Prawie 700 dni trwała nierówna walka mieszkańca Bystrej Podhalańskiej, Szczepana Kaczmarczyka z rakiem.
Szczepan Kaczmarczyk: - Nazywam się Szczepan i wygrałem z rakiem
Maciej Krzyśków/Sucha24.pl: Piękny tytuł, lepszego nie można sobie wyobrazić. Zanim jednak można było ogłosić zwycięstwo, trzeba było tę walkę stoczyć.
- Wszystko zaczęło się od dużego, pulsującego bólu z tyłu głowy. Zaczęły pojawiać się też zaburzenia równowagi…
Jest wiosna 2015 roku.
- O ile zaburzenia równowagi nie nasilały się, o tyle ból głowy stawał się coraz trudniejszy do zniesienia. W kwietniu 2015 roku miałem testy gimnazjalne. Pamiętam ten ból głowy i to, że wychodziłem z hali w gimnazjum w Bystrej Podhalańskiej, na której pisaliśmy test, już takim zygzakiem. Wracałem z kolegą do domu, a miałem do pokonania 3 kilometry. Zaczęło mnie ściągać na jedną stronę…
Jak długo obserwowałeś takie objawy?
- Od dwóch miesięcy. W dniu, kiedy pisałem ostatni test gimnazjalny, poszedłem z braćmi zagrać w piłkę nożną. W pewnym momencie tak mi się zakręciło w głowie, że upadłem. Pojechaliśmy do szpitala w Suchej Beskidzkiej.
Kto zadecydował?
- Mama.
A w szpitalu?
- Oprócz bólu głowy, pojawił się także wytrzeszcz oczu, nie mogłem się wysłowić. Padło podejrzenie, że zażywam narkotyki. Dostałem jednak leki przeciwbólowe, a lekarz chciał mnie wypisać do domu. Z racji tego, że nie chciałem iść w piątek do szkoły, to mówiłem, że się nie do końca dobrze czuję i mnie coś boli… Doktor uznał, że zostawi mnie na nocną obserwację, a rano zrobi jeszcze inne badania i tomograf głowy. Koniec końców, okazało się to bardzo dobrą decyzją. Tak trafiłem do sali numer 13 na pediatrii. Nad ranem obudziła mnie pielęgniarka mówiąc, że mam być na czczo i będę miał tomograf głowy z kontrastem. Ponownie zasnąłem. Następnie przyszedł doktor z pielęgniarką i mnie wzięli na badanie.
Ból głowy dalej ci towarzyszył?
- Nie. Dostałem leki i ból co prawda nie ustąpił, ale nie był już taki uciążliwy. To polegało na tym, że jak się skupiasz na czymś, ból staje się pulsujący. Poszedłem spać.
Pamiętasz wszystko z chirurgiczną precyzją.
- Kiedy się obudziłem, była przy mnie mama. Widziałem, że coś jest nie tak, bo miała łzy w oczach. Nikt nie wiedział jeszcze co, ale było wiadome, że coś jest ze mną nie tak. Zapadła decyzja, że mam jechać karetką do szpitala w Prokocimiu. Jakkolwiek to brzmi, ale cieszyłem się, że mogę jechać karetką na sygnale.
?
- Nigdy nie jechałem karetką na sygnale (śmiech). Została podstawiona z tyłu szpitala, blisko lądowiska dla helikopterów. Nie miałem świadomości powagi całej sytuacji.
Dojechaliście do Krakowa
- Po dotarciu na SOR w Prokocimiu mam trochę pustkę, bo nie pamiętam, czy miałem jakieś badania, czy mnie od razu skierowano na oddział neurochirurgii? Wiem za to, że trafiłem na salę numer 113. 28 kwietnia 2015 roku miałem operację. Pamiętam doktora, który miał „miśki” na maseczce, kiedy mnie operował. Pamiętam, że sam wszedłem na stół operacyjny, po chwili zasnąłem… Po przebudzeniu sądziłem, że skoro miałem operację, to zaraz wypuszczą mnie do domu…
Byłem dwa razy operowany pod narkozą, więc wiem, jakie uczucie dezorientacji potrafi towarzyszyć zaraz po przebudzeniu.
- Nie wiedziałem gdzie i po co jestem. Po chwili dowiedziałem się, że jestem na oddziale intensywnej terapii. Chciałem natychmiast wstać, ale od razu wybiły mi to z głowy pielęgniarki. Nie mogłem też ruszyć głową, wszystko mnie spinało. Okazało się, że wszędzie gdzie tylko się dało – w rękach czy w nogach, nawet w szyi, były jakieś kable, wkłucia. Towarzyszyło mi też uczucie ciągnięcia głowy do tyłu i w lewą stronę do barku. Na sali był zegar i z tego powodu pamiętam, że zasypiałem i budziłem się średnio co godzinę. I tak do następnego dnia.
Pobudka, a tu wszystko po staremu.
- Nie do końca, bo wreszcie mogłem coś zjeść, a byłem bardzo głodny. Pierwszym posiłkiem była kanapka z dżemem i jogurt. W dalszym ciągu nie wiedziałem jednak, co się ze mną dzieje. To, że nie jest dobrze, zdradzał tylko smutek mojej mamy. Wracając do operacji, to przeprowadził ją ordynator, doktor Kwiatkowski. Nazwał mnie… Felkiem. Kilka dni po operacji, powiedział mi, że jak wstanę i będę chodził, to wrócę do domu. Lepszej motywacji nie mogłem sobie wyobrazić. Pierwsze kroki robiłem wspólnie z mamą. Najpierw wybieraliśmy się na krótkie spacery po oddziale, do automatu z czekoladą, z czasem i dłuższe do szpitalnej restauracji. Miałem kolegę w pokoju, którego rodzice rzadziej odwiedzali. Zabieraliśmy go z mamą na nasze wyprawy. W międzyczasie dowiedziałem się, na co zachorowałem.
W jaki sposób?
- Powiedzieli mi o tym znajomi, z którymi miałem kontakt telefoniczny. Następnie porozmawiałem już na poważnie z mamą i doktorem. Diagnoza brzmiała modulloblastoma rdzeniak płodowy, nowotwór złośliwy móżdżku czwartego stopnia. Doktor opisał mi, jak moje życie będzie wyglądało przez kolejne 2-3 lata.
Cios to zapewne za mało powiedziane.
- Straciłem ochotę na kontakty z kimkolwiek. Mogę powiedzieć teraz, że zlewałem wszystkich, którzy chcieli się w dobrej wierze dowiedzieć, co u mnie słychać. Cały czas miałem jednak w głowie słowa lekarza, że mnie wypisze do domu, jak zacznę chodzić. Tak też się stało. W domu dopiero mogłem zobaczyć brak włosów z tyłu głowy i potężną 15-sto centymetrową bliznę i masę szwów. Lubiłem kłaść gąbkę pod głowę i leżeć. Odczuwałem wtedy ulgę. Po tygodniu musiałem wrócić do szpitala.
Do szpitali to musiałeś się zacząć przyzwyczajać.
- W trakcie choroby spędziłem w nich rok. Pierwsze dni polegały na badaniach, dobraniu chemii. Niewiele pamiętam z tego okresu. Musiałem poznać szpital i panujące w nim rytm i reguły. Długo trwało, zanim pierwszego dnia trafiliśmy na mój oddział. Idąc do swojej sali, która tak jak w szpitalu w Suchej, miała numer 13, mijałem kolejne pokoje, w których były chore dzieci. Pielęgniarka pokazała mi pokój zabaw, ale nie miałem ochoty z niego korzystać. Zmieniło się to, gdy dowiedziałem się, że można grać na x-box. Z czasem zapoznałem się z wieloma innymi w podobnym jak ja położeniu pacjentami. Po roku spędzonym na onkologii każdy był bliższym lub dalszym kolegą czy koleżanką. Nie wszystkim udało się z tej walki wyjść niestety zwycięsko. Pamiętam taką sytuację, że kiedy się zbliżał wieczór, to dzieci, które miały poukrywane pod łóżkami rowerki czy samochodziki, to siadały na nie i jeździły po salach, po korytarzach. To była taka namiastka normalności, miało to swój urok.
Nie uciekniemy od wielu tematów w tej rozmowie. Chemioterapia.
- Były też radioterapia, rezonanse, punkcje, biopsje, a raz miałem przetaczaną krew. Jeżeli chodzi o chemioterapię, to miałem kilka cykli w okresie trzech i pięciu dni. Te pierwsze były bardzo mocne, dłuższe nieco łagodniejsze. Nienawidziłem wkłucia centralnego – trwało chwilę, ale strasznie bolało. Podczas i po cyklu chemii człowiek czuje się jak na 20-krotnym, przeogromnym kacu. Do tego jeszcze wymioty. Okropne uczucie. Po trzydniowej chemii, trzeba było wszystko wypłukać. Od tego oraz również ogólnego samopoczucia zależało, jak szybko będzie można udać się do domu. Zawsze mówiłem, że czuję się wspaniale byle tylko jak najszybciej wyjść ze szpitala. Między chemiami były minimum dwa tygodnie przerwy, zdarzały się i odstępy 3-4 tygodni. Było to zależne jak wspomniałem od mojego samopoczucia, ale też i wyników krwi. Musiałem z tego powodu robić badania kontrolne. Szybko zacząłem zauważać, jak zachowuje się moje ciało po chemiach. Wystarczyło, że dotknąłem się za rękę, to pojawiały się wybroczyny czy siniaki. Opryszczka również była pozostałością po chemii. Raz kiedy zrobiłem badania krwi w ośrodku w Bystrej, to otrzymaliśmy telefon, że muszę natychmiast jechać do szpitala, bo mogę dostać krwotoku. W szpitalu powiedziano mi, że takie wyniki przy chemiach nie są niczym niezwykłym. Wracając do chemii, to przy pierwszej pękła mi żyła i z tego powodu już miałem opóźnienie. Następnie jak została podana, to w pewnym momencie po prostu nie mogłem oddychać przez parę sekund… Udawałem, że wszystko jest ok, bo nie chciałem denerwować mamy i sąsiadki z łóżka. W końcu oddech się odblokował. Przy trzeciej chemii, zaczęła mnie swędzieć głowa. Poszedłem do łazienki, potarłem włosy i zauważyłem, że wypadają. Było to dla mnie strasznie krępujące, nie chciałem tego. Od lekarza dowiedziałem się, że są przypadki, że komuś podczas chemioterapii nie wypadają włosy. Szybko przekonałem się, że to nie o mnie chodzi. Po powrocie do domu między kolejnymi chemiami, chodziłem po polu z czapką z daszkiem. Przez długi czas w ogóle jednak nie opuszczałem domu. Co innego na oddziale szpitalnym, tam każdy był przecież taki sam i chodzenie z ogoloną głową, było czymś naturalnym. Miałem też taki epizod, gdy strasznie bolały mnie plecy, a do tego przez 11 dni nic jadłem. Moja masa ciała spadła do 37 kilogramów. Otrzymywałem dożylnie pewien lek, po którym czułem się wspaniale i ból ustępował. W pewnym momencie pielęgniarka zauważyła, że się od tego leku uzależniłem. Resztkami sił prosiłem o jego podanie, byłem w stanie zwlec się z łóżka i czekać na moment, kiedy ten lek może mi zostać ponownie po upływie kilku godzin podany. Patrząc z perspektywy czasu, to muszę pani pielęgniarce przyznać rację. Musiałem z tym skończyć i się udało.
Bywały jednak i takie momenty podczas chemioterapii, gdy potrafiłeś „urosnąć”
- Na pewno można do tego zaliczyć wizytę jednej z doktorek, pani Liliany, która, gdy weszła do pokoju razem ze studentami powiedziała, że jestem najlepiej leczącym się pacjentem w tym szpitalu. Pozytywnie zadziałały na mnie również słowa mojej cioci, która bez ogródek przyznała, że moja rodzina pochodzi z Podhala i jesteśmy "nie do zarąbania”. Bardzo mnie to zmotywowało. Uwierzyłem, że koniec tej historii może być szczęśliwy. Nie wszyscy lubili rozmawiać o chorobie. Ja nigdy nie miałem z tym problemu i nie mam do tej pory.
Byłeś ledwo po skończeniu gimnazjum. Normalnie to powinieneś wybrać szkołę średnią i tam kontynuować naukę, poznawać rówieśników, zdobywać doświadczenie, cieszyć się życiem.
- Nauka mnie nie ominęła, bo w szpitalu w Prokocimiu prowadzone były lekcje! Trwały po pół godziny. Na początku trzeba było określić, na jakim jestem poziomie edukacji i na podstawie tego były dobierane zajęcia. Najmilej wspominam pana od geografii. Na drugim biegunie była pani od polskiego, która cały czas mówiła o swoich kotach (śmiech). Bywało tak, że moja mama mówi do mnie, że idzie „pani od kotów”. Nie lubiłem tych spotkań, a wystarczyło powiedzieć, że się źle czuje i wtedy lekcji nie było (śmiech). Wracając jednak do czasów gimnazjalnych, w sumie to już po gimnazjalnych, to nigdy nie zapomnę pewnego grilla. To było w czasie jednych z ostatnich, najcięższych chemii. Przyszedł do mnie kolega i mnie wyciągnął na pole. Tam dołączył do nas kolejny znajomy. Po drodze zauważyłem, że jest przygotowane dużo jedzenia, a raptem było nas troje. Po chwili zza domu wyszła jednak chmara ludzi! To bylikoleżanki i koledzy z gimnazjum. Zrobiło mi się naprawdę miło. Nie zapomnę tego dnia.
Zapewne nie zapomnisz też wielu osób, które przez prawie dwa lata, poznałeś w krakowskim szpitalu.
- To prawda. Każdy człowiek to zupełnie inna historia. Choroba jednak nie wybiera i dotyka dzieci młodsze i nieco starsze. Kilka osób oczywiście bardziej zapamiętałem. Na pewno muszę wspomnieć o Maćku, z którym dzieliłem salę. To był mega pozytywny człowiek. Po raz trzeci walczył z rakiem, ale niestety tę walkę przegrał… Był młodszy ode mnie kilka lat. Z tą samą chorobą co ja mierzyła się Justyna. Udało się jej wyjść z niej cało. Nie miała tego szczęścia np. Karina. Generalnie, to dużo osób było z Podhala czy ogólnie z naszego województwa. Poznałem w Krakowie chorych z Limanowej, Rabki, Nowego Sącza czy naszego Osielca. Pamiętam Bartka, któremu lekarze musieli wyciąć z powodu raka nerkę. Jego mama mówiła mu, że jak wyzdrowieje, to po prostu będzie musiał w przyszłości pić mniej alkoholu ode mnie (śmiech). Nie zapomnę Dominiki, której podobnie jak Maćka, nie ma już na tym świecie. Była fanką zespołu Red Hot Chili Peppers. Teraz muszę wspomnieć o fundacji „Mam marzenie”, której ambasadorką jest Małgorzata Kożuchowska. Za pośrednictwem fundacji dzieci chore na nowotwór mogły zrealizować swoje marzenie. Niektórzy poznali Roberta Lewandowskiego, inni wybrali lot helikopterem nad Krakowem, ktoś chciał popływać z delfinami. Generalnie nie miałem żadnych takich marzeń, ale poprosiłem o iPhona. I go dostałem. Wracając do Dominiki, to chciała pojechać na ich koncert. W 2016 roku RHCHP grali w Polsce w Gdańsku (na Openerze – przyp. red.). Najpierw zamierzała nauczyć się grać na gitarze, a dostała ją dokładnie taką, jaką miał gitarzysta Red Hotów. Miałem ją uczyć grać, ale nic z tego niestety nie wynikło. Jak wspomniałem, Dominika zmarła, ale ludzie, którzy mieli z nią jechać na koncert, na czele z pielęgniarką Emilią, udali się do Gdańska. Mieli ze sobą transparent, który się odwoływał do Dominiki… Chociaż tyle mogli dla niej zrobić.
Gdyby nie choroba, to gdzie byś kontynuował naukę?
- Chciałem zdawać do mechanika w Oświęcimiu. Nie miało to jednak sensu w tamtym momencie. Zdecydowałem się na szkołę w Jordanowie, dostałem się do Dańkowskiego. Przez pierwszy rok miałem indywidualne lekcje. Przyjeżdżali do mnie do domu nauczyciele. Mimo przeciwności, bardzo miło ich wspominam i tamten czas.
Ostatecznie udało się jednak do nauki stacjonarnej wrócić?
- Tak. To był już czas po radioterapii, gdy tęskniłem za codziennym kontaktem z rówieśnikami. Doktor mi tego odradzał, ale po radioterapii od drugiego półrocza wróciłem do szkoły. Wstydziłem się tego, że przez chorobę nie mam włosów, że jestem chudy, ale przebywanie wśród rówieśników dodało mi bardzo dużo otuchy i odwagi, Bardzo chciałem np. ćwiczyć na wychowaniu fizycznym, ale miałem zwolnienie. Nauczyciel jednak potrafił przymknąć oko i gdy koledzy grali, to mogłem z nimi chwilę pokopać piłkę. To było dla mnie bardzo ważne.
To wszystko miało miejsce już pod koniec choroby?
- Tak, wtedy już brałem chemię podtrzymującą. Polegało to na tym, że bywałem w szpitalu na jeden czy dwa dni, a pod koniec ograniczało się to do wzięcia tabletki i można było wracać do domu. Wcześniej jednak miałem radioterapię, dokładnie 33 dni naświetlania, dzień w dzień. Z racji tego, że czułem się po nich w miarę dobrze, mogłem nocować u cioci w Krakowie. Naświetlenia miałem rano, a potem nie musiałem już przebywać w szpitalu. Mogłem pospacerować po Krakowie, pójść do kina. To był już inny, normalny świat. 17 marca 2017 roku wziąłem ostatnią tabletkę. Nie polegało to na tym, że mogłem unieść ręce do góry i skakać z radości. Nie powiem też, że nie wyczekiwałem tego momentu, bo wyczekiwałem. Mogłem po prostu odetchnąć.
Ponad pięć lat minęło od momentu zakończenia leczenia. Jak teraz wyglądają twoje wizyty w szpitalu?
- Raz do roku jeżdżę na badania do szpitala przy ulicy Jakubowskiego. Ostatnią wizytę miałem w maju, a we wrześniu czeka mnie rezonans.
Pozostałości po chorobie?
- Generalnie wyszedłem z choroby bez szwanku. Ucierpiał może tylko mój słuch, ale nie jest to uciążliwe. Nie jestem też za wysoki i to również ma związek z chorobą. Moja 14-letnia siostra jest wyższa ode mnie o głowę, a bracia również są zdecydowanie wyżsi. Od momentu choroby urosłem raptem 10 centymetrów. Kondycyjnie czuję się bardzo dobrze, gram w piłkę, chodzę na siłownię, a niedawno kupiłem rower i na nim jeżdżę (Szczepan przyjechał do Jordanowa na wywiad właśnie na rowerze z Bystrej – przyp. M.K.).
Pozostałością po chorobie jest również to, że zostałeś wolontariuszem.
- Kiedy byłem już w trakcie chemii podtrzymującej, dowiedziałem się, że fundacja HCPT Polska z Krakowa organizuje wyjazdy w okresie Świąt Wielkanocy do francuskiej miejscowości Lourdes. Tam objawiła się 14-letniej Bernadecie Matka Boska. Chorzy schodzą do jaskini, gdzie następnie kąpią się w jeziorze. W tamtym okresie przebywali tam chorzy z całego świata. Wszyscy byli pogrupowani, mieli przypisane kolory i tzw. spinacze, które mogli przyczepiać innym osobom. Po takim wyjeździe miałem kilkanaście spinaczy i później mogłem w internecie sprawdzić, z którego zakątku świata dany spinacz pochodzi! Po tym jak wyzdrowiałem, skontaktowałem się z Sylwią, która jest właścicielką fundacji i zapytałem, czy nie potrzebują wolontariuszy na kolejny wyjazd. I tak byłem już trzy razy w takiej formie w Lourdes. Dowiedziałem się, że jestem pierwszą osobą, która była z fundacją jako osoba chora i potem już zdrowa, jako wolontariusz. Podczas wyjazdu poznałem wielu świetnych ludzi. Byłem pod wielkim wrażeniem m.in. osób z Zespołem Downa. Z jedną dziewczyną mam do tej pory kontakt internetowy.
Chorzy na Zespół Downa potrafią przełamywać bariery, o czym świadczy m.in. makowianin Jan Wolczko, który niedawno został potrójnym lekkoatletycznym medalistą mistrzostw świata.
- Czytałem o tym na portalu Sucha24 i chciałbym mu tego sukcesu pogratulować.
Wywołałeś temat sportu już wcześniej, ale teraz już do niego wracamy. Ja też mogę ci oficjalnie pogratulować historycznego awansu Dębu Sidzina do A-klasy. Jak to się stało, że wróciłeś do gry i wylądowałeś w Sidzinie?
- Jestem wychowankiem KS Bystra. Kiedy zachorowałem, szkoleniowcem Bystrej był Marcin Wnętrzak, a gdy po chorobie wznowiłem zajęcia, to również on dalej był jej trenerem. Nie robiłem sobie wielkich nadziei, że wrócę na sto procent do pełnej sprawności i będę mógł grać. Pojawiałem się za to często w hali i po pewnym czasie uznałem, że jestem gotowy, by spróbować zagrać na większym boisku. Kiedy trenerem w Bystrej został Kamil Urbański, to zacząłem pojawiać się na boisku, ale nie tak często, jakbym sobie tego życzył. W końcu ostatniego dnia okienka transferowego udało mi się przenieść do Sidziny. Moja narzeczona pochodzi z Sidziny, mam tam znajomych i szybko kluby załatwiły formalności. To, że był to dobry wybór, przekonałem się już w pierwszym spotkaniu, kiedy to dostałem szansę zagrać całą drugą połowę w meczu w Osielcu. Generalnie byłem zmiennikiem, chociaż cieszę się, że udało się mi zdobyć dwa gole w sezonie 2021/2022 (w tym w meczu z zespołem Żarek Stronie, który przypieczętował awans Dębu do A-klasy – przyp. red.). Bardzo sobie cenię współpracę z trenerem Piotrem Żmudką, którego śmiało mogę zestawić na równi z trenerem Wnętrzakiem, jeżeli chodzi o zaangażowanie i indywidualne podejście do zawodnika. Oczywiście nie zapominam o Bystrej, bo ten klub mnie wspierał, podobnie jak wiele innych osób, w walce z chorobą. W przyszłym sezonie będą derby Bystrej z Sidziną już na poziomie A-klasy. Nie mogę się ich doczekać.
Czego cię nauczyła choroba?
- Moja niesprawiedliwa walka trwała prawie 700 dni. Na pewno stałem się przez ten czas osobą bardziej dojrzałą. Nabrałem do siebie, ale też mniej ważnych rzeczy, dużego dystansu. Nawet kiedy pojawiają się trudniejsze dni, to nie można się poddawać i trzeba być dobrej myśli. Uważam, że jedną z dróg do zwycięstwa z rakiem było to, co siedziało w mojej głowie i jak tę walkę postrzegałem. Wiedziałem, że wygram i wygrałem.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.Brawo, wygrałeś walkę z ciężką chorobą.!!!!!
Super trzymaj się zdrowo Pozdrawiam serdecznie
Jesteś bardzo fajnym człowiekiem Wszystkiego najlepszego
No brawo ty ! Cieszymy się z twojej wygranej i tak trzymaj! Niestety nie wszyscy mamy tyle szczęścia ,ale też proszę za nas trzymać kciuki i o mdlitwe Pozdrawiam
Trzymam kciuki za Pana zdrowie. Co do początku opowieści - to mam wrażenie, ze pacjenci przychodzący na SOR w Suchej Beskidzkiej potrafią się sami lepiej zdiagnozować niż doświadczeni i wykształceni lekarze z dyplomami, którzy w większości przypadków zakładają, ze pacjent udaje. Zdaję sobie sprawę, że 80% sorowców to lumpy z porozbijanymi głowami przywożeni przez Policję, ale to nie powód, żeby zwyczajnych ludzi traktować z góry i z buta. Kiedyś dojdzie do tragedii..
Sor w suchej beskidzkiej to tragedia. Sam po chemioterapii miałem wstrzas anafilaktyczny, wysoka goraczka, ogolnie masakra, po udaniu sie na sor z cala dokumentacje medyczna pierwsze co usłyszałem to COVID XD i kwarantanna xd lepiej odrazu jechac do Krakowa..
Brawo, wygrałeś walkę z ciężką chorobą.!!!!!
Super trzymaj się zdrowo Pozdrawiam serdecznie
Jesteś bardzo fajnym człowiekiem Wszystkiego najlepszego