Reklama


Jestem Sarnula, producent muzyczny

26/07/2022 22:31

Była gitara z tektury, gra w Skorpionie, pierwsze nawiązane współprace, projekty a niedawno przyszedł czas na milowy krok - przeprowadzkę do Warszawy i spróbowanie sił w roli producenta muzycznego. Kamil "Sarnula" Sarnicki, bo o nim mowa, nie spoczywa na laurach i nieustannie stawia na rozwój. Na razie zaprowadził go do stolicy naszego kraju, co będzie dalej?

(Kamil Sarnicki): -  Jestem Sarnula, producent muzyczny.

(Maciej Krzyśków/Sucha24.pl): Dla mnie zawsze będziesz chłopakiem z gitarą.

- Dla pewnej grupy osób na pewno tak zostanie. Odkąd mieszkam w Warszawie, to nikt ze środowiska muzycznego, w którym się obracam, nie kojarzy mnie z tym instrumentem. Z jednej strony jest to fajne, bo zaczynam z czystą kartą. Dopiero w trakcie współpracy i przy okazji wizyty w studio artyści widzą sporo gitar i mówię wtedy, że tak, tak – gram na gitarze i jest to mój nominalny, główny instrument.

Reklama

Od gitary wszystko się zaczęło. Nie od śpiewania?

- Tu cię zaskoczę, bo w pierwszym zespole, który założyłem z Bartkiem Adamkiem i Krzyśkiem Polakiem jeszcze w czasach gimnazjalnych, śpiewałem. Niestety i na szczęście jedyne nagrania, które mieliśmy z tamtego okresu, były wrzucone na wrzucie, która kilka lat temu została bezpowrotnie usunięta. Nie ma możliwości, by do tych nagrań dotrzeć.

Szkoda.

- Przyjmijmy zatem, że grałem od początku na gitarze (śmiech).

Co skłoniło cię do tego, że postawiłeś na muzykę?

Reklama

- Byliśmy z kolegami młodzi i chcieliśmy grać, chociaż dopiero stawialiśmy pierwsze kroki z instrumentami. Gitara od zawsze mi się podobała. nawet wtedy, gdy jej jeszcze fizycznie nie miałem. To były czasy, gdy w MTV jeszcze leciała muzyka, a na kanale MTV Classic oglądałem w piątkowe wieczory „Listę przebojów wszech czasów”.  Królowały tam takie przeboje jak: „Bohemian Rhapsody” Queen, „Smells Like Teen Spirit” Nirvany czy „Nothing Else Matter” Metalliki. Następnego dnia, już na głównym kanale MTV, włączałem normalną listę przebojów. Bardzo podobały mi się utwory Red Hot Chili Peppers, którzy dopiero co wydali nową płytę (By the way - przyp. red.), ale tak naprawdę, to fascynacja gitarą zaczęła się od Guns and Roses. Patrzyłem na gitarę Slasha i marzyłem, by mieć podobną. Z pomocą przyszła mama, która wycięła z tektury Slashową gitarę. Przez dobrych kilka tygodni lubiłem stawać przed lustrem z tą gitarą i udawać, że gram. Po kolejnym pół roku miałem  już prawdziwą gitarę.

Masz ją jeszcze?

Reklama

- Niestety nie. Szkoda, bo gdybym wiedział, że będę ją tak często wspominał, to bym ją zostawił.

Zostajemy w tamtych czasach i obieramy kurs na „Skorpion”.

- Bardzo miło wspominam ten pub. Mógłbym o nim opowiadać godzinami.

Aż tyle czasu ci nie zajmę, więc może taka wyliczanka. Pierwsze pogo?

- Jako fan czy wykonawca?

Fan.

- W gimnazjum byłem fanem heavy metalu, uwielbiałem Iron Maiden. Mimo że nic nie mam już wspólnego z taką muzyką…

Do tego też dojdziemy.

-(śmiech) Lubiłem chodzić ze znajomymi na koncerty do Skorpiona. Na MySpace znalazłem zespół z Rzeszowa o nazwie Monstrum. Idealizowałem ich, bo grali naprawdę fajne rzeczy, które do mnie w tamtym okresie trafiały. Pewnego razu przyjechali do Suchej Beskidzkiej na koncert. Dla mnie to było wow! Totalna abstrakcja. Działo się!

Reklama

To teraz jako wykonawca.

- Mam szereg miłych wspomnień z tamtego okresu, ale najważniejsze było to, że graliśmy regularnie co miesiąc w Skorpionie. Albo były to nasze koncerty, albo pełniliśmy rolę supportu. W obecnych czasach jeżeli początkujący artysta zagra dla stu osób to można to uznać za całkiem niezły wynik. Na nasze koncerty przychodziło 100-150 osób.  

Najciekawsze wspomnienia ze Skorpiona i zamykamy ten temat.

- Ludzie zaczęli kojarzyć nasze teksty. Oczywiście, że głównie na koncerty naszego zespołu chodzili znajomi, ale fajnie było widzieć ze sceny osoby nam nieznane,  które śpiewały razem z nami. Było to dodatkowo trudne, bo graliśmy muzykę metalową, a teksty były w języku angielskim. Drugie zdarzenie miało miejsce podczas mini-festiwalu, w  którym wzięły udział 3-4 kapele death metalowe. Wszyscy mieli pełne makijaże. W łazience zobaczyłem, jak jeden z wykonawców, dopiero się malował! Długo we mnie siedział zastany widok.

Reklama

Do pewnego momentu muzykę dzieliłeś na pół z grą w piłkę nożną. Kiedy sobie zdałeś sprawę, że musisz dokonać wyboru?

- Podjąłem taką decyzję w szkole średniej. Nie byłem w stanie poświęcać tyle samo czasu nauce, piłce nożnej i obowiązkom w szkole. W Babiej Górze grałem do 16. roku życia, chociaż fanem piłki nożnej nadal jestem i staram się grać regularnie, oczywiście amatorsko. 

Bardzo wcześnie zatem wybrałeś, że muzyka to jest to. 

- Nie wiedziałem, czy uda mi się w ogóle wejść do świata muzyki, zaistnieć na rynku, robić to zawodowo. Dopiero w kolejnych latach podejmowałem poważniejsze decyzje, chociaż miałem ukształtowaną w głowie drogę, jaką chciałbym na początku podążać.

Reklama

I tak pojawił się „Lew na ziemi” i udział w talent-show?

- To stało się, gdy byłem na studiach. W tamtym okresie dokonałem ciekawego rebrandingu mentalnego, bo zacząłem słuchać rapu. Mam z nim zresztą do czynienia do dnia dzisiejszego, a wszystko ewoluuje progresywnie w fajną stronę. Przez długi czas byłem przecież bardziej rockmenem niż raperem. W okresie studiów pojawiły się również pierwsze zarobione pieniążki i myślenie o tym, że mógłbym się muzyką zajmować zawodowo.

Lew na ziemi był w tamtym okresie głównym twoim projektem?

Reklama

- Tak, chociaż z dzisiejszej perspektywy sądzę, że mógł on naprawdę dużo osiągnąć. Trafiliśmy na fajny czas, który uważam, że odpowiednio wykorzystaliśmy. Udział w talent-show otworzył nam niektóre drzwi, coś się zaczęło dziać.

Pojawiała się ekscytacja, że to, co się dzieje tu i teraz jest, maxem i trzeba czerpać z tego garściami czy może był wewnętrzny spokój, że jeszcze wszystko przed tobą?

- Nigdy tak nie miałem i nie mam do dnia dzisiejszego, że dochodzę do pewnego punktu i uważam, że jest to wystarczające. Mam osobowość high-performance, stąd udział w „Must be the music” nie był moim game changerem. Owszem, było to fajne wydarzenie, pojawiły się pewne korzyści, lecz nie było to aż tak wielkie osiągnięcie. Najważniejsze, że miałem świadomość, że stawiam kolejne kroki w drodze do wyznaczonego celu. To bardzo ważne, by niezależnie od branży, w jakiej się pracuje, stawiać na rozwój osobisty.

Reklama

Był to jeden z powodów, dla którego zaprosiłem cię do rozmowy. Dla ciebie jest to naturalne, ale nie wszyscy tak robią i nie chodzi tutaj o muzykę. Nie wierzą w siebie.

- Nie jest też tak, że wszystko jest zawsze super i się układa. Miewam lepsze i gorsze momenty, a branża muzyczna jest jedną wielką sinusoidą. Trzeba płynąć swoim nurtem wierząc, że coś na mnie czeka. Robić coś z czystym umysłem i świadomością dążenia do celu.

Dużo miałeś momentów zwątpienia?

-  Do tej pory czasem nachodzi mnie coś z tyłu głowy, że może się nie udać, ale… tylko głupi się nie boi! Był taki moment między „Lwem na ziemi” i zespołem „Te-Trisa”, gdy przez 2-3 miesiące byłem w kropce. Grałem paskudne rzeczy, które nie były przyszłościowe. Czułem to i nie widziałem żadnego światełka, że coś drgnie w dobrą stronę. Na szczęście, światełko się dla mnie pojawiło.

Reklama

Bywały też i znaczące decyzje, jak ta o przeprowadzce z Krakowa do Warszawy?

- To był milowy krok w moim rozwoju. Czułem, że w Krakowie zbliżam się do swojego sufitu.  Nie miałem wiele do stracenia. Przeprowadziłem się z żoną do stolicy w listopadzie. Warszawa daje ogromne możliwości pracy i rozwoju. Zdecydowanie polecam taki krok. Nie jest też oczywiście tak, że tylko w Warszawie można się spełniać w tym, co się robi. Na pewno jednak to właśnie tutaj jest kumulacja różnych branż: popowej, alternatywnej czy hip-hopowej, jest wiele wytwórni, a tego brakuje we Wrocławiu, Gdańsku czy wspomnianym Krakowie. Na końcu jednak wszystko i tak zależy od chęci, mentalności i podejścia do tematu.

Reklama

Byłeś muzykiem, jesteś producentem muzycznym. To duża zmiana. 

- Nie nastąpiło to z dnia na dzień, że się nagle budzę i mówię: „o, będę producentem”. To był proces, podczas którego zaczynałem coraz więcej widzieć i czuć w muzyce. Uświadomiłem sobie, że mam umiejętności tehniczno-muzyczne, że mam słuch i mogę spróbować się w tym zrealizować. Kiedy grałem na gitarze, nie zawsze byłem zadowolony z efektu końcowego, tak samo jak z tego, gdy komuś coś dogrywałem. Nie pasowało mi takie brzmienie i pojawiła się w głowie myśl, że może zrobię to lepiej? Zdałem sobie sprawę, że chcę czuwać nad całym procesem tworzenia muzyki. Często pytają się mnie znajomi, czym właściwie się zajmuję, bo nie jest to do końca jawne. Najogólniej, to komponuję muzykę dla siebie i innych. Cały czas jestem w grze i odkrywam różne rzeczy.

Najtrudniejszy był początek w stolicy i znalezienie ludzi, którzy chcieliby z tobą współpracować?

- I tak, i nie. Nie zaczynałem przecież od zera, a koncerty z Adim Nowakiem, Te-trisem, Bonsonem czy Oxonem, udziały w dużych festiwalach sprawiły, że nie byłem anonimowy. W Krakowie zacząłem już produkować pewne rzeczy, że wymienię ponownie Oxona czy Adiego Nowaka. Przeprowadzka była jednym z elementów mojego planu na rozwój.

Z Oxonem wydałeś dwie płyty. Na pierwszej słychać jeszcze twój rockowy pazur, na drugim już wkład bardziej producencki.

- Zdecydowanie tak. Podczas tworzenia pierwszej płyty, miałem inne podejście do muzyki. Chciałem wtedy przede wszystkim udowodnić, że potrafię, a aranżacje były pełne i uwydatnione. Teraz stosuję zasadę “less is more”, czyli szukam przestrzeni muzycznej i tego, by więcej miejsca zostawić w niej dla wokalisty, rapera. Uważam, że w taki sposób powinno to być skonstruowane. Myślę też do przodu, czyli wyobrażam sobie, jak w danej aranżacji odnalazłby się artysta, z którym współpracuję.

Jesteś zatem samoukiem czy jednak korzystasz z wielu porad i potem łączysz to wszystko po swojemu i tak powstaje finalny produkt made by Sarnula?

- Kolaboracje z producentami, instrumentalistami bardzo rozwijają. Współpraca z drugą osobą jest bardzo przydatna. Czasem ktoś otworzy ci oczy na coś, czego sam nie byłeś w stanie dostrzec. Pracuję mniej więcej od 9 do 17, ale nie oznacza to, że po pracy muzyka idzie na bok. Przeglądam sieć, czytam, słucham. Muszę być ze wszystkim na bieżąco. Odkryłem, że bardzo pomogła mi w obecnym zajęciu moja przygoda ze szkołą muzyczną, gdzie poznałem i w niezłym stopniu opanowałem teorię muzyki. Ułatwia mi to pracę jako gitarzyście, producentowi, czy ostatnio nawet i dj-owi.

Cały czas zatem ewoluujesz, coś zmieniasz. Jak to wszystko wpłynęło na twoje pojmowanie poszczególnych gatunków muzycznych. Stopniujesz je?

 - Nie prowadzę takiego podziału, bo wszystko jest kwestią optyki, z której strony patrzysz. Podczas tworzenia danego projektu zastanawiam się, komu ma on służyć. Odpowiem trochę dyplomatycznie, że konkretyzuję zadania pod dany cel. Czasami jednak dorzucam sam od siebie coś bardziej rockowego, bluesowego czy soulowego do podkładów.

Projektu disco-polowego jeszcze nie miałeś?

- Nie, chociaż w środowisku muzycznym nie jest tajemnicą, że różni ludzie piszą, tworzą różnym osobom różne rzeczy. 

Ile razy jadąc np. samochodem i słuchając piosenek w radiu myślisz sobie, że dana piosenka jest słaba i zrobiłbyś to lepiej?

- Czasami tak mam, bo przecież jak to w świecie muzycznym bywa, są lepsze i gorsze wykonania. Z drugiej strony wiem, że inaczej pojmuję muzykę ja, moja mama, znajomi czy ty. Z tego powodu mam świadomość, że coś się może jednemu podobać, a drugiemu nie. Staram się mieć wielowymiarowy szacunek do działania.

Dochodzimy do smutnej refleksji, że tandeta jest w dzisiejszych czasach za bardzo w cenie.

- Tak jest, ale im szybciej to zrozumiemy, tym prościej będzie się żyło. To też głęboki i złożony temat. Żyjemy w czasach, kiedy informacja trafia do człowieka w kilka sekund i jeżeli go nie zaciekawi, to idzie na bok. Kontent musi mieć siłę uderzenia, by zwrócił uwagę. 

Jak nad tym czuwasz?

- Mam dużo narzędzi analitycznych. Widzę co i w jakim idzie kierunku. Poza jednak targetowaniem muzyki na daną grupę słuchaczy, potrzebny jest także pierwiastek szczęścia. Większość viralowych rzeczy nie była z góry tworzona pod takim kątem. Robię viral i będzie viral – tak to nie działa. Można oczywiście pomagać szczęściu tworząc w popularnych gatunkach, ale nie gwarantuje to sukcesu.

I utrzymania na rynku.

- Trudno to porównywać, bo czasem jeden porządny hit przy sprzyjających okolicznościach może zapewnić kilka lat spokojnego życia. Wszyscy wiedzą, że  w branży muzycznej są duże pieniądze. Różne są drogi – ktoś może chcieć nabrać dystansu, zastanowić się co dalej, wyjechać, odpocząć a ktoś inny z tego powodu dalej inwestować w muzykę.

Podejrzewam, że bliższa jest ci druga opcja.

- Tak, ale też nie ukrywajmy, że nie mam na koncie żadnego ogromnego hitu. Jestem jednak producentem muzycznym, a praca ta polega na ciągłości działania, bo widzę, że cały czas jest wiele rzeczy do zrobienia.

Trudno było o ciągłość działania, gdy była pandemia?

- Na początku nie wiedziałem, podobnie jak chyba wszyscy, o co chodzi i się bałem. Na dodatek byłem w tamtym czasie etatowym muzykiem w jednej z restauracji i z dnia na dzień zostało odcięte moje źródło dochodów. Ostatecznie uważam, że pierwsze miesiące pandemii były jednymi z najpiękniejszymi w moim życiu. Wyjechałem z żoną do teściów na wieś, zacząłem częściej odwiedzać rodziców w Suchej Beskidzkiej. Czas ten spowodował, że narzuciłem sobie taki rytm, by w ciągu jednego dnia wyprodukować jeden bit. Po dwóch tygodniach miałem ich czternaście i mogłem porozsyłać po całej Polsce. Sytuacja w jakiej się znalazłem wymogła na mnie działanie, przebranżowienie się. Podczas pandemii muzycy działali i wydawali muzykę. W tej kwestii nic się nie zmieniło.

Jestem wielkim fanem koncertów, bezpośrednich spotkań muzyków z fanami. I to zostało nagle odcięte.

- To był duży cios nie tylko dla branży muzycznej, ale też i gastronomicznej, ochroniarskiej, eventowej. Zobaczymy co będzie jesienią i czy Polacy nauczyli się żyć z covidem, czy pojawią się obostrzenia?

O to może nie pytajmy, ale o koncert w Suchej Beskidzkiej już tak.

- To kwestia zaproszenia. Uwielbiam grać w rodzinnej miejscowości, bo wtedy zawsze dochodzi element dodatkowej motywacji, którego nie mam w innych miastach. Bardzo chętnie pojawiłbym się w Suchej, z jednym z artystów, z którymi współpracuje w studio oraz na scenie.

Lato to okres koncertów. Gdzie będzie można ciebie na pewno zobaczyć?

- Tak, chociaż z racji tego, że wybrałem teraz bardziej studyjne zajęcie, jest ich dużo mniej niż w przeszłości. Cały czas jednak gramy, czekają nas festiwale w Płocku oraz na Dolnym Śląsku. Coraz częściej występuję jako dj w warszawskich klubach.

To coś jeszcze nowszego i świeższego dla Sarnuli?

- Chciałem spróbować dj-owania od dłuższego czasu i musiałem bardziej sam siebie w tym temacie „przycisnąć”. Pomysł pojawił się podczas jednego z koncertów, gdy zacząłem łączyć grę na gitarze z dj-owaniem. Cieszę się, że mogę w klubach realizować rzeczy, które chce i lubię – mam tutaj na myśli klimaty rapowe, trapowe, houseowe. 

Fajnie zatem spinamy ten wywiad. Zaczęliśmy do rozwoju i na nim kończymy.

- Branża muzyczna jest bardzo rozwojowa i wymaga więcej rzeczy niż potrafisz zrobić. Z tego powodu jestem otwarty na różne działania. Nie chciałbym kiedyś stanąć przed sytuacją, że czegoś nie potrafię zrobić. Odrzucam taką możliwość. Chcę mieć możliwość, i do tego nieustannie dążę i to polepszam, pracy na odpowiednim poziomie, który będzie zadowalał mnie, artystów, wytwórnię. Gdyby ktoś rok temu powiedział mi, że będę realizował wokale, to bym odpowiedział krótko – co ty gadasz? Z jednej strony wszystko dzieje się u mnie dynamicznie, ale jest też poparte konsekwentnym działaniem i wykonaną pracą.

ZOBACZ TAKŻE:

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Stefan - niezalogowany 2022-07-28 09:48:26

    Cały czas na utrzymaniu rodziców masakra i ten merol 20 letni hahahahahha

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Wandzia - niezalogowany 2022-07-28 09:50:37

    Sarna czas odciąć pępowinę

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    On - niezalogowany 2022-10-14 07:05:18

    Weźcie tego wieśniaka z głównej strony już któryś miesiąc codziennie go widzę i mam dość!!!!!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Najnowsze wiadomości