Reklama


Into the East cz. X „Pustynne klimaty”

08/05/2014 20:30

Kolejny dzień rozpoczął się już tradycyjnie, od wizyty na policji.  

Rozbiliśmy namioty za miastem w polu kukurydzy, mając nadzieję, że nikt nas tu nie znajdzie. A że z nadzieją bywa różnie… rano usłyszałem jakieś odgłosy w pobliżu, wystawiam głowę z namiotu, a tu dwóch policjantów idących w moim kierunku, za drzewami kibicuje im co najmniej dwadzieścia osób: dorośli i dzieciaki. Próbowałem negocjować z mundurowymi, ale bezskutecznie, trzeba było obudzić resztę i zwijać obóz. Policjanci zaprosili nas do radiowozu i odwieźli na kolejny komisariat. Tutaj standardowe pytania: Co robimy w Chinach? Dlaczego śpimy w namiotach? itp. Po szczegółowym przesłuchaniu i przestrodze: żebyśmy nigdy więcej nie nocowali w namiotach, mogliśmy opuścić komisariat. Pisząc komisariat mam na myśli coś co bardziej przypomina naszą jednostkę wojskową. Otoczony wysokim murem z drutem kolczastym, przed bramą często umieszczony jest karabin maszynowy lub niewielkie działko, a strażnicy z bronią to konieczność. Tak to wygląda w Xinjiang.   Kaszgar, tym razem chcieliśmy przejechać jak najszybciej, jednak widoku wyrobu  tradycyjnego pieczywa ujgurskiego nie mogliśmy sobie podarować. Z zaciekawieniem obserwowaliśmy cały proces.  Zwłaszcza przyklejanie ciasta do ścian pieca i powstawanie chlebowych wzorów, które robione są za pomocą czegoś co przypomina nasz stempel pocztowy. Surowe ciasto po otrzymaniu okrągłego kształtu zostaje ozdobione, właśnie za pomocą takiego stempla. W Azji Środkowej jest to jedno z ostatnich miejsc wypieku chleba, dalej na wschód rozciąga się królestwo ryżu. {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja9/1-5{/gallery}                                        

Mało która kraina na Ziemi działa na wyobraźnię tak jak obszar położony na północ od Himalajów. Dach Świata, Zakazane Królestwo to tylko niektóre z określeń tego niesamowitego miejsca.  Otoczone najpotężniejszymi łańcuchami górskimi Ziemi, stanowiło przez wieki niebotyczny, wręcz mistyczny, cel. Izolacja sprawiła że kultura, sposób życia i religia kształtowały się w nim swoim własnym nurtem. Do niezwykłej kultury należy dodać zapierające dech w piersiach górskie krajobrazy, nieskażoną przyrodę. Jednym słowem Tybet. Dziś pomimo ograniczeń wjazdu dla cudzoziemców wydanych przez CHRL nie stanowi on już takiego wyzwania. Kontrole ze strony chińskich władz nasilają się w okresie licznych protestów zwolenników neutralności Tybetu i obrońców praw człowieka, choćby w 2008 roku, kiedy w Pekinie odbywały się Igrzyska Olimpijskie. Pomimo utrudnień, wjazd z zorganizowaną wycieczką, podczas której przebywa się ciągle pod okiem czujnego przewodnika nie stanowi większego problemu. No chyba że finansowy, kto jednak ma zbędny 1000 $, może sobie spokojnie pozwolić na tygodniowy urlop w krainie Lamów. Takie oferty dostępne są w każdym większym chińskim mieście na wschodzie kraju. Ponieważ nas nie interesują utarte szlaki i prowadzenie za rączkę, a że dodatkowo jakoś w kieszeni nie mieliśmy zbędnego 1000 $. Dziwne? Postanowiliśmy spróbować wjechać na własną rękę. Ponoć najłatwiej kontrole ominąć wjeżdżając od północy, więc spróbowaliśmy przejechać drogę nr 219 która prowadzi z Kaszgaru do Lhasy – stolicy Tybetu. Trasa należała do tych z rodzaju „droga do nieba lub piekła” w zależności od tego jaki człowiek wiódł żywot tu na ziemi. Najmniejszy błąd kierowcy i szybko można się przekonać, co jest nam pisane. Na szczęście szofer naszego tira, ostre zakręty nad przepaściami miał opanowane w najwyższym stopniu i bez zbędnych przygód dotarliśmy do posterunku policji położonego kilka kilometrów za Akezi. Tutaj niestety kontrola naszych dokumentów pozbawiła nas złudzeń. Tą drogą na pewno nie wjedziemy do Tybetu. Po Piku Lenina i Karakorum Highway to kolejne nie zrealizowane marzenie! Mam nadzieję, że więcej już takich nie będzie. {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja9/6-14{/gallery}                 

Reklama

Średnio szczęśliwi zabraliśmy się do obiadu, a jak przystało na prawdziwych studentów i to jeszcze w podróży miał on postać chińskiej zupki. Jedyny plus taki, że nikt nam nie zarzuci, że nie kosztowaliśmy lokalnej kuchni!{gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja9/15-20{/gallery}     

Droga powrotna minęła w towarzystwie miejscowego geologa, a ciągle mijane stada zwierząt nie pozwoliły nam schować aparatów. Nasz kierowca był bardzo miły, dlatego kiedy zażądał od nas zapłaty, byliśmy zaskoczeni. Po odpowiedzi, że nie umawialiśmy się na żadne pieniądze zawiózł nas na policję. Mundurowi niewiele zrobili sobie ze skargi, my natomiast wykorzystując fakt, iż przebywamy na posterunku, spróbowaliśmy załatwić pozwolenie wjazdu do Marzi – wioski w pobliżu której można dostrzec K2, choć ja osobiście wolę nazwę Czogori która ma oznaczać „Króla Gór”. Niestety pozwolenia nie dostaliśmy. Cóż trzeba ruszać na wschód - kolejny cel pustynia Takla Makan. {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja9/21-27{/gallery}     

Reklama

Następne paręset kilometrów pokonujemy przez południowe obrzeża pustyni, mijając po drodze nieliczne miejscowości. Wiele z nich można nazwać „Miatami duchów” Wschodnia cześć kraju jest bardzo przeludniona, dlatego władze podjęły wielka akcję osadniczą w słabo zaludnionych zachodnich obszarach. W tym celu najpierw budują wielkie osiedla bloków, a nieraz i całe miasta, gotowe czasem przyjąć i po kilkaset tysięcy ludzi na raz. Potem prowadzi się wielką akcje promocyjną we wschodnich obszarach kraju i przesiedla się ludzi w zachodnie obszary. Oprócz zmniejszenia zagrożenia przeludnienia wschodniej części kraju, rząd w Pekinie zyskuje dzięki takiej polityce również zmianę etniczną regionów zamieszkiwanych przez mniejszości narodowe.{gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja9/28-32{/gallery}              

Dzień jazdy stopem kończymy na obrzeżach jednej z takich miejscowości, wśród drogi znajdują sie tutaj liczne małe kawiarnie i i sklepiki. Chodząc wieczorem wśród nich,  ktoś z nas oglądając mapę wpada na fantastyczny pomysł jedźmy do Peshan – niewielkiej wioski położonej kilkanaście kilometrów w głąb pustyni. Wszyscy entuzjastycznie się zgadzamy, może uda się pojeździć na wielbłądzie, a na pewno odwiedzić namiot koczowników i podziwiać gwiaździstą noc na pustyni. Złapać stopa nie było trudno, jakoś dziwnie dużo samochodów jeździ drogą, która ma prowadzić do niewielkiej osady zagubionej wśród piasków. Nasz kierowca zatrzymuje się na ogromnym placu otoczonym ze wszystkich stron wieżowcami. Gdy pytamy o Peshan, pokazuje że to tutaj. Cóż, od ostatniej aktualizacji naszej mapy minęło kilka lat w tym czasie wioska na pustyni zdążyła zamienić się w ogromne miasto, które pewnie może konkurować choćby z naszą Warszawą. Tak to wygląda w Xinjiang. Źli na cały świat, ruszyliśmy na poszukiwanie miejsca na namioty, ale w centrum milionowego miasta nie jest to takie proste. W końcu postanowiliśmy zapytać mieszkańców czy zgodzą się na rozbicie w ich ogrodzie dwóch namiotów. Zapukaliśmy do najbliższego domu, pech chciał, że wśród setek innych domów musieliśmy wybrać mieszkanie jakiegoś policjanta. Gdy ten tylko zrozumiał o co nam chodzi, pokiwał głową, zaprosił nas do swojego samochodu i jak przystało na wzorowego pracownika służb mundurowych Chińskiej Republiki Ludowej odwiózł na komisariat i przekazał w ręce swoich kolegów. Prowadzący z nami przesłuchanie policjant częstuje nas ciastkami i wodą. Jest może kilka lat starszy od nas i super mówi po angielsku. Mimo że rozmowa przebiega w przyjaznej atmosferze nie zgadza się abyśmy mogli spać na komisariacie. Tłumaczy nam jak trafić do najbliższego hotelu. Wychodząc z posterunku mieliśmy nadzieję, że pokręcimy się trochę i gdzieś w końcu znajdziemy miejsce na rozbicie namiotów. Niestety drogę do hotelu skutecznie wskazywały wysłane naszym śladem dwa radiowozy. W końcu nasz znajomy policjant, wprowadza nas do środka, gdzie negocjuje dla nas super cenę: za czteroosobowy pokój zapłaciliśmy jak za dwuosobowy. Za to mogliśmy się przekonać o wartości ciepłego prysznicu i wygodnego łóżka.  Był to mój czwarty i ostatni nocleg podczas całej wyprawy, za który zapłaciłem, potem już tylko namiot lub gościna tubylców.  Tego dnia nauczyliśmy się dwóch rzeczy, po pierwsze najłatwiej pytać o nocleg pokazując zdjęcie namiotu, a po drugie aktualizacja map ma duże znaczenie.       {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja9/33-36{/gallery}                     

Reklama

Następnego ranka opuszczamy hotel dopiero koło południa, w końcu trzeba było skorzystać z przywilejów jakie daje łóżko i łazienka. Ten dzień mija nam na stopowaniu, odwiedzamy między innymi Hetian, gdzie parę godzin spędzamy na lokalnym targu. Zasypiając niedaleko kolejnego miasta uświadamiamy sobie, że to nasz pierwszy dzień w Chinach, podczas którego nie przesłuchiwała nas policja! {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja9/37-41{/gallery}     

Kolejnego dnia docieramy do Mingfeng, skąd prowadzi droga przecinająca Takla Makan z południa na północ. pustynia Takla Makan, powierzchniowo zbliżona do wielkości Polski położona jest w północna zachodnich Chinach w kotlinie Kaszgarskiej. Otaczają je jedne z najwyższych łańcuchów górskich świata: Kunlum, Karakorum i Pamir. Nazwa pochodzi z języka ujgurskiego i ma oznaczać „miejsce łuków”, ponieważ mieszkańcy regionu zauważali pozostałości dawnych budynków odsłaniane przez wiejący wiatr. Jest to druga największa pustynia piaszczysta Ziemi. Postanawiamy więc spróbować przejechać stopem ponad 600 kilometrowe pustkowia. Czekając na okazję na jakimś bezludziu uświadamiamy sobie, że na cztery osoby mamy tylko niecały litr wody. Do najbliższego sklepu trzeba by było wracać się ponad 30 kilometrów, na piechotę nie ma szans. Cóż rozważni podróżnicy! Po godzinnym oczekiwaniu jesteśmy w trasie. Droga zbudowana kilka lat temu z obu stron obsadzona jest krzakami, bez przerwy nawadnianymi. W przeciwnym razie w ciągu paru dni całkowicie zginęła by zasypana piaskiem pochodzącym z wydm czającymi się za zaroślami.{gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja9/42-47{/gallery}     

Reklama

Po przejechaniu kilkuset kilometrów po pustyni dojechaliśmy do niewielkiej osady. Jest mały hotel, stacja benzynowa i parę sklepików. Wszędzie walają się tony śmieci i słychać krzyki bawiących się dzieci. Za budynkami roztacza się jednak prawdziwa pustynia, a my jesteśmy w samym jej centrum. Po małym rekonesansie na wydmach  postanawiamy w tym miejscu spędzić noc. Dołącza do nas Phiu – Chińczyk mieszkający w Lhasie. On również podróżuje autostopem. Rozbijamy małe pustynne namiotowe miasteczko. W te noc próbujemy także ostrych przysmaków, którymi częstuje nas nowy znajomy. Nocna pustynia zamienia się także w kantor. Tomek i Kasia mają okazję wymienić juany na dolary. W pierwszy dzień wybierając kasę z bankomatu przez przypadek zamiast 600 juanów wcisnęli o jedno zero za dużo…Tutaj też po raz pierwszy spróbowaliśmy chińskiej wódki. Oj działo się działo na tej pustyni….{gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja9/48-63{/gallery}     

 

Reklama

 

 

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości