Dawno, bardzo dawno temu w Juszczynie, na osiedlu Bory, w pobliżu rzeki Skawy, żył w małym domku, Wincenty Guzik z żoną Franciszką i trzema synami: Adamem, Aleksandrem i Błażejem. Z domem łączyła się przybudówka, w której mieścił się ich warsztat stolarski.
Franciszka wychowywała dzieci i wykonywała prace w gospodarstwie domowym. W wolnych chwilach uprawiała w ogródku kwiaty. Róże, tulipany, storczyki, lilie, bławatki przepięknie zdobiły podwórko. -Aż miło popatrzeć-mawiali mieszkańcy wioski.
Wincenty zaś w stolarni, wspólnie z dwoma najętymi czeladnikami, Edwardem i Sebastianem, mieszkającymi w Juszczynie, wykonywali sanki, leżaki, stoły oraz krzesła. Mężczyzna znany był w całej okolicy i poza nią. Wyroby kupowała od niego zarówno miejscowa ludność, jak również z okolicznych wiosek i miasteczek. Co roku zjeżdżali do niego także kupcy z Zakopanego, Nowego Targu i spod Krakowa, aby nabyć towar. Interes z roku na rok rozkręcał się coraz bardziej.
Pewnego letniego popołudnia mężczyźni pojechali konno do lasu, aby ściąć drzewa bukowe i sosnowe potrzebne do produkcji. Siwka prowadził Sebastian, zaś Karego Edward. Gniady ciągnął powożony przez Wincentego wóz, na którym znajdowały się siekiery i grube łańcuchy niezbędne do wyrębu i wyciągnięcia drzew z lasu. Po godzinie żmudnej drogi dotarli na miejsce.
- Nie ma to, jak przebywać w lesie- odezwał się Wincenty, zsiadając z wozu. -Błogi tutaj cień, miły zapach, pięknie śpiewają ptaki, w oddali słychać stukot dzięcioła o drzewo- rozmarzył się. – Szkoda tych drzew ścinać- oznajmił pracownikom.- Ale co zrobić, trzeba z czegoś żyć- dodał smutno Wincenty.
Edward i Sebastian doskonale go rozumieli. Sami patrzyli z zachwytem na dumnie rosnące dęby i sosny. W dole szumiał potok uroczo wkomponowany w leśny krajobraz. Obok przebiegły susem zające. Nieco dalej zobaczyli młodą sarenkę. Spłoszona jednak przez rżenie Siwka pobiegła gdzieś w głąb lasu.
- Pięknie tutaj- delektował się przyrodą Sebastian.
Po krótkim odpoczynku i wtapianiu samych siebie w cudowności leśne, mężczyźni zabrali się do roboty. Dźwięk siekier wbijających się w drzewo, roznosiło echo po całym lesie.
- Jeszcze kilkanaście uderzeń toporkami i sosna runie na ziemię- ostrzegał pozostałych mężczyzn Edward.
- Musimy wszyscy uważać- mówił głośno Sebastian i raz po raz patrzył w górę z niepokojem.
Naraz tylko świsnęło im przed oczami i drzewo znalazło się na podłożu.
- O Boże, Boże, boli, boli- jęczał Wincenty. W jego głosie słychać było cierpienie.
Edward i Sebastian początkowo nie wiedzieli, co się stało.
- Noga, moja noga- cichutko szeptał Wincenty.
Brakowało mu w tym momencie tchu. Czeladnicy dopiero teraz zrozumieli. Stopa pracodawcy była przywalona sosną. Edward szybko przyprowadził konie. W tym czasie Sebastian pobiegł po łańcuchy. Obaj spętali nimi drzewo. Następnie końce łańcuchów zaprzęgli do koni, aby przesunąć sosnę w bok. Po chwili stopa Wincentego została uwolniona. Była jednak zmiażdżona i bardzo krwawiła. Edward zdjął swoją koszulę i zawinął w nią stopę Wincentego, ściskając u góry, aby zatamować krew, po czym razem z Sebastianem podnieśli go, ułożyli wygodnie w wozie i ruszyli prędko w stronę domu.
W kuchni Franciszka przygotowywała kolację. Patrzyła od czasu do czasu w okno jakby przeczuwała, że stało się coś złego. W nocy śniły się jej różnego rodzaju krwiste mięsa, ułożone w chacie, na komodzie, stole oraz krzesłach. Była przerażona. Wiedziała od swojej matki, iż z takiego snu mogą być tylko same nieszczęścia.
Cała zdrętwiała ze strachu, gdy pracownicy wnosili męża do izby. Poprosiła ich, aby położyli go na łóżku i rozpłakała się, przypominając sobie sen. Po chwili do pomieszczenia wszedł, zawiadomiony wcześniej przez Edwarda, doktor z Makowa, który po obejrzeniu stopy Wincentego, postawił surową diagnozę. Oznajmił bowiem, że stopa zagoi się, ale noga będzie sparaliżowana aż do kolan. I na to już nic nie da się zaradzić. Dał jeszcze kobiecie wodę do przemywania ran oraz dwa rodzaje maści na gojenie. Potem pożegnał się i wyszedł z izby.
Minęło kilka miesięcy. Zbliżały się Święta Wielkanocne. Rozpoczynał się właśnie Wielki Tydzień. Na polu po śniegu nie było już ani śladu. Rosła powoli trawa. Na drzewach zakwitły pąki. Pojawiły się bazie. Promienie słońca ogrzewały niedawno jeszcze zmarzniętą ziemię. Było przyjemnie, zielono. Budziło się życie. Wiosna wszędzie pachniała.
Wincenty poruszał się przy pomocy kuli, którą wykonał dla niego przyjaciel ze Skawicy. W dalszym ciągu doglądał roboty w stolarni. Uczył też fachu swoich synów. Zdawał sobie sprawę z tego, iż kiedyś nadejdzie taki dzień, że oni przejmą po nim warsztat.
W Wielki Czwartek Franciszka i jej synowie pojechali bryczką na nabożeństwo do świątyni w Makowie. W Juszczynie nie było wówczas kościoła, tylko mała kapliczka, do której czasem przyjeżdżał kapłan z duszpasterstwa makowskiego, aby na miejscu odprawić Mszę św. Wincenty pozostał w domu, gdyż tego dnia nie czuł się najlepiej.
Gdy wracali do domu po nabożeństwie, Franciszka rzekła do synów:
- Wiecie, moi drodzy, jest taki starodawny zwyczaj, który był praktykowany w Wielki Czwartek o północy przez moich dziadków.
- Na czym on polega? – zapytali prawie chórem synowie, nie dając skończyć matce.
- Otóż, właśnie o północy należy umyć się w rzece, która ma wtedy moc uzdrawiającą. Oczyszcza i ulecza choroby - wyjaśniła Franciszka.
Wszyscy zgodzili się, że trzeba ojca zawieźć nad Skawę, aby obmył się w jej nurcie.
Wincenty, kiedy dowiedział się o tym, wcale nie protestował. Podtrzymywany przez synów wsiadł na wóz i pojechał wraz z cała familią nad rzekę. Wkrótce moczył w niej nogi razem z żoną i dziećmi.
Po jakimś czasie zauważył, że jego dotąd nieruchoma do kolan noga odzyskuje powoli władzę. Najpierw poruszył palcami. Następnie uniósł w górę cała nogę. Nieco później wyszedł o własnych siłach z wody, a kula odrzucona przez niego, popłynęła z prądem Skawy.
Rodzina pełna radości i szczęścia wróciła do domu.
Kazimierz Surzyn
K. Surzyn, Legendy Podbabiogórskie, Wadowice 2010.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!