Jeden z współczesnych mitów Podbabiogórza, którym lubią dzielić się mieszkańcy regionu, dotyczy rzekomej pustyni koncertowej. Podobno niewiele się dzieje, a na wielkie nazwiska to trzeba jechać setki kilometrów. Tymczasem tuż za granicą powiatu suskiego wystartowało wydarzenie, pod którego szyldem upłynie prawie koncertowe lato w Polsce. Mowa o kolejnej edycji Męskiego Grania z Żywcem ponownie jako pierwszym przystankiem.
W zapowiedzi pisałem, że „tegoroczne otwarcie trasy będzie doskonałą okazją, aby bez wielogodzinnej podróży zobaczyć w jednym miejscu największe gwiazdy polskiej muzyki. Tak blisko domu tak prestiżowe wydarzenie zdarza się zaledwie raz w roku”. Po piątku mam dobrą wiadomość dla wszystkich z biletami w pozostałych miastach, gdzie zatrzyma się tournée: u Męskiego Grania po 16. latach nie wyczuwa się zadyszki.
Przyjazd w piątkowe popołudnie do miasta, z którego swoją nazwę wziął słynny lager, odbył się bez komunikacyjnego zamieszania. To mogło lekko zaskoczyć w kontekście automatycznego wzrostu liczby osób w mieście, jakie zazwyczaj generują muzyczne zloty. O tym, że w Żywcu jest jakiś festiwal przypominały tylko reklamy o prywatnych parkingach z cennikami najwyraźniej dla fanów muzyki.
Moje zauważenie obecności Męskiego Grania na ulicach mogły jednak utrudnić takie detale jak lokalizacja dla pozostawionego samochodu, wybrana trasa w stronę Amfiteatru lub pora dnia. Rozminąłem się z dworcem i Rynkiem, czyli miejscami, gdzie marki festiwalowe zazwyczaj spotykają się ze swoimi gośćmi, zanim trafią pod sceny. Nie mam zatem wiedzy, ile w braku większego lokowania tournée w „tkance miejskiej” jest mojej orientacji w terenie albo podejścia organizatorów do tego tematu.
Po bezproblemowym przekroczeniu bramek wejściowych znalazłem się... na pikniku. Męskie Granie, a przynajmniej jego żywiecka odsłona, wydaje się różnić od klasycznego podejścia do obecności na koncertach. Sami organizatorzy wręcz zachęcają do pozostania wśród piknikujących – na kocu lub leżaku prawdopodobnie nie straciłoby się żadnego detalu z występów.
Spory telebim ustawiony w „strefie piknikowej” zwyczajnie odsuwał konieczność przedostawania się pod barierki. Z prowiantem przez bliskość gastro też nie było problemów. Dało się nawet ubrać w nowe ciuchy przy pomocy streetwearowych wystawców. Do energetycznego odbioru koncertów zniechęcała jeszcze sama temperatura, ale festiwal umiejętnie podszedł do pogody – darmowa woda była dostępna dla każdego uczestnika.

Pod piątkową Sceną Główną trudno było nie poddać się nie tylko muzyce, ale też... nostalgii! Paradoks polegał na tym, że była to melancholia za kompletnie różnymi czasami. Zeszłoroczny powrót Sistars po 13. latach przerwy specjalnie dla Męskiego Grania okazał się jednym z koncertowych hitów. Żywiec nie załapał się wówczas na reaktywację.
W tym roku dziewczyny pojawiły się już na Żywiecczyźnie i przeniosły wszystkich w pierwszą dekadę lat dwutysięcznych. Rozstrzał wiekowy był dość charakterystyczny, stąd niejednego uczestnika musiała złapać chociaż chwilowa reminiscencja za wersją siebie z czasu premiery „EP” lub „A.E.I.O.U.”. Młodsze pokolenia z kolei dostały czytelny dowód jak świeżym zjawiskiem były siostry Przybysz w ówczesnym mainstreamie muzycznym. To wciąż muzyka bez daty ważności.
Pojawienie się Vito Bambino wyraźnie zmieniło klimat żywieckiego Męskiego Grania na bardziej imprezowy. Długimi momentami można sie było zastanawiać, czy to właśnie Mateusz nie jest headlinerem piątku. Energia wokalisty udzieliła się wszystkim – od towarzyszącego zespołu po publiczność nawet oddaloną od sceny. Takiego zrozumienia między festiwalowiczami a samym muzykiem powinni sobie życzyć artyści podczas każdych urodzin. Trudno było przynajmniej nie zacząć tupać w rytmie kawałków jednego z współwykonawców najnowszego hymnu tournée.
Na Męskim Graniu jestem od pięciu lat i wydawało mi się, że niewiele może mnie już zaskoczyć. A jednak piątek w Żywcu dał mi dokładnie to, po co tu wracam. Świetna atmosfera, świetnie brzmiące koncerty i ten klimat, którego nie da się podrobić.
– powiedziała Karolina z Żywca.
Kontakt z muzycznym dobrem Męskiego Grania oczywiście nie ograniczał się do głównej sceny. Kiedy ta „odpoczywała”, festiwalowiczów przejmowała sąsiadująca Ż. To tam wymykającą się etykietkom Marię Peszek uzupełnił swoimi jazzowo-elektronicznymi improwizacjami kolektyw Hoshii, a po energetycznych riffach Ørganka można było odnieść wrażenie, że pod ich siłą aż lekko się cofa publiczność. Dla każdego, kto zdecydował się przystanąć przy małej Scenie Młodych Radar Polska, muzycznym odkryciem zostawała Pola Maj, która swój występ zakończyła dosłownie wśród widzów.
Zupełnie inny gatunek nostalgii sprowadził PRO8L3M swoją reinterpretacją najtinsowych klasyków Kazika. Projekt już w momencie ujawnienia został przez wielu fanów określony jednym z najciekawszych „Przestawień” w historii Męskiego Grania. Podczas oczekiwania na wejście hip-hopowego duetu dało się odczuć sporą ciekawość publiki na czekający ich koncert. Każdy z obecnych wówczas pod Amfiteatrem chwilę później poczuł, że uczestniczy nie tylko w muzycznym wydarzeniu, ale wręcz w reinterpretacji wspomnień z pierwszych lat kapitalizmu w Polsce.
Oskar i Steez83 bez znieczulenia wrzucili wszystkich w głębokie lata 90-te, których trudność zdołała prawie wywietrzeć. PRO8L3M poprzez dawne teksty Kazika przypomniał, że zamiast tęsknić za tamtymi czasami lepiej sobie pogratulować ich przetrwania w miarę nienaruszonym stanie. Pytanie „Czy Ty to widzisz?” z kultowych „Artystów” na tle intro z kultowego programu Michała Fajbusiewiecza i polsatowskiej „Różowej Landrynki” zabrzmiało jak zachęta do pozbycia się złudzeń wobec najtisów.
Wzrost decybeli wśród festiwalowiczów wywołany wejściem Kazika i pierwszymi dźwiękami Kultu pokazał dla kogo tutaj przyjechano. Chodząca legenda scen udowodniła, że wszystkie krążące od dłuższego czasu opinie o słabszej formie wokalisty można przynajmniej na jakiś czas skreślić. Skupiony i nie wchodzący w zbędne interakcje 63-latek zaaplikował młodszym od siebie intensywną przebieżkę po najtisowych tekstach podkręconych głosami ze strony doskonale je pamiętającej publiki. Niech za komentarz wystarczy wymienienie na jednym oddechu: Arahja, Mieszkam w Polsce, Gdy nie ma dzieci, Czarne słońca.
Energia pod sceną na Kaziku była niesamowita. Lubię takie koncerty – bez udawania, z mocnym przekazem i super brzmieniem. Dla takich chwil warto było przejechać się z Katowic.
– podsumował Piotr z stolicy Śląska.

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze