- Miałem bardzo dużo szczęścia, to wręcz cud, że po takim zdarzeniu, przy takiej prędkości nic nie mam złamanego, ani nic się nie stało z głową - mówi kolarz z klubu KKS Sokół Kęty Krystian Wójs, który w sobotnie popołudnie na trasie z Makowa Podhalańskiego do Suchej Beskidzkiej uległ poważnemu wypadkowi.
Wypadek miał miejsce w sobotę około godziny 13. Krystian Wójs wjechał w dziurę na asfalcie. - Całe szczęście, że przeleciałem przez kierownicę do przodu, a nie w bok, gdyż z naprzeciwka i za mną jechały samochody - mówi Wójs, który jako zawodnik klubu z Kęt odbywał w tym dniu normalny szosowy trening.
- Szczerze mówiąc, to nigdy nie miałem takiego wypadku podczas wyścigu i mam nadzieję, że nigdy nie będę miał. Nie życzę nikomu takiego bólu - dodał.
Na szczęście dla młodego kolarza bardzo szybko zatrzymali się obok niego mężczyźni, którzy zaproponowali pomoc. - Wszystko działo się tak szybko, że nie zdążyłem ani zapytać ich skąd są, jak się nazywają. Wydaje mi się, że to jednak byli miejscowi. Zależy mi, żeby ich odnaleźć i podziękować za pomoc. Mogli przecież pojechać dalej, a jednak się zatrzymali. Odwieźli mnie do szpitala. Było ich dwóch, a jechali wydaje mi się srebrną toyota corollą - mówi Wójs.
Obrażenia, jakich doznał kolarz z Zawoi okazały się co prawda bolesne, ale dłuższa hospitalizacja nie było konieczna. - W szpitalu mnie opatrzyli i wypisali. Byłem tam niecałą godzinę. Rany, które odniosłem nie są głębokie, ale są na dużej powierzchni ciała i ograniczają moje ruchy. Jedyna głęboka rana to ta na łuku brwiowym, lecz została ona zszyta - przyznaje Krystian Wójs.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze