W pierwszą sobotę sierpnia nasz portal w roli głównego partnera medialnego i technologicznego towarzyszył Milenie Łazarz w niezwykłym wyzwaniu - przepłynięciu 18 km od Gdyni do Helu. Celem przeprawy było wsparcie zbiórki na budowę integracyjnej siłowni plenerowej dla dzieci i młodzieży z OREW Juszczyn. Od rana rozpoczęliśmy wspólne kibicowanie i specjalną transmisję na żywo ze Strefy Kibica, która powstała w Makowskim Centrum Kultury.
Wśród gości, którzy pojawili się w plenerowym studio prowadzonym przez Macieja Krzyśkowa i Ernesta Durkę był również ksiądz Wojciech Leśniak - wikariusz Sanktuarium Matki Bożej Opiekunki i Królowej Rodzin w Makowie Podhalańskim. Pochodzi z muzykującej rodziny, gra na akordeonie, a jego pasją są także podróże. W rozmowie podzielił się kulisami organizacji pielgrzymek, opowiedział o swoim charakterystycznym instrumencie oraz zachęcił do zwiedzania świata.
Pełny wywiad dostępny jest w transmisji z wyzwania Mileny. Poniższa wersja została zredagowana z zachowaniem najważniejszych wypowiedzi z materiału źródłowego.
ks. Wojciech Leśniak: Cieszę się, że tak wiele osób zaangażowało się w to przedsięwzięcie. Mimo bardzo wysokiej temperatury są tutaj ludzie, uśmiechy i wspólna radość z pomagania.
Do seminarium wstąpiłem w wieku 25 lat. Formacja trwa zwykle sześć lat, ale u mnie przedłużyła się o rok, ponieważ spędziłem dodatkowy, bardzo owocny czas na parafii w Maruszynie. Święcenia przyjąłem w wieku 32 lat. Mam obecnie 37 lat i pracuję w trzeciej parafii. Najpierw byłem w parafii św. Piotra Apostoła w Wadowicach, później krótko na Śląsku, a teraz rozpoczynam drugi rok w Makowie Podhalańskim.
Pochodzę z muzykującej rodziny. Grali dziadkowie, a tata gra na saksofonie i gitarze. Kiedy miałem sześć lat, kupił w Zakopanem mały akordeon. Zacząłem ze słuchu wygrywać na nim melodie, dlatego rodzice zapisali mnie do szkoły muzycznej. Uczyłem się przez sześć lat w Myślenicach, a później kolejne sześć lat w Krakowie przy ulicy Basztowej. Z wykształcenia jestem więc nie tylko księdzem, ale również muzykiem – akordeonistą.
Żartobliwie mówię, że akordeon jest moją żoną, dlatego nazywam go Marysią. Zabieram go na piesze i autokarowe pielgrzymki, a także na niektóre dalekie wyprawy.
Tę pasję zaszczepiła we mnie mama. Nie byliśmy zamożną rodziną, ale zawsze próbowała organizować nam wakacje. Starą Skodą jeździliśmy do rodziny w Zakopanem i wspólnie wychodziliśmy w góry. Zaczęło się od krótkich wyjazdów po Polsce, a później pojawiły się wyprawy zagraniczne. Odwiedziłem między innymi Peru, Tajlandię, Japonię, Indie i Meksyk.
Muzyka łączy ludzi i przełamuje bariery. Wspólny posiłek, rozmowa i śpiew sprawiają, że uczestnicy pielgrzymki szybciej się poznają i zaprzyjaźniają. Śpiew ma także wymiar modlitwy – mówi się przecież, że kto śpiewa, modli się dwa razy. Księży grających na gitarze można spotkać częściej, natomiast akordeonistów jest niewielu.
Może występować jako instrument solowy, towarzyszyć kilku muzykom albo całej orkiestrze. Nadaje się zarówno do muzyki tradycyjnej, jak i współczesnej. Kiedy zaczynałem grać, niektórzy kojarzyli akordeon z rosyjskimi grajkami i traktowali go jako instrument trochę przestarzały. Dzisiaj takich skojarzeń jest znacznie mniej i nie ma powodu, aby wstydzić się gry na akordeonie.
Często zamiast powiedzieć „Szczęść Boże”, od razu pytają, czy zagram „Siedem czerwonych róż”. Odpowiadam, że będzie ten utwór, ale najpierw zaczniemy pobożnie od „Czarnej Madonny”. Pielgrzymka nie powinna być przesadnie „zamodlona”. Jest czas na Mszę, różaniec i koronkę, ale potrzebne są też integracja, śmiech i piosenki biesiadne. W upale albo podczas trudnego marszu taki śpiew pomaga zapomnieć o zmęczeniu.
Najbardziej pielgrzymka do Meksyku i sanktuarium Matki Bożej z Guadalupe, odwiedzanego każdego roku przez około 20 milionów pielgrzymów. Była to moja pierwsza podróż na kontynent amerykański i spotkanie z zupełnie inną kulturą, jedzeniem oraz sposobem przeżywania tej samej wiary. Takie doświadczenia pomagają wyjść poza własne, wąskie schematy.
Nie otrzymałem bezpośredniego świadectwa nawrócenia, ale uczestnicy mówili, że cieszy ich inne spojrzenie i pokazanie Kościoła jako wspólnoty radosnej oraz otwartej. Każde pielgrzymowanie może wywołać w człowieku przemianę i pokazać, że można żyć inaczej.
Dalekie podróże wymagają przygotowania do innego klimatu, transportu, jedzenia i kultury. Dzisiaj pomaga Internet, filmy podróżnicze, relacje osób, które niedawno odwiedziły dane miejsce, a nawet narzędzia takie jak ChatGPT. Mimo wielu podróży najpiękniejszym krajem pozostaje dla mnie Polska. Jest bezpieczna, czysta, ma coraz lepsze drogi i nawet znane miejsca można odkrywać na nowo.
Pomogło mi dwóch księży. Ksiądz Marcin Napora zabierał mnie jako opiekuna grup młodzieżowych na wyjazdy do Włoch i Chorwacji. Później podobne wyprawy organizowałem w parafii w Wadowicach. Ksiądz Krzysztof Mirek zaproponował natomiast wspólną pielgrzymkę dorosłych do Fatimy. Każdy z nas zebrał część grupy i razem wykonaliśmy pierwszy, najtrudniejszy krok. Później były między innymi Ziemia Święta, Meksyk i Peru. W niektórych wyprawach brało udział nawet 96 osób, dlatego musieliśmy dzielić uczestników na dwie grupy.
W Maruszynie, jeszcze jako kleryk, prowadziłem scholę i grupę „Marusyna – góralska siła”. Przygotowaliśmy góralską majówkę z udziałem blisko stu osób, trochę na wzór Małej Armii Janosika. Jeździliśmy też na wydarzenia muzyczne do Nowego Targu, Szaflar i w okolice Krakowa.
Jeszcze nie, ale wszystko przede mną. Jako kleryk i później ksiądz dużo grałem natomiast na organach kościelnych. W seminarium akordeon przydawał się głównie podczas imienin, kolędowania i śpiewania pieśni patriotycznych, natomiast organy były potrzebne codziennie podczas Mszy.
Chodziłem na dodatkowe lekcje do prof. Witolda Zalewskiego na Wawelu. Znałem nuty, ale musiałem przestawić się na inny instrument, a przede wszystkim nauczyć gry nogami. W akordeonie pracują obie ręce i miech, natomiast w organach obie ręce oraz obie nogi.
Myślę, że tak, ponieważ w tym kierunku się kształciłem i bardzo to lubię. Być może pracowałbym jako muzyk albo muzykant. Cieszę się jednak, że nie muszę występować codziennie. Dzięki temu muzyka nie stała się rutynowym obowiązkiem i nadal sprawia mi wielką przyjemność.
Na wyprawę do Peru wyjątkowo go nie zabrałem, ale na wiele innych podróży leci ze mną. Mam kilka instrumentów, w tym mniejszy i tańszy akordeon przeznaczony do podróżowania. Mieści się w dużej walizce w limicie 23 kilogramów. Gdyby został uszkodzony, łatwiej byłoby mi pogodzić się ze stratą. Na lotnisku na akordeonie jeszcze nie grałem, ale zdarzyło mi się zagrać na stojącym tam fortepianie.
Organy. Nie przepadam za rolą instrumentalisty-solisty, który wychodzi na scenę tylko po to, aby pokazać własne umiejętności. Lubię, kiedy muzyka łączy ludzi i towarzyszy śpiewowi. Szczególne emocje pojawiają się wtedy, gdy w kościele dwa albo trzy tysiące osób śpiewa razem „Boże, coś Polskę” lub „Te Deum”.
Odpowiedź: „Siedem czerwonych róż”. Pielgrzymi pytają o nią, zanim jeszcze zdążą się ze mną przywitać.
Warto posłuchać Anny Jantar i pamiętać, że najtrudniejszy jest pierwszy krok. Barierą może być strach przed samolotem albo językiem, ale nie ma się czego bać. Podczas samotnej podróży trzeba zadbać o działający telefon, Internet i powerbank. Nie warto także planować dziesięciu atrakcji naraz. Na pierwszy wyjazd lepiej wybrać jeden lub dwa cele, a kolejne realizować stopniowo.
Grecja jest piękna, szczególnie jej wyspy, ale rozczarowały mnie Ateny. W mieście czułem się mniej bezpiecznie i widziałem wiele osób bezdomnych śpiących na ulicach.
To niesamowity wyczyn. Sam biegam i chodzę po górach, więc wiem, że nie chodzi wyłącznie o kilka godzin w dniu próby, ale również o setki godzin przygotowań. Mileno, jesteś wielka.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze