Pod koniec II wojny światowej okolice Makowa Podhalańskiego były miejscem starcia wojsk radzieckich i niemieckich. Zginęło ponad tysiąc żołnierzy. Ginęli po obu stronach.
W styczniu 1945 roku doszło do walk w okolicach Makowa. Oblicza się, że zginęło ponad 700 żołnierzy Armii Czerwonej oraz około 300 Niemców. To bezduszna statystyka. A w czasie wojny umierały nie liczby, ale ludzie. Konkretni, z krwi i kości. I byli wśród nich również Niemcy.
W styczniu, na kilka miesięcy przez zakończeniem działań wojennych w Europie, Niemcy jeszcze przebywali na terenie Polski. Ich wojska wycofywały się na zachód pod naporem wojsk radzieckich. W Makowie Podhalańskim oddziały Wehrmachtu się okopały, przygotowując obronę drogi na Suchą Beskidzką, którą żołnierze, sprzęt wojskowy, podążał do kraju ojczystego.
16 stycznia w Suchej Beskidzkiej pojawił się eszelon z amunicją. Pociąg został przetrzymany na stacji w Makowie Podhalańskim – miał stać się celem ataku partyzantów.
- Plan był taki, aby ten skład wysadzić w powietrze, by przewożona na nim amunicja nie trafiła do niemieckich oddziałów walczących w okolicach Chabówki – wspomina wtedy 18-letni Józef Miehle Jako młody chłopiec współpracował z Armią Krajową. – Podczas postoju partyzanci do pociągu przytwierdzili minę. Wybuch nastąpił w okolicy mostu. Był tak silny, że odległej o około pół kilometra szkole wybiło wszystkie szyby.
Podczas eksplozji ranne zostały dwie osoby. Dwóch Niemców, a może Ukraińców w niemieckich mundurach, którzy pracowali na kolei, zostało w Makowie zatrzymanych przez kierownika ruchu. Powiedział, by nie jechali tym pociągiem.
Być może byłaby to historia jak wiele podobnych z czasów II wojny światowej, gdyby nie kryjąca się za akcją polskich partyzantów historia człowieka. Siostra Cherubina z niemieckiego protestanckiego zakonu Ewangelicznych Sióstr Maryi postanowiła odszukać grób swego wujka, brata ojca, który w Makowie zginął właśnie w styczniu 1945 roku.
- Informacje o tych wydarzeniach przekazała nam babcia, matka wujka – mówi na spotkaniu w Makowie Podhalańskim . – Dostała taki dokument z ówczesnego wojska. To jedyny ślad po wujku.
Siostra Cherubina wyjaśnia, że jako żołnierz niemiecki w styczniu 1945 roku przez Maków Podhalański miał jechać do Monachium na swój ślub. Niestety, wybranka jego serca nie doczekała się na ukochanego. Z dokumentu, który pokazuje jego bratanica wynika, że zginął w zbombardowanym przez radzieckie lotnictwo pociągu. Miał zostać pochowany w Makowie Podhalańskim, wraz z 32 innymi żołnierzami Wehrmachtu.
Jednak według świadków, żadnego bombardowania nie było. Wysadzenie eszelony z amunicją zniszczyło bowiem linię kolejową. Miehle domyśla się, że wuj siostry Cherubiny musiał zatem zginąć w czasie walk. Byłoby to możliwe. Niestety, polegli w tej bitwie Niemcy zostali przez swoich zabrani z pola bitwy. W Makowie nie ma ich grobów.
Nie oznacza to jednak, że podróż siostry Cherubiny była daremna. W trakcie spotkania okazało się bowiem, że w miejscowym urzędzie znajduje się dokument przesłany przez jeden z niemieckich instytutów, który informuje o osobach poległych w czasie walk w rejonie Makowa Podhalańskiego. Być może idąc tym tropem uda się znaleźć miejsce spoczynku niemieckiego żołnierza, który nie zdążył stanąć przed ołtarzem ze swą ukochaną?
To wydarzenie ma też drugi wymiar. Po latach w Makowie Podhalańskim spotkały się osoby, które były osobiście związane z tym, co miało tu miejsce. Z tragedią wojny, z tragedią człowieka.
- My, jako Niemcy, jako naród, nosimy straszne brzemię za to, co się stało podczas wojny – nie ukrywa siostra Cherubina. – Jest to tak wielkie poczucie wyrządzonej krzywdy, że można się nią podzielić jedynie z Panem Bogiem….
Dziękujemy za pomoc w organizacji spotkania :
Pani Jolancie Mięso oraz Panu Janowi Maladze.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze