W przedświąteczną sobotę nie grała ALPS-owa ekstraklasa, ale podczas zaległej kolejki II ligi w Białce obejrzeliśmy w akcji nowego pierwszoligowca. Lachy, bo o nich mowa, pewnie ograły Szerszeni i dzięki niespodziewanemu, acz zasłużonemu zwycięstwu, Samych Swoich z RAFkOPem, mogą świętować awans. Kwestia drugiej lokaty rozstrzygnie się właśnie pomiędzy tymi ostatnimi a Betonem 2, który pewnie ograł Dream Team. Poznaliśmy też pierwszego spadkowicza. Z widmem degradacji musi godzić się Granda, ponieważ nie sprostała FC Fikoł.
Właściwie wszystko jasne za to w Palczy. Mistrzostwo III ligi załatwili sobie Los Blancos, wicemistrzostwo, a co najważniejsze promocję – dzięki walkowerowi – Dzikie Wieprze. Pewne jest też, że na najniższym stopniu podium staną Złote Skrzydła, a tuż za nim uplasuje się Kontra Banda.
Komunikat III ligi
Zawodnik drużyny Złote Skrzydła Grzegorz Gracjasz został ukarany czerwoną kartką. Na jej skutek będzie pauzował w następnym spotkaniu.
II Liga
FC Fikoł Skawica – Granda Kojszówka 5:3 (2:1)
Kluczowy w walce o utrzymanie mecz nie zawiódł, przynosząc sporo emocji dość licznie zgromadzonym widzom. Zespół ze Skawicy rozegrał prawdopodobnie najlepsze jesienią zawody, przede wszystkim dobrze prezentując się pod względem fizycznym – może ze względu na niską już temperaturę? Dla skawiczan nie było straconych piłek, a defensywa ze stojącym między słupkami Jakubem Zemlikiem sprawiała sporo kłopotów przeciwnikowi. Jej kojszowska vis-a-vis zaczęła od straty niemal identycznej jak przeciw Samym Swoim. FC Fikoł wykonywał płaski rzut rożny, a powracający defensor „z czuba” zaskoczył własnego bramkarza. Po jednym z kolejnych kornerów było już 2:0. Centra poskutkowała sporym zamieszaniem, ale kozłujące zagranie trafiło wprost przed Kazimierza Pacygę, który nie miał skrupułów, by woleja z niewielkiej odległości ulokować pod poprzeczką bezradnego Adriana Gratki. Po tej akcji zespół zaczął motywować Jakub Stanek, popierając to idealnie swoim wejściem z prawego skrzydła. Po minięciu dwóch rywali, kojszowianin miał już przed sobą ostatnią instancję i z niewygodnej pozycji pokonał Zemlika. Rozstrzygnięcie pozostawało więc otwarte. Nieprzypadkowo. Niebawem po zmianie stron piłkę przed lewym narożnikiem szesnastki dostał – pierwszy raz jesienią grający – Sebastian Ingram i choć nie uderzył zbyt czysto, to na tyle precyzyjnie, w sam długi róg, że na tablicy pojawiło się 2:2. Gra zaczynała się od nowa, emocje z obu stron rosły. Pierwszy zdołał uspokoić je Stanisław Dyrcz, dając ponowne prowadzenie Fikołowi. Dłużny nie pozostał Robert Sowa – znowu remis. Wówczas na dwie minuty boisko opuścić musiał jeden ze skawiczan, co było świetną okazją dla Grandy. Kojszowianie już mieli rywala na widelcu, przycisnęli, wywalczyli korner i… zapomnieli o defensywie. Złe zagranie poskutkowało samotnym rajdem Marka Pacygi, który wygrał próbę nerwów z wychodzącym Gratką, dając wielką radość kolegom. Niebawem, już przy pełnym składzie osobowym, Pacyga strzelił raz jeszcze, więc sytuacja przeciwników stała się fatalna. Przez ostatnie 120 sekund FC Fikoł znów grał w osłabieniu, po wyrachowanym faulu na rozpoczynającym atak Karolu Dudziaku. Przewaga ta jednakże nic już nie przyniosła i zawodnicy z Kojszówki muszą pożegnać się z drugoligowym szczeblem.
Beton 2 Sucha Besk. – Dream Team Sucha Besk. 7:1 (5:1)
Właściwie co do joty sprawdziły się przewidywania odnośnie przebiegu tego meczu. Mocno zmotywowany Beton 2 nie miał zamiaru bawić się w ceregiele, prędko nacierając na oponentów. W pierwszej części meczu swój koncert grał Jakub Lupa. Dwudziestolatek rozpoczął dziurawienie siatki rywali hattrickiem. Najpierw wszystko było efektem zespołowej, przemyślanej akcji, ale warte uwagi było też drugie trafienie, gdy Lupa efektowną próbą z powietrza ze skraju „szesnastki” zaskoczył Bartłomieja Karlaka. Czwartą bramkę, a swoją siódmą w sezonie, zdobył po dobrym rajdzie lewą flanką i ładnym złamaniu akcji do środka, Bartłomiej Mika. Wtedy tempo spadło i choć wiceliderzy prowadzili grę, to ich poczynania były dużo spokojniejsze. Pozwoliło to na skonstruowanie kilku okazji Dream Teamowi. Jedna z nich przyniosła honorowe – jak się okazało – trafienie. W zamieszaniu w polu karnym wślizgiem interweniował Marcin Stasiura, co doprowadziło do upadku przeciwnika. Choć koledzy bramkarza zarzekali się, że wejście było czyste, to arbiter był nieugięty dyktując rzut karny. Skutecznym jego wykonawcą był Paweł Świerkosz. Gdy on i jego koledzy jeszcze zdekoncentrowani cieszyli się z przełamania zera, od razu ze środka boiska z piłką ruszył Michał Czaicki, wszedł między obrońców, wygrywając starcie oko w oko z Karlakiem, po czym zakończono otwierającą odsłonę. Druga nie przyniosła już emocji. Podłamani zawodnicy Dream Teamu nie byli już w stanie nawiązać sensownej rywalizacji, choć trzeba przyznać, że długimi momentami potrafili zamykać przeciwników pod swoim polem karnym. Nie przynosiło to jednak większych efektów. Lepiej pod tym względem wypadł Patryk Bułka, który udanie zakończył dwie szybkie kontry, co ostatecznie dało sześciobramkowe zwycięstwo.
West Side Palcza – RKS Huwdu Bieńkówka 4:10 (3:5)
Dla palczan spotkanie to rozpoczęło się niemal identycznie słabo jak ubiegłotygodniowe ze ZrobioneZdrewna.pl. Strzelanie dla bieńkowian rozpoczął Damian Putyra, który już po dziewięciu minutach miał na koncie hattricka. Na tablicy widniał wówczas rezultat 0:4, bo do siatki trafił także Mateusz Malina. Niebawem jeszcze podwyższył Łukasz Szczepaniak, co było kolejnym efektem niedokładności w ataku, błędów rywali w obronie, ale również charakternej – jak zawsze – postawy prowadzących. Na szczęście dla West Side, w końcu coś wyszło tej drużynie. Długie prostopadłe podanie po ziemi otrzymał Krzysztof Sala, który ładnie wygrał biegowy pojedynek z Rafałem Salawą, sprytnym strzałem uprzedzając bramkarza. Zawodnicy częściej zaczęli gościć na połowie RKS-u i szybko przyniosło to kolejne efekty. Najpierw przypadkowy rzut karny – obrońca zamiast w piłkę, kopnął w nogę rywala - wykorzystał Sebastian Gibas, a następnie wspomniany Sala ustalił wynik przed przerwą na 3:5, wlewając sporo wiary w serca kolegów. Po zmianie stron przez kilka minut było to poparte także próbami gonienia wyniku, lecz dwa - zdobyte w krótkim odstępie czasu – gole Szczepaniaka przybiły palczan i pozwoliły powrócić do „swojej” gry ekipie w czarnych strojach. Celnymi główkami udokumentowali to Bartłomiej Szczepaniak oraz strzelec ostatniego gola – Malina. W międzyczasie swoje czwarte trafienie zaliczył drugi ze Szczepaniaków czyli Łukasz, a hattricka, u próbujących bezskutecznych zrywów West Side, skompletował Krzysztof Sala.
Lachy Lachowice – Szerszenie Bieńkówka 10:2 (4:1)
Faworyt był oczywisty, ale przebieg pierwszej połowy wcale nie świadczył o tym, kto o co bije się w II lidze. Mocno zmotywowanych bieńkowian dopiero po 14 minutach złamał – człowiek od zadań specjalnych – Mirosław Kachel. Ale czy aby na pewno? Niekoniecznie, bo zaskakująco szybko rozluźnionych lachowiczan zszokował Michał Głuc, który powalczył o futbolówkę na ich połowie, by moment później precyzyjnie skierować piłkę w dalszy róg bramki Marcina Buławy. Po kilku minutach liderzy odzyskali prowadzenie, dzięki Dawidowi Kąkolowi, ale burzę wywołało kolejne trafienie. Lachy już wcześniej domagały się odgwizdania co najmniej dwóch rzutów karnych, ale dopiero przy trzecim takim - ich zdaniem - nieczystym zagraniu, nastąpiła oczekiwana przez nich decyzja. Nie należący raczej do najczyściej grających bieńkowianie nie mogli się pogodzić, ale prawdziwą falę protestów wywołało to, że sędzia nakazał powtórzyć przestrzelonego karnego, bo wedle jego opinii golkiper grubo przed oddaniem strzału znajdował się już na linii pola bramkowego (a nie bramkowej). Drugiej szansy Jarosław Habowski już nie zmarnował, a jeszcze przed przerwą podwyższył Kachel. Po zmianie stron zawodnicy Szerszeni nie potrafili się już specjalnie skupić na grze, a tylko na pracy - mającego według nich odgórny przykaz przeszkadzania w grze – rozjemcy. Takimi sprawami nie zaprzątali sobie głów lachowiccy graczy, systematycznie dobijając rywali. Po kolejnym golu zanotowali Kachel, Habowski, Kąkol, a w międzyczasie przypomnieli o sobie jeszcze Marcin Uflant oraz Krzysztof Noga. Najładniejszy był zdecydowanie gol Habowskiego, który po wrzutce z rogu, niesamowicie efektowną główką z powietrza nie dał szans golkiperowi. Ostatni na listę strzelców wpisał się za to Krystian Oczkowski, lecz było to jedynie minimalnym zmniejszeniem rozmiarów porażki.
RAFkOP Grzechynia – Sami Swoi Palcza 4:6 (2:3)
Sami Swoi mieli sprawić kłopot grzechynianom, ale w praktyce rywale po prostu bezczelnie zaprosili ich do zgarnięcia trzech punktów. Po jakichś 4 sekundach było 0:1… Palczanie rozpoczęli ze środka, Robert Frączek bez zastanowienia uderzył niemalże z linii środkowej, idealnie lobując niedobrze ustawionego Andrzeja Malczewskiego. Po kilku chwilach było 0:2, bo obrona RAFkOPu istniała tylko teoretycznie. To pobudziło formalnych gospodarzy, ale naprawdę słabe próby wymian podań, złe wybory nie mogły poskutkować konkretami. Co więcej zrobiło się z 0:3, gdy – przeważnie pewny - grzechyński bramkarz próbując wybijać zagraną przez kolegę futbolówkę, uderzył wprost w plecy Rafała Wierzbickiego, a futbolówka bez pośpiechu wtoczyła się do sieci. Dopiero wtedy udało się odpowiedzieć zespołowi walczącemu o pierwszoligową promocję. Piłkę do bramki skierował w końcu Krzysztof Kozina, lecz prawdę mówiąc, nie przyniosło to żadnego przełomu. Podobnie zresztą jak i kontaktowy gol Rafała Zielonki tuż przed przerwą.
W drugiej odsłonie trwał, a wręcz pogłębiał się dramat RAFkOPu. Gra w przodzie nie zazębiała się, defensywa gubiła krycie, a Sami Swoi skrzętnie korzystali. Konfiguracja taka jak w pierwszych 25 minutach: najpierw 2 razy Frączek, potem raz Wierzbicki. Dwuminutowe zawieszenie dla Grzegorza Plichty też niespecjalnie zaszkodziło, bo palczańską defensywę pokonał jedynie Mirosław Groń. Pod koniec na 4:6 trafił Marcin Malczewski, ale było to zaledwie marną poprawą humoru. Sami Swoi mogą chodzić z wysoko podniesionymi głowami, bo wygrali zwyczajnie zasłużenie. Gracze z Grzechyni z kolei powinni jak najszybciej zapomnieć o tym naprawdę fatalnym meczu.
Porażka trzeciej siły ligi sprawiła, że z awansu do ALPS-owej elity cieszą na dwie kolejki przed końcem Lachy. W najgorszym wypadku lachowiczanie mogą się zrównać punktami z oboma goniącymi drużynami, ale bezpośrednie wygrane tak z grzechynianami jak i Betonem 2, postawiły ich w komfortowej sytuacji. Pocieszeniem dla RAFkOPu fakt, że zajęcie drugiego premiowanego miejsca w dalszym ciągu zależy tylko od nich samych.
Gol niedzieli
Jarosław Habowski (Lachy) na 7:1 z Szerszeniami
Lachowiczanin popisał się iście filmową główką. Po dośrodkowaniu z narożnika, Habowski wyszedł w górę na nieosiągalny dla nikogo pułap, posyłając swoistą bombę w kierunku lewego górnego rogu.
Szóstka kolejki
Łukasz Kania (Sami Swoi – 1*) – Stanisław Dyrcz (FC Fikoł – 1*), Damian Putyra (RKS Huwdu – 1*), Łukasz Szczepaniak (RKS Huwdu – 1*), Jakub Lupa (Beton 2 – 2*), Robert Frączek (Sami Swoi – 2*)
Otwierające bramki Jakuba Lupy sprawiły, że jego zespół mógł bardzo spokojnie rozgrywać sobotnie zawody. Bardzo podobnym wyczynem popisał się w RKS Huwdu Damian Putyra, ale o jednego gola ustąpić on musiał w swojej ekipie Łukaszowi Szczepaniakowi. Wiele zdrowia na murawie, rozgrywając bardzo dobrą partię, popartą golem dającym być może bezcenną wygraną, zostawił Stanisław Dyrcz. Pewne poczynania Łukasza Kani między słupkami Samych Swoich sprawiły, że w ataku ponownie mógł błysnąć Robert Frączek.
*- łączna liczba wyborów do szóstki kolejki II ligi
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze