Reklama


Przyłapani na gorącym uczynku – opowieść ze Śleszowic

27/11/2024 08:31

            W Śleszowicach na roli Olejawiec, dawniej rozciągał się duży staw, należący do dziedzica Gabrysiewicza. Posiadał on dwór w miejscu, gdzie obecnie stoi Wiejski Ośrodek Zdrowia. Pan hodował w stawie ryby i bardzo o niego dbał. Wówczas we wsi panowała wielka bieda. Gospodarze byli bardzo wyczerpani robotą w polu, ledwie wiązali koniec z końcem. Cztery dni w tygodniu trzeba było odrabiać pańszczyznę. W piątym dniu kmieci musieli zwozić dziedzicowi, co tylko chciał: siano, zboże, ziemniaki, warzywa i składować w zabudowaniach dworskich. Gospodynie także tego dnia przynosiły panu rozmaite dary: mleko, sery, jajka, kury, kaczki, gęsi, miód, owoce z sadu, aby służba miała z czego urządzać uczty, połączone z tańcami dla okolicznych dziedziców. Po spełnieniu tego obowiązku, familiom chłopskim dostawało niewiele jedzenia. W sobotę ludzie ze wsi uprawiali swój grunt, ale jak Gabrysiewicz zarządził, to i w tym dniu musieli mu pomagać. Jedli zacierkę z ziemniaków albo ze zboża, polaną mlekiem lub ze skwarkami słoniny. Zazdrościli  panu, iż on ze swoimi gośćmi spożywał ich żywość, a oni przymierali głodem. Toteż, niektórzy chłopi chcieli przechytrzyć dziedzica, podkradając mu ryby ze stawu.

 

Reklama

            Pewnego razu ktoś z wioski, albo z okolic doniósł Gabrysiewiczowi, kto tych ryb kradł najwięcej. Dziedzic mając taką wiedzę, pragnął sprawdzić, czy to jest prawda, czy też plotka. Przebrał się za dziada i poszedł koło południa do wskazanej mu rodziny. Gdy wszedł do kuchni zapachniało mu rybami, które smażyły się na piecu. Pan zapytał stojącą koło pieca Mariannę:

  • Pieczecie sobie ryby?
  • Ano piekę – odpowiedziała kobieta. A co jesteście głodni?
  • Czego tu szukacie dziadzie? - zapytała po chwili.
  • Ryby to może bym zjadł, gdybyście mi dali, tylko bacznie uważajcie, żeby tylko one wam się nie przypaliły, bo takie bardzo przypieczone nic, a nic nie są warte – powiedział dziad, jakby był w gotowaniu bardzo doświadczony.
  • E, co też to opowiadacie! Nie takie ryby piekłam na tym piecu i żadna się jeszcze nie przypiekła, to i te się tys nie przypieką – odburknęła Marianna.
  • Rybą was poczęstuję, a jakże, tylko musicie mojemu chłopu pomóc kosić zboże, tam nad samym lasem, bo jest gorąco i potem może być burza – objaśniła gospodyni przybyszowi.

 

Pan przebrany za dziada dłużej nie mógł już tego wytrzymać. Przyznał się, kim jest i dlaczego odwiedził jej familię. Marianna, kiedy to usłyszała, otworzyła usta z przerażenia. Dopiero po dłuższym czasie powiedziała:

Reklama
  • Cóż teraz z nami będzie, kiedy nas panie złapałeś na gorącym uczynku?
  • Zostaniecie przykładnie ukarani, ponieważ ryb wam kraść nie wolno.
  • Kto jak kto, ale wy znacie dobrze siódme przykazanie: Nie kradnij.
  • Gdybyście poprosili, to bym wam podarował trochę ryb.
  • Ale panie myśmy kradli, bo nie mamy co jeść, a i też duże daniny wam oddajemy – odpowiedziała cichutko, z lękiem kobieta.
  • Był uczynek zły, trzeba ponieść karę.
  • Wyznaczam wam dodatkowe roboty przez parę sobót.
  • Kochany panie, krzywdę wam z moim chłopem odrobimy, tylko nam przebaczcie – prosiła Marianna ze skruszonym głosem.

 

Gabrysiewicz przemyślał wkrótce całe to wydarzenie i ograniczył znacznie daninę, a najbiedniejszym we wsi rozdawał ryby. Ograniczył też pańszczyznę do trzech dni w tygodniu. 

 

Kazimierz Surzyn

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Najnowsze wiadomości