Dawno temu w dworku w Grzechyni, mieszkał ze swoją rodziną, surowy, ale dobroduszny dziedzic Porębski. Jemu podlegała cała wioska. Posiadał dużo pola. Miejscowi chłopi odrabiali u niego pańszczyznę. Gospodynie zaś nosiły Panu jajka, mleko, sery, masło, kury, gęsi, indyki oraz kaczki.
Dziedzic lubił wczesnym rankiem, kiedy jeszcze na ziemi była rosa, przyjść na pola uprawne, aby policzyć snopki zboża, czy są wszystkie. Tego, pamiętnego poranka też liczył.
Tam zamknął się w komnacie i zaczął obmyślać plan, jakby tu złapać złodzieja na gorącym uczynku. Wymyślił, iż najlepsze będzie nocne stróżowanie kmieci z wioski. Ukryją się w lesie i poczekają na złodzieja. Gdy się pojawi to go schwytają i będzie po sprawie. Dopiero czwartej z kolei nocy chłopi dostrzegli jakąś postać idącą w kierunku snopków.
Kiedy złodziej trzymał w rękach snop zboża, stróże wybiegli z ukrycia, złapali go i skrępowali grubą liną. Okazało się, że był to Stefek, który mieszkał w starej chacie za potokiem.
Pojmany nic nie odpowiedział tylko ze wstydu pochylił głowę. Chłopi przyprowadzili Stefana przed oblicze dziedzica Porębskiego.
Dziedzic spojrzał surowo na mężczyznę, zakręcił wąsami, zmarszczył surowo brwi i mówi:
Panu zrobiło się żal Stefana. Po chwili oznajmił:
Chłop bardzo się zdziwił. Gdy już doszedł do siebie, podziękował za zboże i w pas się ukłonił dziedzicowi.
Kazimierz Surzyn
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!