Bardzo często brakuje nam cierpliwości. Gdy się modlimy do Boga przedstawiając Mu nasze prośby pragniemy, aby je Pan wysłuchał i natychmiast spełnił. A przecież to tak nie działa. Niby dlaczego Bóg miałby je od razu spełnić. Nie myślimy wtedy o tym, że może Najwyższy ma wobec nas zupełnie inne plany. Może to co aktualnie wydaje się nam, iż jest dobre dla nas, tak naprawdę wcale nie jest, może nam wręcz zaszkodzić. W ciągle zagonionym świecie nie mamy na nic czasu. Kiedy przebywamy na poczcie, w sklepie, gdy stoimy z zakupami do kasy, kiedy jesteśmy w urzędzie, nie bacząc na innych, chcemy abyśmy od razu „my” pierwsi byli obsłużeni… ot brakuje nam cierpliwości. Chcemy od zaraz sukcesów, życia wygodnego, pracy ale takiej, aby się zbyt nie napracować, tylko uzyskać wszelkie korzyści.
Święta Teresa od Dzieciątka Jezus w „Dziejach duszy” daje nam następujące świadectwo: jak pewnego razu, kiedy zimnym, posępnym, mrocznym korytarzem klasztornym prowadziła staruszkę – zakonnicę sklerotyczną, złośliwą pod naporem wieku, naraz stanął przed jej oczami obraz innego życia, które mogłaby prowadzić gdyby nie wstąpiła do zakonu – ciepła, jasna sala balowa, wewnątrz której mnóstwo życzliwych, miłych ludzi, pośrodku ona, Teresa, pięknie ubrana, wymalowana, tańcząca. Jednak bez żadnego wahania, mając przed sobą owe dwa życia klasztorne i to w sali balowej wybrała to pierwsze, czyli w klasztorze, cierpliwie znosząc wszelkie niewygody. Wiedziała, iż jej cierpienia są niczym w porównaniu z cierpieniem Jezusa Chrystusa na krzyżu za nas wszystkich.
Zdarza się, iż gdy widzimy przechodzącą obok nas piękną zakonnicę lub przystojnego księdza mówimy z żalem: „Taka ładna dziewczyna i poszła do zakonu”, „Taki urodziwy młodzieniec i został księdzem”. Dziwimy się jak to w ogóle jest możliwe. A przecież jest to wybór do którego każdy z nas ma prawo. Gdy jeszcze pomyślimy o powołaniu do służby Bogu, kościołowi i ludziom, to możemy śmiało powiedzieć, że owa zakonnica, czy też ksiądz mimo różnych ziemskich trudności, przez ten wybór doznaje wielkiej nadziei, radości i szczęścia. Mój znakomity kolega, który miał dziewczynę, ułożone plany życiowe wobec niego przez jego rodziców, skończone studia inżynierskie, postanowił wstąpić do seminarium duchownego. Dziś jest proboszczem w jednej z parafii koło Warszawy. Bóg miał wobec niego inne plany. Czyż to nie jest powołanie? Ileż trzeba było pracy, zaparcia, cierpliwości, ale warto było odpowiedzieć na wołanie Pana – powiedział mi kiedyś w rozmowie, gdy przyjechał na wakacje do swego rodzinnego domu.
Tu tak naprawdę nie chodzi tylko o księdza, czy zakonnicę, ale także o wszystkich tych ludzi, którzy z poświęceniem oddają się pracy, żyją dla innych, służą im dla dobra wspólnego. Wtedy dopiero człowiek może oceniać rzeczywistość tak, jak ocenia ją sam Bóg. Może dokonać przewartościowania ludzkiego systemu ocen na system Boży. Mamy bowiem pragnienie życia już tu na ziemi z Bogiem oraz nadzieję na wieczne z Nim obcowanie w krainie szczęścia. To przecież dla każdego z nas powinien być najważniejszy cel życia. Cóż może być ważniejszego w życiu? Nic nie jest ważniejsze od tego celu. I tutaj zapewne potrzebujemy wytrwałości, cierpliwości na drodze do jego osiągnięcia.
W tym właśnie pragnieniu i nadziei możemy zrozumieć uśmiechniętych męczenników, świętych, kanonizowanych, bądź nie, misjonarzy niosących Boga chorym, cierpiącym i niejednokrotnie samych zarażonych trądem oraz innymi chorobami, św. Teresę, św. Maksymiliana Kolbe, św. ks. Jerzego Popiełuszkę i wielu innych, naukowców czasem przez całe swe życie poszukujących cierpliwie prawdy, inżynierów, rzemieślników, robotników wykonujących solidnie swoją pracę, pielęgniarki, lekarzy, salowe służące wszystkim potrzebującym, rodziców, nauczycieli, wychowawców oddanych wychowaniu, z anielską wręcz cierpliwością powtarzających swoim wychowankom zasady zachowania się w różnych sytuacjach życiowych, wreszcie wszystkich ludzi, którzy w swojej pracy zawodowej dostrzegli właśnie cierpliwość, służbę innym, prawo, sprawiedliwość, obowiązek, nadzieję, radość, szczęście, słowem sens swojego życia prowadzącego w ostateczności do zbawienia.
Wielu z nas niejednokrotnie narzeka na swój los np.: na swoje niezbyt dobre dzieciństwo, czy młodość, na nauczycieli, którzy wymagają, na ciężką pracę, na starość, na choroby rujnujące nasz organizm itp.
Pewnej nocy Mikołaj, który ciągle narzekał na swoje życie, położył się w łóżku, aby odpocząć po dniu wyczerpującym jego siły. Wtem do pokoju wszedł anioł i powiedział do niego:
- Wstań i chodź za mną.
Zdumiony mężczyzna mimo zmęczenia zrobił tak jak polecił mu anielski przewodnik. Obaj weszli na schody prowadzące na strych. Anioł otworzył drzwi i wtedy Mikołaj zobaczył pomieszczenie wypełnione różnymi krzyżami: złotymi, srebrnymi, żelaznymi, drewnianymi. Jedne były malowane, inne małe, duże, skromne, a jeszcze inne ozdobne. Anioł kontynuował dalej:
- Mikołaju narzekasz na swój los, mówisz, że nie masz siły już dłużej dźwigać swojego krzyża. Bóg zezwolił ci, abyś sam wybrał sobie dowolny krzyż, jaki tylko zechcesz, bo przecież wiesz o tym, iż każdy jakiś krzyż musi dźwigać.
Mężczyzna ucieszył się na takie udogodnienia, jakie przekazał mu anioł od samego Stwórcy. Podszedł więc do ogromnego, złotego krzyża, ale był on tak ciężki, że nie mógł go nawet unieść do góry, a co dopiero iść z nim. Skoro tak wybrał inny mniejszy, ale za to bardzo bogato zdobiony. Owszem podniósł ten krzyż, ale gdy tylko wziął go na ramiona natychmiast odstawił, gdyż ozdoby uwierały jego ciało. Inne krzyże też nie były zbyt wygodne, jakieś za szerokie, za wysokie. Wreszcie po wielu próbach podszedł szczęśliwy do anioła z jednym krzyżem i rzekł do niego:
- Ten będzie dla mnie najlepszy.
Anioł uśmiechnął się do niego i głosem, cierpliwym, spokojnym, pełnym miłości powiedział: - Dobrze. Weź ten krzyż. Ale czy wiesz, że to jest twój krzyż, ten sam, który nosiłeś przez całe swe dotychczasowe życie?
Trzeba zaufać Bogu. To wcale nie jest przypadek, ze mamy takich, a nie innych rodziców, że urodziliśmy się, mieszkamy, uczymy się i pracujemy właśnie tutaj na makowskiej ziemi, że mamy takie, a nie inne uzdolnienia, koleje losu, iż na swojej drodze napotykamy na różne sytuacje, z którymi musimy sobie poradzić, przezwyciężyć trudności aby odnieść sukces, że jesteśmy właśnie tacy, a nie inni. Wszystko to jest dziełem Boga, który przygotował nam życie najkorzystniejsze dla nas, abyśmy mogli służyć Jemu i ludziom. Mało tego Bóg wciąż nam towarzyszy, wspiera nas łaską, ostrzega nas przed niebezpieczeństwami oraz wszelkimi pokusami. Wskazuje nam drogę do nieba, nie opuszcza nas nawet wtedy, kiedy zbłądzimy usidleni przez grzech. Musimy słuchać Boga i nigdy nie dopuścić do zmarnowania tej łaski, którą od Niego otrzymaliśmy. Zaufajmy Najwyższemu Panu i bądźmy odpowiedzialni za to wszystko czym nas obdarzył. Obierzmy na wzór śp. ks. kardynała Franciszka Macharskiego motto: „Jezu ufam Tobie”.
Kazimierz Surzyn
Źródła:
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!