Dawno temu w Sidzinie miało miejsce następujące zdarzenie. Walenty z Wiktorią, żyjący w jednej z tamtejszych rodzin, mieli pięć córek. Chłop marzył, aby urodził im się chociaż jeden syn. Po jakimś czasie Wiktoria znów była w ciąży. Walenty więc modlił się do Boga tymi słowami:
Kiedy nadszedł czas rozwiązania, Walenty przywiózł w bryczce zaprzęgniętej koniem, Elżbietę – znachorkę, znaną w całej okolicy. Kobieta weszła do izby, zamknęła za sobą drzwi i pomagała w rodzeniu Wiktorii. Walenty siedział w kuchni zwanej piekarnikiem i dalej modlił się do Boga, aby urodził mu się syn. Wreszcie wyszła Elżbieta z izby. W białym zawiniątku trzymała mocno dziecko.
Udał się do pobliskiej karczmy. Po drodze mówił do siebie:
W karczmie siedzieli jego przyjaciele Jamrozy i Kacper. Kiedy tylko zobaczyli Walentego zaczęli się z niego nabijać:
Walenty, nawet nie dopił piwa i podenerwowany na kolegów wyszedł z karczmy, nie żegnając się z nimi. Błąkał się jeszcze bez celu parę godzin po okolicy. Gdy poczuł chłód wrócił do chaty, cichutko położył się w łóżku i zasnął. Rano obudziła go Elżbieta.
Elżbieta przyniosła mu z izby trojaczki, na znak, że mówi prawdę. Kiedy zobaczył z wrażenia zesłabł. Znachorka pokropiła go wodą. Powoli otwierał oczy. Z twarzy biła mu nieziemska radość. Z izby dochodził słaby głos jego żony:
Długo potem ludzie z wioski widzieli chłopa szczęśliwego, kiedy modlił się przed cudownym wizerunkiem, sidzińskiej Madonny, Matki Bożej z Dzieciątkiem. Ona najlepiej wiedziała, co to znaczy mieć syna. Walenty był również przeświadczony, iż modlitwa czyni cuda.
Kazimierz Surzyn
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!