Zmęczeni po całym dniu stopowania, od niechcenia zamachaliśmy na przejeżdżający wojskowy jeep Nie wierzyliśmy, że się zatrzyma, dlatego wpadliśmy w lekkie osłupienie, kiedy po minięciu nas stanął, a potem włączył wsteczny. Ze środka wyskoczyły dwie dziewczyny i dwóch chłopaków mniej więcej w naszym wieku. Po chwili wciśnięci na tylnym siedzeniu jechaliśmy w stronę Chengdu. Jedna z dziewczyn znała angielski, więc szybko nawiązała się rozmowa. W ten sposób poznaliśmy Echo i jej przyjaciół.
{gallery width="250" height="300" }news/2014/czerwiec/azja/1-4{/gallery}
Zanim dojechaliśmy do Chengdu, spędziliśmy trzy dni podróżując razem. Nasi nowi przyjaciele również spali w namiotach, ale rozbijali je w pobliżu restauracji - mieli tutaj prąd by móc podłączyć laptopa i zorganizować mały seans filmowy. W poszukiwaniu dogodnego miejsca na nocleg przejechaliśmy obok świątyni buddyjskiej, gdzie kilku mnichów toczyło zażartą potyczkę w bilarda. Na nasz widok uśmiechnęli się i przyjaźnie pomachali. Mieliśmy okazję w ciągu tych kilku dni spróbować wielu chińskich dań: od różnego rodzaju wodorostów po… kurze nóżki. Uczyliśmy się też chińskiej kultury spożywania posiłków. Jedzący zasiadają do okrągłego, obracanego stołu. Jedzenie umieszczone jest na kilku lub kilkunastu talerzach, w zależności od zamożności i ilości spożywających posiłek. Z każdego talerza mogą jeść wszyscy, gdy ktoś ma ochotę np. na kurczaka z miodem leżącego na talerzu po drugiej stronie obraca stołem, zjada dwa lub trzy kęsy i próbuje czegoś innego. Jedynie ryż spożywany jest z własnych niewielkich miseczek. Oczywiście wszystkie potrawy je się pałeczkami, wyjątek może stanowić zupa z wodorostów – w tym wypadku można użyć łyżki. Jest ona serwowana na koniec uczty. No i ostatnia kwestia, co zrobić z odpadkami np. kośćmi itp. Odpowiedź prosta: po prostu wypluć, lub wyrzucić na podłogę. Dlatego widok brudnej podłogi nawet w eleganckich restauracjach nikogo tu nie szokuje. Drodzy Europejczycy też nie powinni się tak bardzo bulwersować, przecież na naszych dworach królewskich parę wieków temu jadano podobnie. W końcu chińska cywilizacja ma parę tysięcy lat i ma prawo rządzić się według swoich reguł, a panom elegantom i sanepidowi nic do tego. Najważniejsze, że jedzenie jest smaczne i wszyscy są zadowoleni, a my w szczególności.
{gallery width="250" height="300" }news/2014/czerwiec/azja/5-8{/gallery}
Do stolicy Syczuanu mieliśmy ponad 300 km, jednak po drodze zatrzymywaliśmy się wielokrotnie. Był czas na podziwianie górskich krajobrazów czy białego jaka z sierścią mierzącą prawie metr. Nie zabrakło też zdjęć z chińskimi kamieniami i tajemniczymi inskrypcjami (przynajmniej dla nas) rozsianymi po całych Chinach. Za oknem zobaczyliśmy także skutki trzęsienia ziemi, które nawiedziło tę prowincję trzy dni wcześniej: zwalony most i urwana droga. Pod koniec trasy zostaliśmy zaatakowani przez pszczoły. Każdy z nas został ugryziony przynajmniej raz, a na podłodze jeepa naliczyliśmy wieczorem ponad 50 martwych owadów.
{gallery width="250" height="300" }news/2014/czerwiec/azja/10-18{/gallery}
Do Chengdu - miasta pand dojechaliśmy wieczorem. Będąc tam, nie da się nie zauważyć równo przyciętych trawników i czystych ulic - jakże odmienny widok w porównaniu do tego, co widzieliśmy do tej pory. Z niezapomnianych smaków: Coca – Cola i hamburger w wersji chińskiej. Echo zaprosiła nas do swojego mieszkania, a raczej apartamentu mieszczącego się na 24 piętrze, jednego z licznych wieżowców. Chyba trafiliśmy na jakiś milionerów! Po kąpieli i krótkim odpoczynku, wyszliśmy na miasto, a raczej wyjechaliśmy jednym z najnowszych BMW. Na kolację był pstrąg z grilla, parę rodzajów sera i beer snow.
{gallery width="250" height="300" }news/2014/czerwiec/azja/19-27{/gallery}
Miasto Chengdu, stolica Syczuanu była naszym celem z jednego powodu. To tutaj mieści się największy zamieszkały przez pandy ogród zoologiczny. Można też zobaczyć jednego z najrzadziej oglądanych niedźwiedzi świata, będącego symbolem Chin. Echo i jej przyjaciele podwieźli nas pod zoo. Przy rozstaniu obiecali, że następnym razem spotkamy się w Polsce, do której ich gorąco zaprosiliśmy. Zoo zajmuje obszar kilkunastu hektarów porośniętych lasem bambusowy, naturalnym środowiskiem pandy wielkiej. W kompleksie mieści się kilka stanowisk pandy wielkiej. Panda wielka w naturze zamieszkuje lasy bambusowe na wysokości 1600-3500 m n.p.m. prowincji Syczuan. Jest gatunkiem drapieżnym, lecz w rzeczywistości zwierzę odżywia się prawie wyłącznie pędami bambusa, choć – podobnie jak większość drapieżnych – nie pogardzi jajami i gryzoniami, które zjada wraz z pokarmem roślinnym. Panda je bardzo dużo – na dobę potrzebuje ok. 38 kilogramów pożywienia. Dziś gatunek ten zagrożony jest wyginięciem, na skutek kłusownictwa, niszczenia naturalnego środowiska i małej aktywności rozrodczej. Znajduje się tu także stanowisko pandy czerwonej, do niedawna uważanej za spokrewnioną z pandą wielką. Dziś większość naukowców zalicza je do rodziny szopowatych. Cały kompleks jest bardzo popularnym miejscem, odwiedzanym przez tysiące turystów. To tutaj spotkaliśmy pierwszych (od ponad trzech tygodni) Polaków. Podziwiając pandy, jednogłośnie stwierdziliśmy, że może to miłe misie, ale za to bardzo leniwe. Przez cały dzień śpią, nawet podczas załatwiania swoich potrzeb nie są zainteresowane zmianą pozycji, tylko robią to na głowę kolegi leżącego na gałęzi niżej…
{gallery width="250" height="300" }news/2014/czerwiec/azja/28-52{/gallery}
Wczesnym popołudniem, ruszamy w dalszą drogę. Kierunek północno-wschodni, miasto Xian. Chengdu okazało się być najbardziej na południe wysuniętym punktem naszej całej wyprawy. Zanim jednak znaleźliśmy właściwy wyjazd na autostradę przez parę godzin przedzieraliśmy się przez krzaczory (chcieliśmy sobie skrócić drogę). W końcu, gdy odnaleźliśmy właściwą drogę, okazało się, że nasz wyjazd jest kilkupoziomowy i czekała nas wspinaczka na wiadukt. Nasza droga wiodła przez kilka olbrzymich mostów, najdłuższy z nich miał ponad 9 km, a został wybudowany jako obwodnica miasta, jego światła migotały nam w dole. Przejeżdżając nim wspominaliśmy ubogą rodzinę mieszkającą niedaleko zoo dla pand, której całym majątkiem była niewielka lepianka. Takie właśnie są Chiny – kraj wielkich kontrastów: w jednym miejscu potrafią istnieć autostrady, których w Europie nie będzie jeszcze za wiele lat, a 10 km dalej ludzie żyją bez prądu i jeżdżą na osłach.
Naszym marzeniem było spędzić noc na jakieś stacji benzynowej w pobliżu autostrady. Dlatego złapanego wieczorem tira próbowaliśmy przekonać, by zostawił nas właśnie w takim miejscu. Kierowca tylko pokiwał głową, a jego wielki uśmiech na twarzy zdawał się mówić: o nic się nie martwcie. Za oknem zapanowała noc, dlatego poczuliśmy lekki niepokój, kiedy nasz kierowca zjechał z autostrady, jednak jego uśmiech ciągle zdawał się mówić wszystko w porządku. Klucząc tirem po wąskich uliczkach po ponad godzinie zatrzymaliśmy się w środku miasta, przed jakimś hotelem, a nasz szofer z zadowoloną miną oznajmił że dalej nie jedzie. Źli na cały świat, grzecznie podziękowaliśmy za podwózkę. Nasz gniew musiał znaleźć ujście, więc ja wyładowałem się na Wojtku, a ten nie pozostał mi dłużny. Następne dwie godziny staraliśmy się wyjść na jakąś wylotówkę z miasta, gdzie moglibyśmy rozbić namiot. Po raz kolejny GPS Wojtka nas uratował. Wyczerpani, około drugiej w nocy, w końcu znaleźliśmy miejsce na namiot i mogliśmy się położyć spać.{gallery width="250" height="300" }news/2014/czerwiec/azja/53-54{/gallery}
Mateusz Bury
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze