Reklama


ŻYWOT BARTŁOMIEJA – historia z XX stulecia

02/01/2023 15:26

W Białce mieszkał gospodarz Bartłomiej. Posiadał dwa hektary ziemi, którą uprawiał każdego roku, siejąc zboże, koniczynę, sadząc ziemniaki i warzywa. Miał konia, dwie krowy, dwa barany, kury, zające oraz kaczki. Wraz z żoną Joanną krzątali się wokół gospodarstwa od rana do wieczora. Zdani byli jedynie na siebie, ponieważ nie posiadali potomstwa. Joanna była też krawcową. Szyła miejscowej i okolicznej ludności.

                   Bartłomiej cieszył się bardzo, gdy na polach uprawnych wszystko rosło i było dorodne. Kiedy wyszedł w niedzielę z krową, aby ją napaś pod Działy na skraju lasu, to zanim tam doszedł musiał na polach obejrzeć jak rośnie zboże, ziemniaki, warzywa i to nie tylko na swoich zagonach, ale też na polach pozostałych gospodarzy. Kiedy już z krową przybył na pastwisko położone na niewielkiej górce siadał na przymiecku i wtapiał się  w zieleń pobliskiego lasu. Dostrzegał też dzieło Boga w różnorodnych polnych trawach, kwiatach, owadach, fruwających ptakach, w ziemi matce – rodzicielce, w szemrzącym strumyku, co od lat pragnienie gasi, w kłosach chlebodajnego żyta owsa, w kopach siana, w zagonach ziemniaków. Poruszony pięknem przyrody często aż klękał z podziwu.

            Innym razem, gdy Bartłomiej na pole z sianem nie mógł dojechać koniem z wozem, gdyż grunt był miękki, aby je zebrać, to siano obwiązane linką nosił na plecach do wozu dość daleko oddalonego od tego pola.

Reklama

            Kwokę wysiadującą jajka trzymał w izbie, po to żeby wykluły się z nich piękne kurczęta. A kiedy już przyszły na świat tak je bardzo lubił, że pozwolił, aby biegały po całej chałupie. Radował się przy tym i śmiał do rozpuku.

- Popukaj się po głowie – rzekła do męża Joanna.

- Zabierz te kurczęta z kwoką z chałupy, bo mi całą zapaskudzą – dodała.

- Niech jeszcze trochę pochodzą, nic tej naszej chałupie się nie stanie, a na zewnątrz może się im coś złego przydarzyć – z przejęciem odpowiedział żonie Bartłomiej.

Reklama

- Skoro pies, kot może swobodnie poruszać się po domu, to dlaczego nie może kwoka z kurczętami – dodał pewny siebie.

- No tak, ja sobie mogę mówić, a Bartek i tak po swojemu zrobi – oznajmiła Joanna i zaczęła kiwać z politowaniem głową.

            Kiedyś była już prawie północ, a Bartłomiej budził małżonkę, kierując do niej następujące słowa:

- Joasiu, proszę cię, obudź się pojedziemy po owies, bo jutro nie dość, że jest niedziela, to jeszcze będzie padał deszcz. Tej nocy jest pięknie, księżyc jasno świeci, więc wszystko spokojnie zbierzemy z pola.

Reklama

- A, która jest godzina? – spytała żona przeciągając leniwie ciało i ziewając.

- Dziesiąta wieczorem – odpowiedział mąż niechętnie.

- Bartek zgłupiałeś już chyba do reszty – zamykając oczy, sennym głosem odburknęła Joanna.

- Śpij – kontynuowała po chwili – jak zaleje to zaleje i już. A tobie jak się nie chce spać, to odmów różaniec, żebyś poniedziałek przywitał piękną pogodą.

- Bartek na to nic nie odpowiedział, tylko w myślach rozważał: Może ta moja żona ma rację. Na tym owsie świat się przecież nie kończy. Poszedł więc do innej izby i zaczął modlitwę. Zza drzwiami dobiegało raz po raz krótkie rozważanie tajemnic różańcowych, modlitwa Ojcze nasz, 10 Zdrowaś Maryjo, Chwała Ojcu i Synowi i Duchowi Świętemu…

Reklama

            Nie na darmo we wsi najstarsi ludzie mówią, iż „Modlitwa czyni cuda”.  W poniedziałek choć poranne chmury wskazywały na to, iż będzie lało, nie spadła w ciągu dnia ani kropla deszczu. Było gorąco. Na szczęście wiatr nieco studził rozgrzaną ziemię. Bartłomiej spokojnie pod wieczór zebrał suchy owies, który złożył w stodole. Czekał teraz razem z wcześniej przywiezionym z pola żytem na omłócenie w młockarni.

            Razu pewnego podczas młócenia Bartłomiej zadawał zboże do maszyny. W tym celu rozcinał porwąsła, w które zboże wcześniej było zawinięte, tworząc tak zwane snopki. Zagapił się biedaczyna i wpuścił nóż do bębna maszyny. Naraz coś huknęło i młockarnia się zatrzymała. Gospodarz lamentował, że do wieczora nie zdąży z pracą.

Reklama

- Nie denerwuj się Bartku, wszystko się ułoży – pocieszała męża Joanna. Dopiero sąsiad po około godzinie naprawił młockarnię i odtąd wszystko już szło jak po maśle, przy wielkiej radości Bartłomieja.

            Nadchodziła powoli jesień. Promienie słoneczne spadające na liście złote, czerwone, oraz żółte tworzyły przepiękny obraz złotej polskiej jesieni. Zżółknięta trawa wraz z liśćmi układały cudowny dywan. Drzewa mieniły się purpurą, brązem przeplataną żółcią, pomarańczą. Gdzieniegdzie unosił się dym sprzątanych pól przed zimą. W sadzie Bartłomieja w tym roku owoce obrodziły. Konary drzew uginały się pod ciężarem jabłek, śliw, wiśni różnego gatunku. Krzewy wypełnione były po brzegi agrestami i porzeczkami. Joanna przygotowywała z nich marynaty na zimę. Pozostałe owoce zwane spadami Bartłomiej zawoził do winiarni w Suchej Beskidzkiej, aby je sprzedać, gdyż grosz w gospodarstwie zawsze się przecież przydawał, chociażby na zakup nowych drzew owocowych i krzewów.

Reklama

            Bartłomiej uwielbiał zimą ubierać choinkę na Święta Bożego Narodzenia. Rano przed Wigilią co roku chodził do lasu po jodełki. Potem w domu przystrajał je bańkami, ciastkami owiniętymi w złotko, cukierkami, laskami, łańcuchami, anielskim włosem i migocącymi się różnokolorowymi światełkami. Wokół pnia wieszał jabłka, symbol zdrowia i dostatku. W każdym pomieszczeniu była choinka. Ta najbardziej reprezentacyjna, duża znajdowała się w obszernej izbie. W kuchni i w dwóch małych izdebkach umieszczone były mniejsze drzewka. Gospodarz przystrajał też choinką świerkową oborę, żeby zwierzęta cieszyły się przez cały następny rok zdrowiem, aby kury znosiły jajka, a krowy dawały dużo mleka. Rankiem w świętego Szczepana wraz z przyjacielem Jakubem chodzili po domach i sypali owies mówiąc: „Na szczęście, na zdrowie. Na tego świętego Szczepana. Abyście byli szczęśliwi jak w niebie anieli. W komorze, oborze, daj Boże urodzaj w każdym kątku po dzieciątku, a na piecu troje! Aby wam się szczęściło, darzyło i dobrze powodziło. Żebyście przez cały rok mieli pełny sąsiek, w nim pszenicę i groch. Żeby kaczki, gęsi, kury przez cały rok koło chałupy gdakały, piękne jaja dawały. Żebyście pociechę z dzieci mieli i nigdy chłopa pijanego nie widzieli”.

            Po nabożeństwie ku czci św. Szczepana Bartłomiej podążał na pola uprawne i posypywał je owsem, aby nie zarastały chwastami. Wypowiadał wtedy magiczną regułkę: „Uciekaj diable z ostem, bo św. Szczepan idzie z owsem”. Podobnie czynił w Nowy Rok sypiąc przyjaciół i inne spotkane osoby recytując: „Na szczęście, na zdrowie na ten Nowy Rok, aby was nie bolała głowa, ani bok, aby wam się rodziła i kopiła pszenica i jarzyca, żytko i wszystko”.

Reklama

            Bartłomiej tradycyjnie każdego roku kolędował z mieszkańcami Białki oraz Makowa Podhalańskiego w Krakowie u Biskupa. Kolędy śpiewał też i przygrywał na harmonii, gdy z innymi ludźmi szedł od domu do domu, w czasie zbiórki na renowację miejscowej kaplicy. Choinki utrzymywał aż do 2 lutego włącznie. Do tego czasu śpiewał także kolędy.

            Na Niedzielę Palmową przygotowywał piękną palmę z bazi i gałązek sosny tureckiej.

Dodawał do niej również inne gałązki np. cisu, jałowca, wiśni, mirtu, zasuszone wcześniej kwiaty ogrodowe i polne oraz różnego koloru wstążki. Po uroczystościach kościelnych i poświęceniu palmy przechowywał ją w domu za obrazem Serca Jezusowego, wierząc, że jej obecność będzie chroniła gospodarstwo i jego mieszkańców od nieszczęść. Krzyżyki wykonane z gałązek palmowych umieszczał na polach, aby chronić uprawy przed nawałnicami np.: ulewnymi deszczami, wichurami, czy gradobiciem. Podczas burzy często wkładał do niewielkiego garnka palmę razem z zapaloną świecą tzw. gromnicą i ustawiał go w oknie lub w jego pobliżu, by ocalić dom i zabudowania gospodarcze od porażenia piorunem.

Reklama

            Przed Świętami Wielkanocnymi wykonywał cudne pisanki. Najpierw pokrywał jajka roztopionym woskiem. Następnie wydrapywał rylcem na nich wzór, w postaci różnych wężyków, kwiatów, kurczaków, bazi itp. Później gotował jajka w wywarze z łupinami cebuli, aby przybrały kolor brązowy.

            Kochał maryjne pieśni, które razem z innymi ludźmi śpiewał w maju koło przydrożnej, cudownej kaplicy Matki Bożej pochodzącej z połowy XIX wieku.

            Bartłomiej znany był w całej okolicy jako bardzo pobożny człowiek. Chodził do kościoła nie tylko w niedzielę, ale również w pozostałe dni tygodnia. Lubił nabożeństwa ku czci: Serca Jezusowego, Matki Bożej, fatimskie oraz pokutne przede wszystkim Drogę Krzyżową i Gorzkie Żale. Często brał udział w pieszych procesjach do Kalwarii Zebrzydowskiej, aby później uczestniczyć w maryjnych dróżkach w czasie odpustu. Wiosną jeździł tam pociągiem na misterium Męki Pańskiej i Drogę Krzyżową. Często modlił się, odmawiał różaniec wierząc, iż modlitwa czyni cuda. Zawsze brał udział w procesji Bożego Ciała integrując się z mieszkańcami wioski i gośćmi w wierze oraz jedności. Po procesji zabierał do domu gałązki olchy, którymi przystrojone były cztery ołtarze. Potem umieszczał je nad drzwiami wejściowymi domu i zabudowań gospodarczych, aby chronić je przed złym losem.

Reklama

            Oprócz roboty na roli Bartłomiej pracował też w miejscowej Spółdzielni Drzewnej  „Spólnota” aż 41 lat. Słynie ona z produkcji m. in.: leżaków, sanek oraz drewnianych łóżeczek dla dzieci. Zmiana na której pracował była bardzo zgrana. Wszystko zawsze było  zrobione należycie. Jednak pracownicy mieli pewną przypadłość, z której przez długi okres czasu nie potrafili zrezygnować. Po robocie, kiedy ktoś z ich zmiany miał imieniny, to je wspólnie obchodzili. Najważniejsze były wtedy gorzałka, ogórki i kiełbasa. W latach socjalizmu władze pozwalały świętować w zakładach. Gdy zakończyła się jedna taka libacja Bartłomiej zamiast do domu, udał się w drugą stronę do pobliskiego miasteczka Makowa Podhalańskiego. Najpierw błądził po pustych ulicach, patrzył na wystawy sklepowe.

- Cóż to jest do licha? Gdzie ja jestem?

Reklama

- Przecież w Białce jest tylko jeden sklep, a tutaj narobiło się ich tyle. Jakieś zwidy mam czy co? – pytał zdumiony sam siebie.

Szedł dalej i sam nie wiedział jak to się stało, że znalazł się na makowskim cmentarzu. Wtem coś lekko uderzyło go w głowę.

- Rany Boskie! To chyba jakiś duch wyszedł z grobu? – nagle otrzeźwiał. Rozejrzał się wokół siebie. Nie było nikogo. Okazało się, iż to była gałąź z przydrożnej wierzby, którą dodatkowo jeszcze ugiął wiejący wiatr, w taki sposób, że sięgnęła ona jego głowy.

- Bartku, ale jesteś głupi – pomyślał i roześmiał się sam z siebie od ucha do ucha. Widać ten długi spacer po Makowie spowodował jego całkowitą świadomość.

- No chyba mnie wodziło, że się aż tu znalazłem. Joasia mnie teraz zabije, że mnie tak długo nie ma w domu po robocie – trochę się zmartwił.

            Oczywiście Joanna już alarmowała portiera Gienka w „Spólnocie” i pytała gdzie jest jej mąż.

- Wszyscy z zakładu już dawno temu wyszli – oznajmił stróż.

- Niech pani idzie do jego kolegów, może tam świętują jeszcze imieniny męża.

- Ja mu dam świętowanie – wrzasnęła żona.

Koledzy też nic nie wiedzieli. Całkiem zrezygnowana miała już dzwonić na posterunek wtedy milicji z telefonu usytuowanego w budce, ale pomyślała, że może mąż jest już w domu. Niestety go tam nie było. Joanna ze zdenerwowania zaparzyła sobie ziółek  i z niecierpliwością czekała na męża. Po chwili Bartłomiej ukazał się w drzwiach.

- A gdzie ty byłeś chłopie? Chuchnij mi tu zaraz – nakazała Bartkowi. Ten był bardzo posłuszny i dokonał na sobie wyroku. Jak chuchnął, to aż w izbie zrobiło się całkiem alkoholowo. Żona odskoczyła na bok, nie mogąc znieść zapachu.

- Joasiu wiesz, że cię kocham. Opowiem ci co mi się przytrafiło. Błądziłem po Makowie i po cmentarzu. Wydawało mi się nawet, że mnie coś straszyło.

- No tak, to chłopie nie pij więcej, jak masz taką słabą głowę i lęki. Wreszcie was zwolnią  z pracy za te pożal się Boże uciechy – ostrzegała męża. Potem jeszcze uszczypnęła go dwa razy w lica i kazała mu iść spać. Bardzo kochała swojego Bartka, ale chciała go nastraszyć, żeby już więcej nie spożywał żadnych trunków.

            Po paru latach Bartłomiej poważnie rozchorował się i zmarł. Chociaż czasem popełniał w życiu różne błędy, był dobrym oraz szanowanym człowiekiem w całej rodzinie i wśród mieszkańców wioski.

 

Kazimierz Surzyn

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama