Ma na koncie ponad dwadzieścia książek, których akcja rozgrywa się w Suchej Beskidzkiej. Książek nie dla każdego czytelnika, bo chodzi o ekstremalne horrory. Na swoim koncie Tomasz Siwiec ma jeszcze bajki dla dzieci i książki obyczajowe. Jak sam jednak mówi, zdecydowanie najlepiej czuje się w klimacie grozy i horroru.
Tomasz Siwiec: - Nazywam się Tomasz i napisałem sporą ilość strasznych książek.
Maciej Krzyśków/Sucha24.pl: W moim przypadku pierwsza przeczytana pozycja autorstwa Tomasza Siwca to bajka dla dzieci.
- Na początku był horror, w którym czuję się zdecydowanie najlepiej, a bajki przyszły z czasem. To zresztą nie tylko bajki, ale i opowiadania dla młodzieży. O ile w świecie horroru mam ugruntowaną pozycję i sporo dobrych opinii, o tyle byłem ciekawy, jak wypadnę w zupełnie innym klimacie i jaki będzie odbiór mojej twórczości u innego czytelnika.
Efekt?
- Zadowalający.
Słyszałem o tobie wcześniej, ale czytając moim dzieciom na dobranoc „Zmorę z komina” nie skojarzyłem, że ty jesteś jej autorem. Tymczasem przeglądając kolejne strony czułem, jak atmosfera gęstnieje i bałem się, że za chwilę autor wymorduje pół miasteczka. Podjąłem dobry trop?
- W tym przypadku nie, bo książka ta była z góry założonym ekologicznym projektem dla małych (śmiech). Może podświadomie budowałem w niej mroczną atmosferę, ale wszystko dobrze się skończyło.
Moje dzieci czasem jeszcze przyniosą mi tę książkę do przeczytania. Czytałem im również opowieści o niesfornej kwoce i panu Minutce, ale jednak „Zmora z komina” to jest ich numer jeden. Która z nich była najchętniej czytana przez innych rodziców czy dzieci i wiesz, że zrobiła największe wrażenie?
- Nie analizowałem tego pod tym kątem. Łącznie z tej serii wydałem cztery książeczki. Sprawdzałem jednak, w jakiej ilości sprzedały się poszczególne pozycje i najwięcej osób kupiło tę o segregacji śmieci… Tyle ich napisałem przez te lata, że zapomniałem tytułu…
Chodzi o „Niesforną kwokę”.
- Najlepiej się sprzedała, więc było na nią największe zapotrzebowanie.
Skoro książki dla dzieci i młodzieży to jeden z najnowszych twoich projektów, to jaki był pierwszy. Jaki był twój początek? Kiedy pojawiło się pierwsze „coś” twojego autorstwa?
- Zaczęło się w piątej klasie podstawówki od moich wizyt w miejskiej bibliotece w Suchej Beskidzkiej. Pierwsze opowiadania to były nieudolne kopie opowieści, którymi się fascynowałem. Co prawda panie z biblioteki nie chciały mi wypożyczać interesujących mnie pozycji, bo na okładkach były makabryczne obrazki. Musiałem się sporo nakombinować, żeby taką książkę otrzymać. Czytając te opowieści stwierdziłem, że też jestem w stanie coś takiego napisać, a może i uczyniłbym to lepiej. Pojawiły się pierwsze zapiski. Na początku bohaterami opowiadań byli moi rówieśnicy, którzy ginęli w przerażających okolicznościach. To zresztą zostało mi do dziś (śmiech). Zresztą, za czyimś przyzwoleniem mogę kogoś umieścić w książce, a ja go chętnie rozczłonkuję.
Bywały takie propozycje?
- Bardziej na takiej zasadzie, że ktoś mówił, że może pojawić się w książce i mogę z nim zrobić co chcę. Niektórzy lubią o sobie czytać w ekstremalnych okolicznościach.
Wiem, kto by się nie zgłosił z imienia i nazwiska czy zajmowanego stanowiska. Ksiądz. Bez dodatkowej zgody i tak ich umieszczasz w opowiadaniach.
- Nie jest nam po drodze. Instytucja, która ma umoralniać ludzi, ma tyle za kołnierzem niecnych uczynków, że staje się idealnym materiałem do moich książek. A ja to wykorzystuję.,
Wróćmy do czasów szkolnych. Pisanie pierwszych opowieści było formą ucieczki od rówieśników, chęcią przeciwstawienia się im?
- Dokładnie tak. Miałem nieprzyjemność być najmniejszym i najbardziej chuderlawym dzieckiem w klasie. W młodszych klasach dzieci bywają bezwzględne. To, że doświadczałem przemocy jest może zbyt dużym słowem, ale nie było łatwo. Stałem się szkolnym popychadłem, chociaż napisałem kiedyś na swoim blogu na ten temat i odezwali się koledzy i koleżanki ze szkolnych lat z klasy stwierdzając, że nic takiego nie pamiętają. W pierwszych opowieściach uśmiercałem wszystkich, którzy wyrządzili mi krzywdę. Mogłem w ten sposób się im odpłacić. Dla chłopaka z V klasy, było to coś super.
Koniec końców i tak te opowiadania przesyłałeś w klasie, więc te osoby to czytały?
- Dzięki cudownemu zbiegowi okoliczności, te osoby tych książek nie otrzymywały. Bo gdyby tak było, to pewnie obrywałbym jeszcze bardziej (śmiech).
Inne też były czasy (w tym momencie dowiedziałem się, że autora wywiadu i Tomasza Siwca dzieli różnica pięciu lat) i inne okoliczności i klimat. Filmy z wypożyczalni kaset były jedną z pierwszych rozrywek. Lubiłem filmy o policjantach i tak oglądnąłem „Maniakalnego gliniarza”. Jako coś było do oglądnięcia dla dziecka, to zobaczyłem… „Laleczkę Chucky”.
- (śmiech) Kultowe filmy! Nasze czasy to era kaset VHS i wspomniane wypożyczalnie, które wyrastały w Suchej Beskidzkiej jak grzyby po deszczu.
Pamiętam numery, na jakie moja rodzina mogła wypożyczać filmy. W Radości był to 48, w Astrze 1270. Zawsze idąc koło budynków, gdzie się mieściły te wypożyczalnie, wracają wspomnienia. Do tej pory, jak widzę na ulicy osoby, które pracowały w tych wypożyczalniach, to się nisko kłaniam.
- Była jeszcze wypożyczalnia w obecnym Urzędzie Pracy. Pani, która tam pracowała, zanim przeznaczyła film do wypożyczenia, musiała sprawdzić, czy kaseta jest sprawna. Nie miała na to czasu, stąd przekazywała mnie i kolegom kasety, żebyśmy sprawdzili, czy są ok. Tym sposobem braliśmy pełne horrorów pudełka z kasetami. Do tego wszystko za darmo! Nic innego przez miesiąc jak horror po horrorze nie oglądałem! Mogę zatem powiedzieć, że wychowałem się nie tylko na filmach typu wspomniana „Laleczka Chucky”, ale też i takich, które do dziś mogą wzbudzać kontrowersje. Pamiętasz serię „Oblicza śmierci” w formie dokumentalnej?
Tak. To było o wypadkach.
- Dokładnie. Od małego zatem miałem styczność z takimi obrazami. Pojawiły się nawet hasła, że może to wszystko wpłynąć na moją psychikę, w końcu byłem dzieckiem. Niektórzy mówili, że mogę źle skończyć… Tymczasem mam 42 lata, rodzinę i poza zapiskami w książce, jeszcze nikogo nie zabiłem.
Jeszcze.
-(śmiech) Zupełnie na serio, to uważam, że jestem wrażliwym człowiekiem, więc te wszystkie przypuszczenia poszły w innym niż wielu zakładało kierunku. Oglądałem i czytałem mnóstwo horrorów, a teraz jestem z drugiej strony i sam piszę horrory. Gatunek ten nie jest tak popularny jak inne, ale z tego, co udało mi się osiągnąć, jestem zadowolony.
Horrory, bajki dla dzieci. Pojawiło się coś jeszcze w twoim dorobku?
- Napisałem również powieści obyczajowe. Jedna z nich „Przybłęda”, której akcja dzieje się w Suchej Beskidzkiej, opowiada o alkoholiku, który postanawia zerwać ze swoim nałogiem. Pewnego dnia wydarza się jednak coś, co przewraca jego życie do góry nogami. Kolejny tytuł to „Zguba”, którego bohaterem jest porzucony w lesie pies. Jak widać, mam także romans nie tylko z horrorem, chociaż w nim czuję się zdecydowanie najlepiej.
Jak Tomasz Siwiec, horror to i Sucha Beskidzka. Jestem po lekturze „Domu Horroru” i łatwo mi było wszystko sobie wyobrazić, jako osobie, które to miasto doskonale zna, jak dane zdarzenie czy akcja mogłyby w rzeczywistości wyglądać. W książce zahaczasz też i o Zawoję i Maków Podhalański.
- Wychowałem się na dziełach Stephena Kinga, który umieszczał akcje swoich powieści w małych miasteczkach. Stwierdziłem, że nie będę wychodził z konwencji. Sucha Beskidzka jest areną ponad dwudziestu moich pozycji, chociaż obraz miasta, jeżeli chodzi o jego topografię, nie jest tutaj przedstawiony jeden do jednego. Nie chodzi o to, żeby tak przedstawiać sytuacje w książce i były one tylko dla mieszkańców Suchej, ale też i dla tych, którzy w Suchej jeszcze nie byli.
To słyszysz zatem ode mnie, że jako osoba znająca Suchą, że robię jednak zestawienie topografii jeden do jednego, gdy tam się dzieje akcja.
- Bardzo rzadko rozmawiam z osobami z naszego terenu na temat moich książek, więc dziękuję za informację. Tak się złożyło, że to dopiero pierwsza taka okazja. Poza granicami Suchej, bywało takich okazji o wiele więcej.
Jednymi z twoich znaków rozpoznawczych stały się animal horrory. Rozumiem, że kiedyś cię zaatakowała wściekła kura, kret, krowa czy kaczka i masz jakąś traumę? Ptaków zapewne nie „dotkniesz”, bo one są zarezerwowane dla Hitchocka.
-(śmiech) Mam pewną grupę czytelników, którzy bardziej niż inni lubią moje książki. Stwierdziłem, że napiszę dla nich 20-30 stronicowe opowiastki na temat ataku nieoczywistych zwierząt. Przecież już tytuły same w sobie są kuriozalne. Weźmy dla przykładu „Mordercze kaczki”, których akcja zaczyna się przy ulicy Turystycznej w Suchej, a potem przenosi się w dalszą część miasta. Kończąc te książki, nie zamierzałem ich tylko drukować, związać i wysłać. Postanowiłem je wydać w wydawnictwie, opakować i tak zaprezentować wybranym czytelnikom. Ku mojemu zaskoczeniu, sprzedały się one o wiele lepiej niż takie pozycje, którym poświęcałem zdecydowanie więcej czasu. Wiem, że niektórzy kupowali te książki dla żartu, na prezent czy z czystej ciekawości. Poszedłem za ciosem i po kaczkach pojawiły się morderczy kret, kury, mrówkojad, a ostatnio nawet i krowa. Ludziom się to spodobało, a do tego nie zajmują mi te historie dużo czasu. Każda wydana opowieść, krótsza czy dłuższa, nad którą pracowałem dłużej lub krócej, tak samo mnie cieszy.
To żadne zwierzę cię nie zaatakowało? Czuję się zawiedziony.
- Ok. Jak byłem mały i mieszkaliśmy na Błądzonce, to bałem się gęsi. Lubiły szczypać po nogach (śmiech).
Pisząc książkę z góry sobie wyobrażasz, że osiągnie większy sukces niż inne?
- Jak wspomniałem, każda historia, której poświęcam czas, jest dla mnie ważna.
Chodzi mi bardziej o efekt końcowy.
- Wydawało się, że łatwo przewidzę, do jakiego grona trafi typowy horror, a do jakiego jego niszowa odmiana. Czytelnicy lubią czytać o nawiedzonych domach, ale kto uwierzy, że może przeczytać o nawiedzonych kaczkach? Reasumując, będę kontynuował serię o animal horrorach, ale też i nadal będę pisał typowe dla mnie horrory.
Rozmawiamy 6. lipca. Ile masz rozgrzebanych tematów? Jest ich więcej niż dziesięć?
- Zdecydowanie więcej, a brak czasu jest dla mnie największym problemem, żeby je skończyć. Z tego też powodu tworzę częściej krótsze niż dłuższe opowiadania. Lubię zaczynać jakieś historie, a kiedy do głowy wpadają mi nowe pomysły, to je sobie zapisuję. Lubię pisać dziesięć opowiadań naraz, ale z tego powodu potem się one „ślimaczą”, gdy trzeba je zakończyć.
Skoro tyle tematów, to musisz też starać się być oryginalny. Przed lekturą „Domu horroru” uprzedzałeś mnie, żebym się przygotował na coś, z czym jeszcze nie miałem do czynienia. W trakcie czytania zauważałem, że w niektórych momentach oddajesz hołd filmom, książkom.
- Czasem owszem, to jest hołd, ale staram się też być oryginalny i wymyślać pewne interesujące dla mnie sytuacje. Przywołam jedną, która mnie zaintrygowała. Czy można kogoś zabić przez nadciśnienie? Sam mam z tym problem, ale co by było, gdyby ktoś wypił naraz sto kaw? Wiedziałem, że to jest to. Napisać, że ktoś kogoś zabił siekierą czy nożem… To wszystko już było i nikt tego nie chce czytać. Jestem na bieżąco z horrorami i staram się wymyślać nowe rzeczy. Z powodu wybranego gatunku jestem zamknięty w pewnych kleszczach, ale zawsze mogę pokombinować, żeby powiało świeżością.
Opętania, zwierzęta… A może było coś o wampirach w twojej twórczości?
- Były w antologiach opowiadania o wampirach, a akcja działa się oczywiście w Suchej Beskidzkiej.
Pytam bardziej teraz jako fan tego typu historii. Czytałem „Draculę” Brama Stokera, a film znam Francisca Forda Coppoli znam na pamięć. „Wywiad z wampirem” to również jeden z tych filmów, które mogą zacząć oglądać w dowolnym momencie i do końca doglądać, chociaż znam każdy moment i szczegół filmu.
- Na pewno miałem jakiś pomysł „w szufladzie”. Opowiadanie miało się zacząć od tego, że w suskiej bazie krwiodawców zniknęły torby z krwią. Musiałbym odświeżyć temat i może coś się uda z tym zrobić.
Skoro horrory, to trzeba je pisać wieczorem?
- Mam swoją pracę, którą muszę wykonać, a pracuję na wymagającym stanowisku. Z tego powodu na pisanie zostaje mi nocne i weekendowe pisanie. Jak każdy szanujący się autor horrorów, cierpię na bezsenność, stąd też czasami piszę rano, przed pójściem do pracy. Pisanie to ciężki kawałek chleba, wymagający wielu wyrzeczeń. Pamiętam, jak kiedyś robiłem zakupy w jednym ze sklepów i usłyszałem po drugiej stronie półki, jak ktoś mówi: „tato, to ten człowiek od horrorów”. Udałem, że tego nie słyszę, tak samo jak odpowiedzi taty, który powiedział, że „skoro nie umiem niczego innego robić, to piszę takie głupoty”. Pisanie nie jest prostym zajęciem. Im więcej jest rzeczy do zrobienia, tym więcej zajmuje ono czasu.
Można to nazwać jednym słowem. Hobby.
- Tak, tylko dla mnie to jest połączenie hobby z nałogiem. Często czuję, że po prostu muszę usiąść i coś napisać.
Na pewno przed laty i teraz są w naszej okolicy osoby, które piszą dla siebie, a chciałyby dotrzeć do większego grona. Może i jestem tego przykładem, stąd tym bardziej mogę ci zazdrościć, że twoje opowieści ujrzały światło dzienne. Co jednak współcześnie takim osobom pozostaje? Zdaje się, że zostaje „Po co pisać do szuflady” lub starać się coś na własną rękę wydać.
- Literatura w naszym powiecie kuleje, a twórcy mają mało szans na zaprezentowanie swoich dokonań. Brałem udział we wspomnianym konkursie „Po co pisać do szuflady” i świetnie, że coś takiego jest. Szkoda tylko, że zwycięskie opowiadania nie zostały wydrukowane i wydane, bo zwłaszcza ci, którzy chcieliby zaistnieć, otrzymaliby takiego pozytywnego kopa do działania. Ilość prac, jakie napływają na ten konkurs pokazuje, że wiele osób pisze, ma zajawkę i chce się zaprezentować szerszemu gronu czytelników. Jeżeli nie będziemy ich doceniać, to zajmą się czymś innym – może czymś mądrzejszym, czymś głupszym, ale nie będą pisać. Jeżeli komuś zabraknie determinacji, to jego pisanie spełznie na niczym.
Jesteś przykładem, że jednak można.
- Tak, ale to wszystko zostało poprzedzone latami pracy. Pierwszy tekst na papierze powstał około dziesięć lat temu, a wcześniej publikowałem tylko w internecie lub „do szuflady”.
Internet to świetna okazja do pokazania się. Zakładasz bloga i jesteś.
- Należy mocno dążyć do tego, co lubi się najbardziej i to zaprezentować. Bez tego ani rusz, chociaż niektórym osobom udało się szybko wypłynąć na szerokie tory. U mnie była to ciężka i długa praca.
Podczas pisania i wymyślania kolejnych okoliczności śmierci masz dobrą zabawę czy jednak w większości sytuacji zachowujesz powagę?
- Bywa z tym różnie. Są tematy, z których nie potrafię się śmiać. Mam tutaj na myśli przemoc wobec dzieci. Nie epatuję też bezsensownie przemocą, a flaki nie latają na prawo i na lewo bez żadnego celu. Czasem muszę zrobić sobie przerwę od pisania z tego powodu. Wspomnę tutaj „Opowieści niesamowite” wydane przez Wydawnictwo Skrzat. Nie mogłem poradzić sobie z jednym z opowiadań, bo tak mnie ściskało za serce. W ciągu trzech dni napisałem jedną kartkę. Cały czas miałem przed oczami obraz krzywdzonego dziecka i to mnie bolało. Są też oczywiście horrory, które przekraczają granice dobrego smaku. Czasami zwijam się ze śmiechu pisząc, a żona mówi wtedy – patrzcie dzieci, tatuś pisze horror. Jak tu się nie śmiać, gdy powstaje makabryczny opis zdarzeń, a w roli oprawcy jest kura (śmiech).
(śmiech).
- Widzisz, sam się z tego śmiejesz. Dodam tylko, że to totalna rzeźnia i komuś na to nieprzygotowanemu, nie dałbym tego do przeczytania.
Z kim i z czym w trakcie pisania się rozliczasz?
- Nie będę tutaj oryginalny, że ze swoimi najmocniejszymi lękami. Mam 42 lata i chociaż jednym mogę się wydawać młody, innym stary, to jednak zaczynam odczuwać defekty wieku. Boję się chorób, nagłej śmierci, boję się, żeby nic się nie stało moim dzieciom. Z tego powodu coraz częściej takie historie można spotkać w moich książkach. Sądziłem, że jak o tym napiszę, to zacznę swoje lęki oswajać. Tak to nie działa. Kiedy zaczynasz rozkładać swój strach na czynniki pierwsze, to jeszcze bardziej się on potęguje. Tkwię w horrorze od 30 lat i nie powiem, że nie rzucił on cienia na moją psychikę.
Ubiór i styl też robią swoje.
- Chłonę to wszystko całym sobą.
Książki zatem na chwilę na bok. Ulubiony horror Tomasza Siwca?
- Może to będzie zaskoczenie, ale „Piątek trzynastego część trzecia”. To jeden z pierwszych horrorów, który obejrzałem. Znam go na pamięć po polsku, po angielsku, a kasetę zdarłem do białości, bo tak często ten film oglądałem. Jason Voorhees jest tam niezwykle realistyczny, a poszczególne sceny zapadły mi w pamięć.. Wrażenie zrobił też na mnie film „Dyniogłowy”.
Moja przygoda z horrorem się zaczęła, ale od szóstej części „Piątku trzynastego”. Ile się później zastanawiałem, czy jak w kogoś uderzy piorun, to ten może ożyć. Z tamtego okresu zapadły w pamięć „Złośliwe demony”.
- To był film utrzymany bardziej w konwencji komediowej (śmiech).
Jak kilka lat temu ten film włączyłem, to rzeczywiście się śmiałem. Jak się było młodym, to nie było to w ogóle śmieszne, a wręcz przeciwne. Co sądzisz o „Blair Witch Project”?
- Znam i lubię całą serię. Chciałem ostatnio zrobić sobie tatuaż z tym symbolem wiedźmy, ale zdecydowałem się na inny. To pierwszy horror „found footage”.
Generalnie chyba nieprzypadkowo wspominamy horrory z tamtych lat.
- Trudno teraz wymyślić scenarzystom czy reżyserom coś oryginalnego. Współczesne horrory to kalki tych sprzed lat. Może to być zaskakujące, ale oglądam obecnie o wiele mniej horrorów niż w przeszłości. O wiele więcej napięcia znajduję w dramatach.
Jaki dramat poruszył Tomasza Siwca?
- Ostatnio zagłębiłem się w tematykę obozów koncentracyjnych, które były zakładane na całym świecie, nie tylko w Oświęcimiu. Wbrew pozorom, jest to bardzo aktualny temat. Wydarzenia społeczno-polityczne doprowadziły kiedyś do ich powstania, do zniewolenia pewnych warstw społecznych. Znajduję pewne analogie do współczesnych czasów, bo kto jeszcze rok temu by przypuszczał, że niedaleko nas wybuchnie wojna? Wszystko jest niestety możliwe. Tematykę tą pogłębiam także poprzez literaturę. Każde zapisane słowo przez więźniów, którzy przeżyli tamte czasy, jest koszmarne i budzi grozę.
Jeszcze jakąś książkę, książki może polecić Tomasz Siwiec?
- Wróciłem wspomnieniami do czasów, gdy byłem nękany w szkole, podczas czytania „Gulu. Pamiętne lato”. Oczywiście pojawia się w niej niesamowita istota, która sieje strach i zniszczenie jak to w horrorze, ale książka ta nie jest taką typową opowieścią z tego gatunku. Polecam. Często wracam do serii „Nekroskop. To popularna seria o wampirach, które tam są prawdziwymi skurczybykami, a nie, jak obecnie chcą nam to niektórzy wmówić, takimi łagodnymi postaciami
Nawet sobie nie zdajesz sprawę, jaki byłem zawiedziony, gdy zacząłem oglądać „Zmierzch”. Najpierw przeczytałem skróconą fabułę i miałem całkiem dobre nastawienie, co do akcji w tym filmie.
- Kiedyś obraz wampirów czy wiedźm budził grozę. Teraz wszystko zostało spłycone i zmieszane w politycznym sosie i popkultury. A szkoda.
Z serii wywiadów "Nazywam się..." ukazały się:
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.nazywam się Tomasza,a na imię mam Siwiec.przyklad wsiowego pismaka,ktory nie zna podstawowych zasad.
Nie wiem czy wsiowy czy jaki , ale faktycznie .. Nazywam się poprawnie to np. Dzesika Miednica czy tam Januszek Kowalski ..
Cipek gitara, czy jak się tam nazywasz . Możesz nam tu podać tytuł jakiejś twojej książki, pisma, artykułu, no chociaż laurki???
tabula rasa.
nazywam się Tomasza,a na imię mam Siwiec.przyklad wsiowego pismaka,ktory nie zna podstawowych zasad.
Nie wiem czy wsiowy czy jaki , ale faktycznie .. Nazywam się poprawnie to np. Dzesika Miednica czy tam Januszek Kowalski ..
Cipek gitara, czy jak się tam nazywasz . Możesz nam tu podać tytuł jakiejś twojej książki, pisma, artykułu, no chociaż laurki???