Reklama


[WYWIAD] Joanna Kencka: „Mam pracę swoich marzeń”. Odliczamy do premiery „Świnek morskich samych w domu. Ogródek”

18/05/2026 19:30

Już w najbliższą środę, 20 maja, dzieciaki z całej Polski będą mogły poznać Julkę i dwie urocze świnki morskie: Lisię i Lusię. Autorką historii jest Joanna Kencka, której prace można odnaleźć w tytułach od największych wydawnictw z literaturą dziecięcą. Najbliższa premiera jest szczególna: to pierwsza samodzielna książka ilustratorki. „Świnki morskie same w domu. Ogródek” pojawią się w księgarniach stacjonarnych i internetowych dzięki renomowanemu wydawnictwu Media Rodzina.

Współpraca Joanny Kenckiej z poznańskim wydawnictwem, znanym m.in. z polskich wydań Harry'ego Pottera lub powstania Kici Koci, nie jest nowością. Prace Suszanki można odnaleźć w takich książkach jak „Łąka. Fakty, wierszyki i inne wybryki”, „Las. Fakty, wierszyki i inne wybryki” oraz „Wszyscy jesteśmy kapibarami”. W najnowszym tytule ilustratorka po raz pierwszy odpowiada już nie tylko za warstwę wizualną, ale również za całą fabułę.

Julka opiekuje się dwiema uroczymi świnkami morskimi: Lisią i Lusią. Ma dla nich wygodną klatkę, a w niej domki i różne zabawki. Codziennie dba o to, by świnki miały co jeść i pić. Zwierzątka są zadowolone i spokojne… do czasu, gdy Julka wychodzi do przedszkola. Wtedy Lisia i Lusia wymykają się z klatki i przeżywają swoje największe przygody.

Spójrz, dzisiaj niesforne świnki postanowiły czmychnąć przez okno do ogródka. Jest tam wiele pięknych kwiatów i pachnących smakołyków. Ale jest tam też i kot, przed którym trzeba uciekać! Oho! Świnki nie poradzą sobie bez Twojej pomocy. Pokaż im, którędy iść i gdzie się schować. Policz z nimi kwiatki i odkręć wodę, żeby mogły się napić. A potem hop, hop, wejdźcie z powrotem do domu, bo Julka już wraca!

Urocza, słodka, aktywizująca książeczka dla wszystkich dzieci, które kochają zwierzątka.

Reklama

— czytamy w oficjalnym opisie wydawcy.


„Ważne jest dla mnie to, żeby przez swoją pracę w jakimś stopniu wpływać na ludzi”

Istnieją osoby, które potrafią czarować obrazem, przenosić nas w inne światy za pomocą swojej kreski i sprawiać, że czujemy piękno i szczęście dzięki sztuce. Z wyjątkową ilustratorką, Joanną Kencką, pochodzącą z Suchej Beskidzkiej, w przyjemnym otoczeniu zamkowego parku rozmawia pisarka Ewa Mielczarek.

Ewa Mielczarek: Zazwyczaj wywiady zaczynają się od pytań o początki, pierwsze szkice, pomysły. U nas będzie na opak. Co dla Ciebie byłoby takim szczytem kariery ilustratorskiej? Czy masz jakieś marzenie, po którym pomyślisz, że „dobrze, już mogę przejść na emeryturę, bo zrobiłam wszystko, co chciałam”.

Reklama
  • Joanna Kencka: Nie wiem, czy kiedykolwiek dojdę do momentu, w którym pomyślę, że osiągnęłam już wszystko i niczego więcej nie potrzebuję. Każda nowa publikacja dodaje mi skrzydeł i przynosi ogromną dawkę energii — zarówno do pracy ilustratorskiej, jak i do codziennego życia.

    Tworzenie ilustracji do książek właściwie mnie zaskoczyło, bo nigdy tego nie planowałam. Wiedziałam jedynie, że chcę tworzyć i działać artystycznie, ale jeszcze w czasie studiów, mając kontakt z wieloma różnymi dziedzinami sztuki, nie potrafiłam odnaleźć jednej konkretnej ścieżki dla siebie.

    Dopiero ilustracja książkowa okazała się przestrzenią, w której naprawdę poczułam, że jestem na właściwym miejscu.

Szukałaś różnych dróg.

  • Dokładnie. Ilustracja książkowa spowodowała taki największy rozwój jako artystki, została ze mną, choć wydarzyło się to długo po studiach.

Czyli ilustracja znalazła cię przypadkiem i została z tobą, bo rozkochała cię w sobie.

  • Trochę tak i chciałabym, żeby została ze mną jak najdłużej, chociaż z drugiej strony, życie jest tak nieprzewidywalne, że chciałabym w sobie znaleźć również przestrzeń, w której poradziłabym sobie również bez niej!

    Ważne jest dla mnie to, żeby przez swoją pracę w jakimś stopniu wpływać na ludzi i chciałabym znaleźć taką drogę, w której mogłabym ludziom pomagać z szacunkiem do tego, co się dzieje i z zaufaniem do tego, co ma się wydarzyć. Nie mam pojęcia, w jakiej formie. Na razie ilustracja jest u mnie na pierwszym miejscu i w tym momencie myślę, że cudownie byłoby gdyby została ze mną do końca życia.

Przejdźmy do kolejnego pytania. Jak łączyć tworzenie z życiem rodzinnym? Jak wygląda twój typowy dzień?

  • Kiedyś było to dla mnie bardzo trudne, bo kompletnie nie potrafiłam oddzielić pracy od życia prywatnego. Jestem trochę „nałogowcem”, jeśli chodzi o rysowanie. (śmiech)

    Kiedy zaczęłam ilustrować książki, pochłonęło mnie to bez reszty. Bardzo trudno było mi przełączać się z trybu pracy na życie rodzinne. Tym bardziej że pracowałam — i nadal pracuję — w domu. Na szczęście mamy dużą przestrzeń i mogłam wydzielić miejsce do pracy, ale mimo to granica między tymi dwoma światami długo była dla mnie bardzo płynna.

    Pamiętam, że kiedy mój syn wracał z przedszkola, chciałam być w pełni obecną, uważną mamą — zgodnie z ideą świadomego rodzicielstwa. Starałam się poświęcać mu czas i uwagę, ale jednocześnie gdzieś z tyłu głowy wciąż myślałam o rysowaniu. Czułam, że muszę nauczyć się lepiej to równoważyć.

    I rzeczywiście wiele się zmieniło. Dziś potrafię już znacznie swobodniej wychodzić z trybu pracy i zamykać ten etap dnia. Wymagało to ode mnie dużej dawki uważności i wypracowania pewnych granic, ale było bardzo potrzebne.

    Teraz mój dzień wygląda dość spokojnie i rytmicznie — rano odwożę dzieci do szkoły i przedszkola, wracam do domu, robię sobie kawę i siadam do pracy. Jeśli wszystko idzie zgodnie z planem, pracuję mniej więcej do piętnastej. Latem bywa trudniej, bo kiedy świeci słońce, mój wciąż niezagospodarowany ogród skutecznie odciąga mnie od biurka.

    Jedno się jednak nie zmienia — jestem bardzo systematyczna. Jeśli mam wyznaczony deadline, zawsze robię wszystko, żeby go dotrzymać. Do tej pory jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się zawalić terminu.

Czy to oznacza, że 48 godzin przed terminem pracujesz non stop?

  • Właśnie staram się nie dopuszczać do takich sytuacji. Nie potrafię dobrze pracować pod presją czasu, w stresie i napięciu związanym z kończącym się terminem. Zdecydowanie wolę zmobilizować się odpowiednio wcześniej i działać spokojniej — nawet miesiąc przed deadline’em.

    Oczywiście zdarza się, że rysuję także w tym czasie, który teoretycznie jest przeznaczony dla rodziny, ale dziś wygląda to już zupełnie inaczej niż kilka lat temu. Mam dużo większą równowagę i świadomość swoich granic.

    Myślę też, że bardzo ważne jest to, że wykonuję pracę, którą naprawdę kocham. Chciałabym, aby moi synowie kiedyś również mogli żyć z tego, co daje im szczęście i poczucie spełnienia. A najlepsze, co mogę im przekazać, to własny przykład. Widzą mnie podczas pracy, widzą proces tworzenia i widzą, że jestem w tym po prostu szczęśliwa.

„Z niecierpliwością czekam na to, co przyniesie premiera”

Przed Tobą pierwsza samodzielna książka, powód naszego dzisiejszego spotkania. Wraz z wydawnictwem Media Rodzina wydajesz książkę o świnkach morskich. Skąd pomysł na taką historię?

  • Pomysł na autorską książkę dla dzieci dojrzewał we mnie długo. Najpierw była tylko niewyraźna myśl, poczucie, że potrafię stworzyć coś własnego — nie tylko narysować, ale też napisać historię. Przez wiele miesięcy szukałam formy, próbowałam różnych pomysłów, zaczynałam i odkładałam projekty. Aż w końcu wszystko przyszło naturalnie. Zaczęłam rysować moje świnki morskie (tak, wiem, że ich właściwa nazwa to kawie domowe, ale tak bardzo lubię tę potoczną nazwę!), a słowa pojawiły się same. Pierwszy szkic książki powstał właściwie w tydzień.

    Bohaterkami zostały świnki, które mieszkają z nami w domu. Pojawiły się w bardzo ważnym momencie mojego życia i stały się dla mnie symbolem odzyskiwania siły i sprawczości po trudnym czasie. Dla kogoś mogą być „tylko świnkami morskimi”, ale dla mnie znaczyły wtedy naprawdę wiele.

    Kiedy skończyłam projekt, wysłałam go do kilku wydawnictw. Pomysł spodobał się wydawnictwu Media Rodzina, z którym wcześniej już współpracowałam przy książkach Małgorzaty Strzałkowskiej oraz publikacji o kapibarach autorstwa Eweliny Angielczyk. Później temat na chwilę ucichł, a ja zajęłam się innymi projektami.

    Wszystko wróciło w momencie, gdy niespodziewanie zwolniło mi się miejsce w harmonogramie. Zamiast panikować, potraktowałam to jako znak, że warto wrócić do własnych pomysłów. Znów odezwałam się do wydawnictwa i wtedy redaktorka Ewelina Angielczyk zapytała: „Asia, ale co ze świnkami?”. I właśnie wtedy wiedziałam, że musimy wrócić do tej pierwszej historii — bo to było dokładnie to.

Reklama

Myślę, że czytelnicy portalu Sucha24 mogą nie wiedzieć, że procesy wydawnicze tyle trwają. Czasami od pomysłu do wydrukowanej książki mijają lata.

  • Dokładnie. Tu i tak wydarzyło się to bardzo szybko, choć momentami byłam bardzo niecierpliwa! (śmiech)

Jak się czujesz przed pierwszą samodzielną premierą? Tu tylko przypomnę naszym czytelnikom, że „Świnki morskie same w domu. Ogródek” już od 20 maja w księgarniach. Wcześniej byłaś ilustratorką innych, teraz sama sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Jak się z tym czujesz?

  • Jestem bardzo podekscytowana i z niecierpliwością czekam na to, co przyniesie premiera. To dla mnie niezwykle wzruszający moment — także ze względu na symbolikę, bo bohaterkami książki są właśnie moje świnki. Ich zdjęcie znalazło się w publikacji dzięki pomysłowi redaktorki Eweliny Angielczyk, za co jestem jej ogromnie wdzięczna. Nie wiem jeszcze, jaka przyszłość czeka te świnki — czy powstanie z tego seria, na którą mam już wiele pomysłów, ani jak dzieci odbiorą tę dość nietypową formę lektury. To książka aktywnościowa, która angażuje najmłodszych do wspólnej zabawy.

    Wydanie własnej książki traktuję jako fantastyczną przygodę. Jestem dumna, że udało mi się stworzyć ją od początku do końca samodzielnie. A co będzie dalej — czas pokaże.

A jaka jest największa różnica pomiędzy rysowaniem dla kogoś a dla siebie? Tu byłaś odpowiedzialna i za tekst, i za ilustracje. Jak wygląda to w przypadku innych książek? Dostajesz fragmenty, które masz zilustrować czy całą książkę i sama masz wybrać kadry, które trafią do druku?

Reklama
  • Jest bardzo różnie. Często dostaję makiety od wydawnictw z umiejscowieniem tekstu i miejscem na ilustracje, choć mam też wolną rękę, jeżeli chciałabym coś przestawić. „Świnki morskie same w domu” powstawały zupełnie inaczej – równolegle tekst i ilustracja. Każdą rozkładówkę wymyślałam na bieżąco, a później poskładałam w całość. Przedziwne doświadczenie!
     

„Jestem w komfortowej sytuacji, w której mogę wybierać projekty najbliższe mojej wrażliwości”

Moje kolejne pytanie dotyczy Twojej autorskiej metody prowadzenia warsztatów ilustracyjnych dla dzieci. Czy możesz nam o tym opowiedzieć?

  • Dwa lata temu zostałam zaproszona do Szkoły Podstawowej nr 1 w Stryszawie, gdzie po raz pierwszy poprowadziłam spotkanie o pracy ilustratora połączone z warsztatem rysunku. Wkrótce pojawiły się kolejne zaproszenia — m.in. do Kukowa i Tarnawy Dolnej.

    Przełomem był telefon od znajomego spod Bielska-Białej z propozycją poprowadzenia warsztatów ilustratorskich. Poprosił o ofertę, której wtedy jeszcze nie miałam, więc stworzyłam ją od podstaw, porządkując dotychczasowe doświadczenia. W trakcie tego procesu odkryłam, że warsztaty mogą mieć znacznie głębszy sens i spójną strukturę.

    Dziś podczas zajęć opowiadam dzieciom o pracy ilustratora i procesie powstawania ilustracji — od szkicu po gotowy obraz. Prowadzę je w sposób aktywny i angażujący, z dużą ilością rozmowy i pytań. Następnie przechodzimy do ćwiczeń opartych na autorskiej metodzie „czytam – wyobrażam – tworzę”, która rozwija wyobraźnię i kreatywność.

    Każde spotkanie kończy się wspólnym rysowaniem bohatera książki i zachętą do własnej interpretacji. Dbam o swobodną atmosferę i podkreślam indywidualność każdego dziecka — pokazując, że każdy ilustrator ma swój styl, a różnorodność jest wartością.

    To nie są zwykłe warsztaty plastyczne — uczą, że ilustracja to świadoma interpretacja tekstu i ważny element opowiadania historii.

Jaka książka z klasyki literatury dziecięcej marzy Ci się do zilustrowania?

  • To zabawne, że o to pytasz, bo właśnie pracuję nad ilustracjami do jednego z największych klasyków literatury — "Opowieść wigilijna" autorstwa Charlesa Dickensa. Będzie to wersja przeredagowana, full ilustrowana i zostanie wydana końcem roku przez inne duże wydawnictwo. To dla mnie wyjątkowe doświadczenie, bo przecież jest to historia doskonale znana i wielokrotnie wydawana w różnych odsłonach.

    Jednocześnie to ogromne wyzwanie. Nigdy wcześniej nie rysowałam tylu postaci, wnętrz i architektury. Ta praca wymaga ode mnie zupełnie nowych rozwiązań i dużej uważności. Jest w niej jednak także coś, co uwielbiam najbardziej — operowanie światłem, cieniem i emocjami.

    Nie mam jednego konkretnego tytułu, o którym bym marzyła. Jestem w komfortowej sytuacji, w której mogę wybierać projekty najbliższe mojej wrażliwości. Najbardziej fascynują mnie opowieści pełne emocji, szczególnie wtedy, gdy można je połączyć z atmosferą i pięknem natury.

Zbliżamy się ku końcowi, więc naturalnym wydaje się spytać o to, jak zaczynałaś nie tylko z ilustracją, ale i twórczością samą w sobie.

  • Rysuję, odkąd pamiętam — jako dziecko obsesyjnie rysowałam konie, jednorożce i postaci z bajek Disneya.

    Pamiętam też zajęcia plastyczne w Wadowicach prowadzone przez śp. Krystynę Sowińską, która mówiła, że powinnam zostać malarką. Ja jednak wtedy traktowałam rysowanie bardzo prywatnie i nie widziałam w tym przyszłości.

    Jako szkołę średnią wybrałam Technikum Budowlane w Wadowicach, licząc, że architektura połączy pasję z konkretnym zawodem. Szybko jednak zrozumiałam, że to nie moja droga. Przełom przyszedł, gdy pewnego dnia przeglądałam z siostrą kierunki studiów i trafiłam na grafikę na ASP i Uniwersytecie Pedagogicznym — wtedy poczułam: „to jest to”.

    Rozpoczął się intensywny czas przygotowań. Kurs rysunku i malarstwa w Salwatorskim Studiu Artystycznym w Krakowie prowadzonym przez Agnieszkę Sajdę, Filipa Koniecznego i Barbarę Kusiak oraz historia sztuki z Michałem Zakrzewskim pozwoliły mi przygotować się do egzaminów.

    Dostałam się na grafikę na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie, a egzamin zawodowy na technika budownictwa zdałam rok później — za namową mojego nauczyciela z Technologii budownictwa - Jana Bechty.

    Dziś wiem, że najważniejsze było pójście za intuicją — to ona ostatecznie zaprowadziła mnie tam, gdzie naprawdę chciałam być. Nie byłoby to jednak możliwe bez wsparcia moich kochanych rodziców, którzy mimo wątpliwości związanych z moją przyszłością i pozornie mało praktycznym zawodem artystycznym, nigdy nie zwątpili w mój talent i zrobili wszystko, co w ich mocy, abym mogła podążać własną drogą.

Dziękuję za inspirującą rozmowę.

 

Premiera książki „Świnki morskie same w domu. Ogródek” Joanny Kenckiej już 20 maja 2026! Autorkę możecie śledzić na Instagramie lub Facebooku.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło: Zdjęcia: E. Mielczarek Aktualizacja: 19/05/2026 09:08
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama