Jesienią i zimą wielu kierowców toczy tę samą, powtarzalną walkę. Rano szyby są zaparowane od środka, nawiew przez kilkanaście minut nie daje efektu, a po kilku tygodniach w kabinie pojawia się charakterystyczny, wilgotny zapach. Winę zrzucamy zwykle na klimatyzację, zapchany filtr kabinowy albo nieszczelną uszczelkę. Tymczasem źródło problemu bardzo często znajduje się dokładnie pod naszymi stopami.
Ile wody wnosimy do środka
Auto nie jest szczelnym pojemnikiem, ale też nie ma zbyt wielu dróg, którymi wilgoć może z niego uciec. Każde wejście do samochodu w mokrych butach oznacza porcję wody wtartej w wykładzinę. Zimą dochodzi do tego śnieg, który przywieramy do podeszwy na parkingu i który w ciepłej kabinie po prostu się roztapia. Kilka takich kursów dziennie przez cały tydzień daje ilość wody, której podłoga auta nie jest w stanie odparować.
Do tego dochodzi para wodna z oddechu pasażerów, wilgotne kurtki, parasole rzucane pod nogi i mokre torby zakupowe. W małym aucie z czterema osobami w środku wilgotność względna rośnie błyskawicznie.
Najważniejsze jest to, czego nie widać
Podłoga samochodu to nie jest po prostu blacha przykryta dywanem. To warstwowa konstrukcja. Na blasze znajduje się masa wygłuszająca, wyżej warstwa pianki lub filcu odpowiadająca za tłumienie dźwięku i izolację termiczną, a dopiero na samej górze widoczna wykładzina.
I tu leży sedno sprawy. Woda przechodzi przez tkaninę w kilka sekund i zatrzymuje się w warstwie izolacyjnej, która zachowuje się jak gąbka. Nie ma tam żadnego przewiewu, nie dociera tam światło, a temperatura przez większość doby jest umiarkowana. Taka warstwa potrafi schnąć tygodniami, a w praktyce - jeśli dolewamy wody codziennie - nie wysycha wcale przez cały sezon.
Dlatego pozornie sucha wykładzina bywa myląca. Warto zrobić prosty test: wsunąć dłoń pod dywan w okolicy tunelu środkowego albo pod fotelem kierowcy i sprawdzić, czy pianka jest wilgotna. Wiele osób jest tym wynikiem szczerze zaskoczonych.
Dlaczego szyby parują całą zimę
Mechanizm jest prosty. Wilgoć z nasiąkniętej podłogi odparowuje do wnętrza kabiny, a następnie skrapla się na najzimniejszej powierzchni, czyli na szybach. Klimatyzacja rzeczywiście osusza powietrze, ale jeśli pod nogami mamy stały rezerwuar wody, układ nie nadąża. Efekt jest taki, że problem wraca każdego ranka i wygląda na usterkę, którą w rzeczywistości nie jest.
Zaparowane szyby to nie tylko dyskomfort. To realnie ograniczona widoczność w pierwszych minutach jazdy, czyli dokładnie wtedy, gdy wyjeżdżamy z ciasnego osiedlowego parkingu.
Pleśń, zapach i jakość powietrza
Wilgotny filc, temperatura pokojowa i brak dostępu światła to podręcznikowe warunki do rozwoju pleśni. Charakterystyczny zapach stęchlizny w aucie nie bierze się znikąd - to efekt uboczny pracy mikroorganizmów. Problem w tym, że zarodniki nie zostają pod wykładziną. Trafiają do obiegu powietrza, zwłaszcza gdy jeździmy na zamkniętym obiegu, i krążą po kabinie razem z nami.
Dla osoby zdrowej oznacza to głównie nieprzyjemny zapach. Dla alergika albo astmatyka to już konkretne pogorszenie samopoczucia podczas jazdy. Wymiana filtra kabinowego pomaga na chwilę, ale nie usuwa źródła.
Sól, czyli przyspieszona korozja
Zimą do wnętrza auta trafia nie czysta woda, tylko roztwór soli drogowej. To zmienia postać rzeczy. Sól jest higroskopijna, czyli sama z siebie przyciąga i zatrzymuje wilgoć z otoczenia. Dodatkowo solanka jest elektrolitem, a więc znacząco przyspiesza procesy korozyjne.
Blacha podłogowa zaczyna wtedy rdzewieć od strony kabiny, czyli od środka na zewnątrz. To korozja, której nie zobaczymy na przeglądzie z podnośnika, dopóki nie zrobi się poważna. Najbardziej narażone są przetłoczenia, w których woda się gromadzi, okolice progów oraz punkty mocowania foteli i pasów bezpieczeństwa.
Co z tym zrobić w praktyce
Kolejność działań jest dość oczywista, choć rzadko stosowana konsekwentnie.
Po pierwsze, warto raz sprawdzić, w jakim stanie jest podłoga pod wykładziną. Jeśli pianka jest mokra, żadne dywaniki tego nie naprawią - trzeba najpierw wysuszyć wnętrze, w cieplejsze dni przy otwartych drzwiach, w cięższych przypadkach z wyjęciem wykładziny.
Po drugie, trzeba zatrzymać wodę zanim dotrze do tkaniny. Tu sprawdzają się wyłącznie maty z wysokim rantem, pracujące jak płaska wanienka. Materiał ma znaczenie: guma i TPE nie chłoną wilgoci, są odporne na sól i zachowują elastyczność przy ujemnych temperaturach, w przeciwieństwie do welurowych kompletów, które po prostu nasiąkają.
Po trzecie, liczy się dopasowanie. Uniwersalna mata przycięta nożyczkami nigdy nie zakryje całej powierzchni podłogi. Woda spływa wtedy bokiem, dokładnie w te miejsca, których nie widać. Dobrze wykonane dywaniki samochodowe odwzorowują kształt konkretnej podłogi razem z jej przetłoczeniami i tunelem, dochodzą do progu i mają wycięcia pod fabryczne mocowania.
Po czwarte, maty trzeba okresowo wyjmować. Wystarczy raz na tydzień lub dwa wytrzepać je, opłukać wodą i osuszyć w temperaturze pokojowej. Gumowa mata odłożona z powrotem mokrą stroną do dołu przestaje spełniać swoją funkcję.
Na koniec
Ochrona podłogi to jedna z najtańszych rzeczy, jakie można zrobić dla auta, i jednocześnie jedna z najczęściej odkładanych na później. Koszt kompletu dopasowanych mat jest nieporównywalnie niższy niż wymiana wykładziny, walka z pleśnią czy naprawa skorodowanej podłogi, nie mówiąc o różnicy w wycenie samochodu przy sprzedaży.
Komplety dedykowane pod konkretny model i rocznik, wraz z matami do bagażnika, można dobrać w sklepie https://dywaniki.com.pl/, który specjalizuje się w wysokiej jakości dywanikach gumowych projektowanych osobno dla każdej wersji nadwozia.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze