Makowskie odpusty są słynne do dzisiaj. Pełno tam kramów z zabawkami, cukierkami, ciastkami, balonami. Nie brakuje cukrowej waty, ogórków prosto z beczki i lodów. Są karuzele małe oraz duże. Istna radość dla dzieci, ale też dla dorosłych. Osobiście, szczególnie z okresu dzieciństwa, miło wspominam odpusty w Makowie.
Dawno temu na odpusty w miasteczku chodził mężczyzna z długimi wąsami, nazywany przez mieszkańców „odpustowy Franek”. Posiadał piękną, złocistą harmonię, brązowe skrzypce i fujarkę. Zatrzymywał się koło kramów i grał na instrumentach, zmieniając je co jakiś na inny. Ustawiał przed sobą kapelusz, aby ludzie wrzucali do niego pieniądze. Cudnie przygrywał tak, że niektórzy słuchacze mieli łzy w oczach. Mężczyzna malował portrety. Świetnie też opowiadał ludziom różne historie.
Mówił o chłopcu, który kradł zabawki na odpuście. Jego łupem padły: balonik na gumce, drewniane autko, misiek, konik wypchany watą. Jednego razu pragnął ukraść piernikowe serduszko, ale zobaczył to sprzedający, który krzyknął na niego donośnie. Chłopiec zaniemówił i głosu już nie odzyskał.
Franek opowiadał o Anieli, która mieszkała na Makowskiej Górze i bardzo lubiła pracować w polu. Szła do niego wczesnym rankiem, a do chałupy wracała, gdy było już ciemno. Jej syn Zygmunt nie podał się na nią, gdyż nie lubił robić w polu. Spacerował po lesie, piszczałki strugał, ptaki podglądał, słuchając ich śpiewu, aż serce z zachwytu mu rosło. Jego żona Stasia też w polu nie chciała pracować.
Stasia obróciła się na drugi bok i dalej spała. Aniela się zdenerwowała. Podbiegła do łóżka i szarpnęła pierzyną, tak mocno, że ją uszkodziła, powodując rozsypanie się pierzy.
Matka poszła, a małżonkowie wstali koło południa. Napili się mleka, zjedli po kromce chleba ze śmietaną oraz z cukrem i poszli do pola. Tam zobaczyli płaczącą matulę.
Rzeczywiście nie było pola, tylko wielka dziura w ziemi. Nagle wszystko wokół nich posrebrzało i ukazał się im anioł, który Anielce powiedział:
Anielka zrozumiała, iż straciła pole, ponieważ była tyranem dla najbliższych.
Innym razem Franek rozprawiał o Marcinie, którego ludzie nazywali łobuzem. Podkradał on matuli jajka z kurnika i w sklepie u Żyda wymieniał na ciastka albo cukierki. Mamie powtarzał zawsze, iż takie nijakie kury ma, co nie niosą jajek, a przecież są od tego, a on by zjadł jajecznicę, ale nie może, gdyż nigdy w chałupie jajek nie ma. Pewnego wieczoru Marcin z kolegą Jankiem zrobili otwór w plastikowej, twardej, czerwonej piłce i włożyli do środka zapaloną latarkę. Następnie położyli ją na skraju ścieżki czekając w ukryciu za drzewami, aż kto nią pójdzie. Patrzą, a tu idzie sąsiadka Marcina, Stefania. Kiedy zobaczyła świecącą się kulę zaczęła piszczeć i uciekać.
Marcin z Jankiem śmiali się od ucha do ucha.
Kiedy indziej chłopcy umieścili w pudełku po paście do obuwia dużo małych gwoździ. Zamknęli go szczelnie, a od spodu przywiązali linkę. Tak przygotowane pudełko przymocowali do drzwi wejściowych sąsiada Mieczysława, który mieszkał koło drogi. Następnie ukryli się w zagajniku po jej drugiej stronie i poruszyli linką pudełko. Spowodowało to głośne brzęczenie. Mężczyzna otworzył drzwi, rozglądnął się, nikogo nie spotkał, panowała cisza. Marcin i Janek czynność powtórzyli kilkakrotnie bawiąc się wyśmienicie.
Wieczorem „odpustowy Franek”, gdy szedł do swojej chaty za Makowem zaczepiła go kobieta, którą w miasteczku ludzie nazywali „ciekawską Bercią”.
Kazimierz Surzyn
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!