. Jednak widząc na twarzy Sowietów wielkie rozczarowanie, ojciec poprowadził ich do obory. Tam pokazał im kozę z małymi koźlątkami. Rosjanie na widok kóz śmiali się, aż do łez. Często Rosjanie wymieniali z miejscową ludnością wódkę za przedmioty, które sami posiadali. Zdarzało się, iż za trunek oddawali rowery, zegarki, maszynki do mięsa, najprawdopodobniej zrabowane w innych miejscowościach. Rano zaś twierdzili, że rzeczy te zostały im skradzione i chcieli rozstrzelać tych ludzi, z którymi wcześniej się wymieniali. Wiem, że czasami do takich egzekucji dochodziło. Było i tak, iż Rosjanie dali się przekonać i odchodzili.”
HELENA BARGIEŁ, mieszkanka Juszczyna opowiedziała następującą historię, związaną z wyzwoleniem wioski: „Działo się to w styczniu 1945 roku. Trwała wojna. Było bardzo mroźno. Padał śnieg. Słychać było strzały z karabinów maszynowych oraz huk po wybuchu granatów. Przez Juszczyn przechodził front. Niemcy pod naciskiem Rosjan wycofywali się w pośpiechu z wioski. Jeden z żołnierzy sowieckich, otworzył drzwi do zabytkowej kaplicy, stojącej na tzw. „dworskim”, czyli tuż za obecnym budynkiem Ośrodka Zdrowia w Juszczynie. Następnie strzelił z karabinu do umieszczonego tam posągu, przedstawiającego Chrystusa Upadającego pod ciężarem Krzyża. Kula najpierw uszkodziła Stwórcy twarz, a następnie odbiła się od niej i skierowała prosto w serce żołnierza, odbierając mu życie. Do dziś najstarsi mieszkańcy Juszczyna twierdzą, ze dzięki Bogu posąg w tej kaplicy ocalał.”
HELENA DYRCZ, mieszkanka Skawicy wspominała iż: „Rosjanie przynajmniej ci, z którymi miałam do czynienia oraz moja rodzina, byli bardzo okrutni. Czasem nawet o wiele gorsi od Niemców. Z domów zabierali dobytek i jedzenie. Moja mama specjalnie się oszpeciła, aby wyglądała na brzydką, po to by ją nie zgwałcili. Niektóre kobiety, aby nie zostać zgwałcone celowo kłamały, iż są chore na suchoty. Rosjanie bali się bardzo tej choroby i zostawiali je w spokoju. Gdy Sowieci przyszli do naszego domu przewrócili stół, wzięli mięso z zabitej świni, która wcześniej była ukrywana w lesie przed Niemcami, a także prawie wszystkie kury. Domownicy co prawda nie ucierpieli fizycznie, ale po wizycie żołnierzy radzieckich nie mieliśmy co jeść.”
W PRACACH KONKURSOWYCH UCZNIÓW SZKÓŁ ŚREDNICH, który organizował w 1965 roku Powiatowy Zarząd TPPR w Bielsku – Białej, przeczytać możemy na podstawie relacji świadków, iż: „Front jest bardzo blisko. Walki toczą się w Czechowicach – Dziedzicach. Ludzie niecierpliwią się. Niektórzy podejmują na własna rękę walkę z wrogiem. Mieszkańcy wioski Ligota, Cimała, Dzida i Husek, w biały dzień poprzecinali opony samochodu oficerów niemieckich. Za ten wybryk miano rozstrzelać co dziesiątego mieszkańca wsi. Złapano jednak sprawców tego wyczynu i postawiono ich pod mur. Dwóch rozstrzelano, natomiast Cimała w cudowny sposób się uratował... natarcie na Ligotę rozpoczynało się nocą z 10 na 11 lutego. O godzinie 6. rano pierwsi żołnierze radzieccy są już w wiosce. Przywitanie jest bardzo serdeczne, wzruszające. Walki na terenie Ligoty trwają do 13 lutego. W tym dniu Niemcy wycofują się w kierunku Landeku. Ligota jest zupełnie wolna...”
„... Walki o Mazańcowice toczą się od 6 do 11 lutego. Wojska radzieckie atakują zapalczywie w kierunku Bestwiny. Niemcy mają doskonałe pozycje obronne. W walkach bierze udział artyleria, katiusze i samoloty. Wyzwolenie wioski kosztuje wiele krwi. Ginie kilkuset żołnierzy po obu stronach, a także 12 mieszkańców Mazańcowic. 42 domy zostają zniszczone. W dniu 12 lutego Mazańcowice są wolne. Na pierwszym zebraniu ludności postanowiono otoczyć jak najtroskliwszą opieką rannych żołnierzy radzieckich, znajdujących się w szpitalu urządzonym w szkole. Żołnierze radzieccy pomagają ludności w rozminowaniu terenów...”
„... Walki toczone o Jasienicę miały niezwykle ciężki przebieg. Przez prawie dwa tygodnie Jasienica płonie. Przy świetle palących się domów i huku wybuchających pocisków następuje natarcie. Biorą w nim udział czołgi i piechota. We wsi rozgrywają się tragiczne sceny. Są ludzie przysypani gruzami, nie ma ich kto ratować. Następuje ewakuacja ludności, gdyż Jasienica pozostaje jeszcze w strefie działań frontowych. Wyzwolona zostaje 12 lutego. Bilans strat i ofiar jest wielki. Kilkuset zabitych i rannych żołnierzy, kilkunastu zabitych mieszkańców wsi, 5 zniszczonych czołgów radzieckich, rozbite fabryki mebli, szkoła, domki robotnicze zabudowania wzdłuż drogi na Cieszyn, okaleczony drzewostan. We wsi pozostaje z inwentarza 8 koni i 20 krów. Miny są plagą Jasienicy przez dłuższy czas. Ginie wiele dzieci...”
PUŁKOWNIK GRZEGORZ MICHAJŁOWICZ WOROBIEJ, dowódca 574. pułku Dywizji Strzeleckiej, który brał udział w wyzwalaniu Bielska – Białej pisał m.in.: „... Wasze miasto wyzwalała spod niemieckiej okupacji 121. Dywizja Strzelecka, dowodzona przez pułkownika Iwana Dymitrowicza Driachłowa. W skład dywizji wchodziły trzy pułki: 383. którego dowódcą pył pułkownik Wasyl Szabanow, 705. - którego dowódcą był pułkownik Wasyl Kuprianowicz Krotjuk i 574. - którym dowodziłem ja. Niemcy bronili się zaciekle,a na ulicach stały czołgi typu „Tygrys”, a piwnice obsadzone były przez SS – manów z pancerfaustami. Bój o miasto przeciągał się. Kiedy nasz zwiad doniósł, że północna część miasta jest dość słabo obsadzona Niemcami, wtedy na rozkaz dowództwa poprowadziłem swój pułk na ten boczny kierunek. Dość szybko udało nam się zniszczyć nieznaczne oddziały ubezpieczenia i wyjść aż na lotnisko. Niemcom nie udało się wznieść na swoich samolotach, zniszczyliśmy je. W tym czasie przeszły do natarcia dwa pozostałe pułki 705. i 383.naszej dywizji, na głównym centralnym kierunku. Zdobyliśmy wiele sprzętu, uzbrojenia i jeńców. To wszystko zapamiętałem. Za wyzwolenie Waszego miasta wielu żołnierzy naszych pułków oddało swoje życie. Sądzę, że pomnik na ich cześć wzniesiono w Waszym mieście. Wieczna im chwała!”.
GENERAŁ PUŁKOWNIK KIRIŁŁ MOSKALENKO, dowódca 38. Armii IV Frontu Ukraińskiego, na temat wyzwolenia Bielska – Białej pisał : „... 8 lutego 1945 roku 241. dywizja piechoty zdobyła Komorowice. Nadal nacierała na Bielsko od północy i pod koniec dnia prowadziła walki kilometr na zachód od stacji „Biała”. 121. dywizja piechoty po ześrodkowaniu głównych sił na wschód od Komorowic rankiem 8 lutego 1945 roku wznowiła natarcie w kierunku Białej, przerwała obronę nieprzyjaciela i zdobyła punkty oporu w Hałcnowie i Lipniku Dolnym.
Kontynuując natarcie odrzuciła nieprzyjaciela na zachodni brzeg rzeki Białej i pod wieczór opanowała miasto Białą. W ten sposób 241. dywizja piechoty z północy i 121. dywizja ze wschodu bardzo blisko podeszły do Bielska i w dniach od 9 – 12 lutego 1945 roku jednostki 52. korpusu prowadziły bezpośrednio walki o wyzwolenie miasta Bielska.
9 lutego 1945 roku 574. pułk piechoty wdarł się do północno – zachodnich przedmieść miasta, 383. pułk piechoty do przedmieść południowo – wschodnich. Wywiązały się walki uliczne. 705. pułk piechoty działając na południe od miasta odciął drogi odwrotu nieprzyjaciela w kierunku południowym. W pułkach 121. dywizji piechoty zostały zorganizowane szturmowe oddziały liczące od 20 – 25 żołnierzy piechoty, 1-2 dział 75 mm i grupy saperów.
Z dużymi stratami trzeba było zdobywać prawie każdy dom i ulicę. Od 9 do 12 lutego w ciężkich walkach wyzwalano dom za domem, ulicę za ulicą.
12 lutego 1945 roku o godzinie 11.30 nieprzyjaciel został wyparty z miasta i naciskany przez nasze oddziały zaczął wycofywać się w kierunku południowo – zachodnim.
Znakomicie biła się kompania piechoty 574. pułku piechoty pod dowództwem Korolewa. Żołnierze tej kompanii umiejętnie otoczyli szkołę, w której bronili się hitlerowcy i szturmem ze wszystkich stron wdarli się do wnętrza budynku, likwidując przy tym 18 hitlerowców... 10 lutego 4 kompania 383. pułku piechoty przeprowadziła walki oczyszczające w jednej z dzielnic miasta...
Umiejętnie i zdecydowanie torowała drogę piechocie w walkach o miasto bateria kpt. Fiedotowa.
Bataliony piechoty nie zdążyły jeszcze rozwinąć się na północno – wschodnich brzegach miasta, kiedy nieprzyjaciel przeszedł do kontrataku wspomagany silnym ogniem artylerii i moździerzy. Cały ciężar uderzenia kontratakującego wroga przejęła na siebie bateria Fiedotowa. Zniszczyła ona ogniem 12 gniazd karabinów maszynowych. Zmusiła do milczenia baterie dział 75 mm nieprzyjaciela, odprawiła kontratak i zlikwidowała 30 hitlerowców...”
JAN NOWAKOWSKI, z Bielska Białej stwierdził, iż: „Po obu stronach było bardzo dużo ofiar. Były one także wśród ludności cywilnej. Wycofujący się żołnierze niemieccy niszczyli za sobą mosty, rozkręcali szyny, dewastowali słupy telegraficzne, minowali drogi. W Bielsku zrujnowane od walk były ulice, zabudowania, sklepy, fabryki. Jednak, aby oszczędzić miastu całkowitego zniszczenia, dowództwo radzieckie postanowiło zrezygnować z bombardowań lotniczych. Z wyrzutni rakietowych usytuowanych w Lipniku, Rosjanie wysyłali pociski ponad miastem, które atakowały hitlerowskie baterie w Wapiennicy i Aleksandrowicach.
Rosjan, którzy w okresie wyzwolenia przetaczali się przez miasto, można było podzielić na żołnierzy frontowych oraz oficerów Służby Bezpieczeństwa i NKWD. Pierwsi z nich to byli prości ludzie, dzielący się żywnością z mieszkańcami Bielska – Białej. W mieszkaniach, w których znaleźli schronienie odpoczywali, leczyli rany, aby później z nową siłą walczyć z hitlerowcami na froncie. Wśród nich znaleźli się i tacy, którzy kradli wartościowe rzeczy z mieszkań, a także dokonywali gwałtów na kobietach. Drudzy rabowali opuszczone przez ludność mieszkania, demontowali zakłady pracy, aresztowali Polaków, mordowali ich lub deportowali do obozów na Uralu i Syberii. Były przypadki, kiedy na miejscu dokonywali na Polakach egzekucji.”
WŁODZIMIERZ PIETROWICZ RUDENKO, szef sztabu 271. dywizji I armii gwardii, napisał: „... Na początku lutego 1945 roku nasza dywizja wchodząca w skład I Gwardyjskiej Armii, prowadziła walki o wyzwolenie miasta Żywca. W tym czasie 38. armia pod dowództwem gen. pułk. Kiriłła Moskalenki, prowadziła zacięte walki o wyzwolenie miasta Bielska – Białej.
Niemcy silnie umocnili miasto. Przywiązywali wielką wagę do umocnienia się na rubieży Żywca i takich przemysłowych miast jak Bielsko – Biała i Katowice. W celu wzmocnienia działań 38. armii o wyzwolenie Bielska – Białej, otrzymaliśmy rozkaz w pilnym trybie przekazać zajmowane dotąd pozycje w rejonie Żywca, wyjść w rejon Bielska – Białej i razem z wojskami 38. armii opanować miasto, a następnie posuwać się w kierunku Skoczowa. W celu wykonania tego zadania musieliśmy wykonać marsz w ciągu dnia. Przeszliśmy w czasie śnieżycy około 25 kilometrów i pod wieczór podeszliśmy głównymi siłami ku północnym przedmieściom Bielska – Białej. Po 15 minutowym przygotowaniu artyleryjskim, nasze oddziały z marszu zaatakowały nieprzyjaciela, wyrzuciły go z zajmowanych pozycji i wdarły się do miasta.
Niemcy nie spodziewali się takiego nagłego i gwałtownego natarcia. Ponosząc duże straty zmuszeni byli porzucić zajmowane pozycje i śpiesznie umocnić się w samym mieście. Walczyli zaciekle o każdą dzielnicę, o każdą ulicę. Lecz bohaterstwo i szybkość naszych żołnierzy łamało wszelki opór. Nic już nie mogło zatrzymać atakujących oddziałów.
O świcie nasze wojska całkowicie oczyściły miasto od niemieckich okupantów i oddziały dywizji podeszły pod Skoczów. Tu nazajutrz kontratakowały nas oddziały 14 niemieckiej dywizji pancernej, szybko przerzucone pod Skoczów przez niemieckie dowództwo. Kontratak był przez nasze oddziały szybko odparty i znowu zaczęliśmy się posuwać na zachód.”
EDMUND MAZIARSKI, z Żywca wspominał, że: „Ziemię żywiecką wyzwolili żołnierze radzieccy IV Frontu Ukraińskiego. Już w marcu linia frontu od strony Bielska przybliżała się szybko do Żywca. Sowieci zajęli Stary Żywiec, który kilkakrotnie przechodził z rąk Niemców do rąk Rosjan i odwrotnie. Żołnierze rosyjscy opanowali Moszczanicę, dzięki czemu linia frontu ukształtowała się wzdłuż Góry Burgałowskiej, Sporysza i Trzebini. Część ludności ewakuowano. Ci, którzy pozostali, schronili się w piwnicach. Bali się o swój los. Byli głodni, zapadali na różne choroby, spowodowane prymitywnymi warunkami wegetowania. Tymczasem Armia Czerwona zajmowała kolejne dzielnice miasta. 5 kwietnia 1945 roku Rosjanie oswobodzili cały Żywiec, a następnie opanowali miejscowości: Lipową, Radziechów, Wieprz, Węgierską Górkę, Juszczynę, Bystrą, Trzebinię, Brzuśnikę oraz Cięcinę. Później walki przeniosły się na górę Szklanówkę. Front wówczas ustalił się na linii Skoczów, Szczyrk, Kamesznica, Szklanówka, Rycerka Górna. Bunkry usytuowane na górze Szklanówce Rosjanie zdobyli 30 kwietnia 1945 roku, na tydzień przed ostateczna kapitulacją III – Rzeszy. W okresie od 1 – 3 maja 1945 roku wolne były: Skoczów, Ustroń, Wisła, Cieszyn, Goleszów, Leszna, Podgórze oraz Pogwizdów.”
WŁADYSŁAW LATKIEWICZ o oddziale partyzanckim radziecko – polskim, dowodzonym przez radzieckiego skoczka Waleriana Burzi, ps. „Jefremow”, który po walkach w rejonie Babiej Góry, Słowacji oraz Zaolzia, został skierowany w rejon żywiecki, pisał: „Kapitan „Jefremow” dobrze współpracował na tyłach wroga z życzliwą mu ludnością polską, która oprócz żądanych informacji dostarczała żywności, schronienia i ostrzegała przed grożącym niebezpieczeństwem. Wykorzystując sprzyjającą sytuację uderzył z zasadzki w nocy na kwaterujące na Rycerce Górnej hitlerowskie posterunki i w przeddzień wyzwolenia tych terenów – poległ. Na długo zachował po nim wdzięczną pamięć lud góralski, który darzył wielką sympatią tego partyzanckiego kapitana. W odwet za udzielanie pomocy partyzantom radzieckim, hitlerowcy przed opuszczeniem Rycerki Górnej spalili w dniu 7 kwietnia przysiółek Czarnieckich i zamordowali jego dziesięciu mieszkańców.”
Kazimierz Surzyn
Dziękuję bardzo świadkom wydarzeń oraz ich rodzinom z Podbeskidzia za udzielenie wywiadów i udostępnienie materiałów, dzięki którym powstało powyższe opracowanie, a w szczególności rodzinom: Talagów, Krzystoniów, Gałuszków, Hubrów, Dudziaków, Ponikiewskich, Zagórskich, Kurowskich, Kuligów, Kusiów, Syców, Brożynów, Surzynów, Bargiełów, Dyrczów, Nowakowskich i Maziarskich.
Źródła:
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!