Dawno temu w Zawoi, na Jastrzębiej Polanie (obecnie Zawoja Centrum), w niewielkiej chacie, mieszkał Lucjan Kurdas wraz z rodzicami. Zmarli oni jednak młodo, pozostawiając jedynaka samego, z dużą gospodarką składającą się z ośmiu hektarów. Kurdas posiadał także: dwa konie, dwie krowy, trzy owce, kozę, kury i indyki. Potrafił jak mało kto dbać o swoją ziemię i inwentarz.
Lucjan, gdy miał 30 lat ożenił się z Matyldą, pochodzącą z pobliskiej Skawicy. Kobieta była robotna, mądra i piękna. Urodziła im dwie córki: Małgosię i Julkę oraz trzech synów: Kazimierza, Bartka i Andrzeja. Żona poza wychowywaniem dzieci, zajmowała się na ogół pracami domowymi. Lucjan zaś od świtu do nocy obrabiał pola uprawne. Pomagali mu w tym niektórzy mieszkańcy wioski za wypożyczenie koni lub zbiórkę plonów.
Matyldę i Lucjana Kurdasów społeczność Zawoi uważała za przykładne, kochające się małżeństwo. W każdą niedzielę i święta uczęszczali na Mszę św. do Makowa, gdyż we wsi nie było jeszcze wtedy kościoła. Z ludźmi żyli w zgodzie. Jak trzeba było komu pomóc, to chętnie udzielali mu wsparcia.
Oboje nie szczędzili wysiłków, aby wychować dzieci na porządnych ludzi. Wskazywali im, by każdego dnia rano, w południe i wieczorem modlili się do Jezusa i Maryi. Przysposabiali ich do pracy. Matka uczyła córki robót ręcznych, m. in.: wyszywania serwet, szydełkowania oraz gotowania. Z biegiem lat umiały wykonać piękne, wzorzyste serwety, szale, rękawice a nawet swetry. Potrafiły ugotować kwaśnicę z ziemniakami, usmażyć jajecznicę, zrobić masło w maśniczce, a także upiec placek drożdżowy z posypką. Ojciec starał się nauczyć synów pracy w polu. Pokazał im, w jaki sposób należy orać ziemię, siać zboże, sadzić ziemniaki, kosić koniczynę, zboże, stawiać snopki, czyli tzw. dziady oraz kopić siano. Choć robota była ciężka, chłopcy nie narzekali, pilnie się uczyli i polubili ją tak samo jak ojciec. Mieli świadomość, że obcują z przyrodą, którą stworzył Bóg.
Pracy w gospodarstwie nigdy nie brakowało, toteż Lucjan przyjął do pomocy parobka Wawrzyńca, który dawniej mieszkał i służył u jego przyjaciela w Osielcu. Mężczyźni bardzo się polubili, mimo dzielących ich różnic. Lucjan posiadał przecież ogromny majątek odziedziczony po rodzicach, a Wawrzyniec właściwie nie miał nic swojego, ale za to był wierny gospodarzowi. Dotrzymywał danego słowa i zawsze coś musiał robić, jak nie w polu, to w ogrodzie albo w sadzie, jak nie w oborze, to w stodole. Lubiła go też Matylda głównie za to, iż był życzliwy. Gdy tylko deszcz nie pozwalał na kontynuowanie prac rolniczych, przygrywał ślicznie na harmonii, co wywoływało aplauz ze strony gospodyni.
Nadchodziły święta Bożego Narodzenia. Było mroźno. Mocno sypał śnieg. Lucjan postanowił zrobić swoim dzieciom obrotową gwiazdę, aby razem z nią mogli pójść po kolędzie w św. Szczepana i w Sylwestra. Mężczyzna pracował wytrwale kilka wieczorów. Najpierw w warsztacie wycinał precyzyjnie z deseczek elementy na ramiona gwiazdy. Potem kleił je specjalnym żywicznym klejem. Na nich umieszczał bibułę, którą z kolei przytwierdzał klejem zrobionym z mąki. Każde ramię miało inny kolor i było zakończone czubem wstążek wykonanych z bibuły. W tylnej części gwiazdy Lucjan wydrążył otwór, dzięki któremu można było do jej środka włożyć świecę. Z tyłu znajdowała się też specjalna rączka, która przy wykonywaniu ruchów obrotowych, powodowała uruchomienie mechanizmu w taki sposób, że gwiazda się kręciła. Gotową gwiazdę mężczyzna przymocował do drążka liczącego około dwa metry. Kiedy zobaczyły ją dzieci były zachwycone, a zarazem dumne ze swojego uzdolnionego ojca.
W Wigilię cała rodzina Kurdasów wstała bardzo wcześnie. Każdy z jej członków miał do wykonania określone zadanie. Matylda wraz z córkami najpierw szorowały do białości sosnową podłogę. Później zabrały się za pieczenie ciasta i przyrządzanie dań na wieczerzę. Wspólnie gotowały kwaśnicę z ziemniakami, kapustę z fasolą, łazanki, kompot z suszonych śliwek. Smażyły także ryby, które złowił Kazimierz w rzece Skawicy. Udały się im też wypieki. Były nimi placki: z posypką, z serem, strucla z makiem oraz kruche ciasteczka.
W tym czasie Wawrzyniec opatrywał trzodę i sprzątał w oborze. Lucjan zaś z synami udał się do lasu po jodełkę. Po kilku godzinach przynieśli do chaty piękne drzewko, które Małgosia i Julka przyozdobiły jabłkami, orzechami, ciasteczkami owiniętymi w złotko, łańcuchami zrobionymi z papieru i bibuły.
Pod wieczór Lucjan położył w kącie izby snop niemłóconego zboża. Na stole rozłożył siano. W całym domu zapachniało lasem, trawą i polnymi kwiatami. Matylda zaścieliła stół obrusem i ułożyła na nim potrawy wigilijne.
Dzieci wybiegły na dwór i obserwowały niebo.
- Jest pierwsza gwiazdka! – krzyknął Bartek, wbiegając pierwszy do izby.
- Zobaczcie jaka duża i jak jasno świeci – powiedziała z uśmiechem Małgosia, zwracając się do rodziców.
- Czas więc zaczynać wieczerzę wigilijną – rzekł Lucjan. Gospodarz poprzedził ją modlitwą. Następnie wszyscy łamali się chlebem oraz składali sobie nawzajem życzenia. Potem zasiedli do spożywania dań. Po uroczystej kolacji wspólnie śpiewali pastorałki i kolędy.
Domownicy wierzyli, że w noc wigilijną o północy zwierzęta mówią ludzkim językiem. Nikt jednak poza Lucjanem nie miał odwagi pójść do obory. Mężczyzna pragnął posłuchać, o czym też będą gwarzyły jego konie. Wiedział, że musi to zrobić bardzo dyskretnie. Jego ojciec swego czasu mawiał do niego: „Pamiętaj synu zwierzyna domowa, jeśli tylko wyczuje człowieka, to zaraz przestanie gadać.” Lucjan zakradł się po cichu do obory, przycupnął za filarem i zaczął nasłuchiwać. Wtem jeden koń powiedział do drugiego: „ Mamy, bracie, bardzo wielkie szczęście. Nasz gospodarz jest wspaniały. Zawsze dobrze nas traktuje. Cała rodzina, ludzie we wsi i w okolicy kochają go, poważają oraz szanują. Dla wszystkich zawsze ma otwarte serce. Będzie żył długo, szczęśliwie i dostatnio”. Drugi koń pokiwał łbem i powiedział: „Za to, że jest taki dobry, niech żyje 100 i więcej lat.” Lucjan, gdy usłyszał te słowa, z jednej strony przeraził się na widok gadających koni, ale z drugiej strony był bardzo zadowolony.
- Dobrze, że poszedłem do tej obory. To najpiękniejsza noc w moim życiu. Słyszałem dużo ciepłych słów od ludzi, lecz od zwierząt jeszcze nigdy – myślał, po czym wrócił radosny do chaty.
Wawrzyniec też był dociekliwy. Kiedyś od swojej babci słyszał opowieść, o tym, iż w wigilię o północy woda w studniach, źródełkach i potokach zamienia się w wino.
- Muszę to wreszcie sprawdzić – pomyślał. Nie zastanawiając się długo rozłożył nosidło z wiadrami na swoich ramionach i poszedł do studni. Tam nabrał wody do jednego z wiader i wyciągnął go na zewnątrz. Zapalił świece i spojrzał na ciecz. Nie przypominała ona wody. Była gęstsza i miała kolor jasnoczerwony. Po chwili mężczyzna skosztował płynu. Okazało się, że było to wino.
- O rety! O Boże! – krzyczał Wawrzyniec. – Jakie smaczne – dodał uradowany.
Nieco później wszedł do izby i opowiedział o tym wydarzeniu Lucjanowi.
- Nie może to być – oznajmił gospodarz.
- Muszę to zobaczyć na własne oczy – ciągle nie dowierzał Wawrzyńcowi. I oczywiście napić się trochę – kończył krótką rozmowę Lucjan.
Obaj mężczyźni udali się do studni. Niestety, okazało się, że w wiadrze nie było już wina, lecz woda.
- Wiem, dlaczego tak się stało – domyślił się Lucjan.
-Woda zamienia się w wino tylko o północy. Czas ten już dawno minął. No cóż, muszę poczekać do kolejnej nocy wigilijnej, która będzie w przyszłym roku, aby napić się wina ze studni – powiedział Lucjan.
Kazimierz Surzyn
Źródła:
Kazimierz Surzyn, Legendy Podbabiogórskie, Wadowice 2010.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!