Życie w Wietnamie to nie tylko egzotyczne jedzenie i bajeczne plaże, ale też ogromne kontrasty: upał, gwar uliczny, inna kultura i serdeczność mieszkańców. O codzienności w Da Nang, kawie z awokado, pracy jako recenzentka i tęsknocie za polskimi pierogami opowiada Klaudia Głód z Baczyna, która od kilku miesięcy mieszka w Azji Południowo-Wschodniej.
Co najbardziej Cię zaskoczyło po przyjeździe do Wietnamu?
Najbardziej zaskoczyły mnie upał i ilość śmieci na ulicach. Pierwsze dni były dla mnie trudne – bardzo gorąco, a woda w morzu też była ciepła, więc nie mogłam się schłodzić. Jednak po około dwóch tygodniach zaklimatyzowałam się, urządziłam mieszkanie i zaczęłam doceniać Wietnam. Bardzo pozytywnie zaskoczyła mnie też życzliwość lokalnych ludzi – wszyscy się uśmiechają, zagadują, pomagają. W Europie nie spotyka się tego na co dzień.
Jak wygląda Twój typowy dzień w Da Nang?
Mój dzień w Da Nang zaczyna się bez budzika – to jedna z rzeczy, które bardzo sobie cenię, bo pracuję sama dla siebie i mogę pozwolić sobie na spokojne poranki. Zazwyczaj budzę się około 8:00, piję kawę (czasem przygotowuję ją sama, a czasem robi ją dla mnie mój chłopak), a do tego wspólne śniadanie. Potem odpowiadam na wiadomości od osób, które śledzą moje filmy na YouTubie i TikToku.
W ciągu dnia często idę na siłownię, a po treningu jem lunch – czasem w domu, a czasem w jednej z lokalnych knajpek. Popołudnia zwykle spędzam na pracy nad filmikami, nagrywaniem materiałów albo w domu, albo w kawiarniach. Zdarzają się też współprace z restauracjami czy salonami spa, więc wtedy przygotowuję dla nich content.
Wieczory są różne – czasem idziemy na plażę popływać albo pospacerować, innym razem wybieramy się na skuterze, żeby odkryć nowe miejsca. Kiedy pogoda nie sprzyja, po prostu zostajemy w domu i oglądamy seriale. Zwykle kładę się spać około 23:00. Choć mam pewien rytm dnia, to tak naprawdę każdy dzień wygląda trochę inaczej, bo w Da Nang naprawdę nie da się nudzić.
Czego najbardziej brakuje Ci z Polski?
Najbardziej tęsknię za rodziną – rodzicami, rodzeństwem i przyjaciółmi. To jest coś, czego nic nie zastąpi. Drugą rzeczą jest oczywiście polskie jedzenie. Zdarza mi się iść ulicą i nagle pomyśleć: „O Boże, jak ja bym teraz zjadła pierogi!”. Brakuje mi takich klasyków jak pierogi, schabowy, gołąbki, zupa pomidorowa z ryżem, rosół czy zwykłe ziemniaki – niby proste dania, a jednak mają w sobie smak domu.
Choć w Polsce nie mieszkam już od ponad sześciu lat, to co kilka miesięcy nachodzi mnie taki „homesick” – ogromna tęsknota za krajem, kiedy chciałabym po prostu spakować się i wrócić. Brakuje mi wtedy nie tylko bliskich i jedzenia, ale też samej możliwości porozmawiania z kimś twarzą w twarz po polsku.
A co pokochałaś w Wietnamie od razu?
Od pierwszych dni w Wietnamie zachwyciła mnie serdeczność i otwartość ludzi. To, w jaki sposób potrafią się dzielić tym, co mają – mimo że często mają naprawdę niewiele – jest dla mnie czymś niezwykłym. Wielu z nich zarabia równowartość około 300 euro miesięcznie, a mimo to okazują ogromną hojność i życzliwość.
Zdarzało się, że na bazarze sprzedawczyni dawała mi warzywa w gratisie, w restauracji płaciłam mniej, niż powinnam, bo ktoś z uśmiechem powiedział „reszty nie trzeba”. Kiedy odbierałam kaucję za mieszkanie, właścicielka zwróciła mi nawet więcej, niż się należało. Bywało też, że lokalni ludzie na plaży częstowali nas piwem, zapraszali na karaoke albo po prostu zaczepiali na ulicy, by porozmawiać i przywitać.
To wszystko płynie z czystej dobroci serca – bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. I to jest coś, czego w Europie bardzo często brakuje. Mamy tam przecież wszystko: stabilne życie, możliwość podróżowania, dostęp do wygód, a jednak rzadziej okazujemy wdzięczność i prostą życzliwość wobec obcych. Wietnamczycy, choć mają niewiele, dzielą się wszystkim i jeszcze potrafią powiedzieć: „Dziękujemy, że przyjechałaś do naszego kraju”. To dla mnie niezwykle wzruszające i absolutnie wyjątkowe doświadczenie, którego wcześniej nigdzie nie spotkałam.
Jak Wietnamczycy reagują na Ciebie jako Europejkę?
Wietnamczycy reagują na mnie niezwykle przyjaźnie i z dużą ciekawością. Często pytają, skąd jestem – kiedy odpowiadam, że z Polski, nie zawsze wiedzą dokładnie, gdzie to leży, ale wiedzą, że w Europie, i to im w zupełności wystarcza, żeby się ucieszyć. Bardzo chętnie machają do kamery, sami z siebie zaczepiają mnie na ulicy, mówią „hello, how are you” – zawsze w serdeczny, naturalny sposób, który od razu wywołuje uśmiech na twarzy.
Uwielbiam chodzić sama na spacery wąskimi uliczkami, gdzie ludzie siedzą na niskich krzesełkach przed swoimi domami. Zdarza się, że starsze babcie i dziadkowie machają do mnie i wołają „hello”. To jest tak urocze i rozczulające, że aż trudno to opisać. W Polsce czegoś takiego nie ma – tam ludzie zamykają się w domach i rzadko kiedy odezwą się do obcych. Tutaj wręcz przeciwnie – otwartość i serdeczność są częścią codzienności.
Czy łatwo było Ci się odnaleźć w lokalnej społeczności?
Tak, bardzo łatwo. Wietnamczycy sami wychodzą z inicjatywą – zaczepiają na ulicy, mówią „hello, how are you?”, chcą robić wspólne zdjęcia albo być na nagraniach. Nigdy nie spotkałam się z niechęcią czy brakiem uprzejmości, wręcz przeciwnie – dzielą się wszystkim, co mają, i sprawiają, że czujesz się mile widziana.
Kiedy wróciłam niedawno na dwa tygodnie do Polski, to już po pierwszych dniach brakowało mi tego uroku i serdeczności, jaką daje codzienny kontakt z Wietnamczykami. Myślę, że w tak przyjaznym i otwartym społeczeństwie każdy bez problemu by się odnalazł. Wietnamczycy naprawdę potrafią skraść serce – nawet najbardziej zamkniętym czy sceptycznym osobom.
Jakie różnice kulturowe zauważasz najbardziej w codziennym życiu?
Najbardziej uderzyło mnie to, jak wcześnie Wietnamczycy zaczynają dzień. Już około 4–5 rano można zobaczyć tłumy ludzi na plaży czy w parkach, którzy ćwiczą, biegają, uprawiają różne aktywności. Są bardzo aktywni fizycznie i dbają o zdrowie, a przy tym kompletnie nie przejmują się tym, „co inni powiedzą”.
Dla kontrastu – w mojej rodzinnej wsi, w Baczynie, niewiele osób wychodzi pobiegać czy poćwiczyć, bo często blokuje ich myśl: „co ludzie o mnie pomyślą?”. W Polsce nadal bywa sporo takiej zaściankowości i zamknięcia, podczas gdy tutaj naturalne jest, że nawet starsze osoby, ubrane w piżamy, ćwiczą na siłowniach plenerowych w parkach. To widok, którego nie spotkałam w żadnym innym kraju – bardzo pozytywny i inspirujący.
Drugą dużą różnicą jest ogromna serdeczność i hojność. Wietnamczycy mając stosunkowo niewiele, dzielą się wszystkim, co mają. To codzienna lekcja życzliwości i prostego szczęścia, której w Europie czasem brakuje.
Jak smakuje wietnamska kawa z awokado i jak ją porównałabyś do polskiej kawy?
Kawa z awokado to coś, czego nigdy wcześniej w życiu nie próbowałam – trudno ją porównać do polskiej kawy, bo to zupełnie inna kategoria. W Polsce kawa jest droga i moim zdaniem często niezbyt smaczna, a tutaj w Wietnamie króluje Robusta, czyli kawa dużo mocniejsza niż europejska Arabica. Dla mnie klasyczna wietnamska czarna kawa jest aż za intensywna, dlatego zwykle wybieram Americano, do którego jestem bardziej przyzwyczajona.
Natomiast kawa z awokado to bardziej deser niż napój. Jest słodka, kremowa, ciekawa w smaku – idealna, żeby spróbować raz na jakiś czas. To nie jest coś, co pije się codziennie, raczej atrakcja, którą chętnie zamawiają turyści, bo świetnie wygląda na zdjęciach czy filmikach. Lokalsi rzadko ją piją, traktują ją raczej jako ciekawostkę.
Dla mnie to było naprawdę miłe zaskoczenie – nigdy nie przyszłoby mi do głowy, żeby połączyć kawę z warzywem, a tutaj okazało się, że to działa i smakuje świetnie. Jeśli ktoś lubi awokado, to zdecydowanie powinien spróbować będąc w Wietnamie.
Nawet Wietnamska lokalna gazeta Tuoi Tre News przyszla do mnie z propozycja uwzglednienia mnie w ich artykule o kawie z awokado po tym jak zobaczyli moj filmik na TikToku.
ARTYKULU O KAWIE Z AWOKADO https://news.tuoitre.vn/avocado-coffee-a-new-drink-that-captivates-foreign-visitors-in-vietnam-103250923165415825.htm
Jakie wietnamskie potrawy szczególnie Cię zachwyciły?
Moim absolutnym numerem jeden jest zupa phở. Smakuje trochę jak polski rosół, ale jest lżejsza, zdrowsza i podawana z białym makaronem ryżowym. Do tego dużo świeżych ziół i warzyw, a w środku kawałki mięsa – często wieprzowiny. To danie, które można jeść praktycznie codziennie i zawsze smakuje inaczej, bo każdy lokal ma swój własny sposób przygotowania bulionu.
Bardzo lubię też cơm tấm, czyli tzw. „broken rice” – ryż łamany, podawany zazwyczaj z grillowaną wieprzowiną i warzywami. Kolejną pyszną potrawą jest bánh xèo – chrupiący naleśnik ryżowy, wypełniony warzywami i owocami morza, który je się, zawijając w liście sałaty i maczając w sosie.
A jeśli chodzi o desery, to jestem absolutnie zakochana w avocado ice cream – to krem z awokado, do którego dodaje się lody kokosowe, wiórki kokosowe i odrobinę mleczka kokosowego. Smakuje obłędnie! Przez pewien czas jadłam to niemal codziennie – a najlepsze jest to, że kosztuje zaledwie 20 tysięcy dongów, czyli mniej niż 1 euro.
Czy próbowałaś sama gotować lokalne dania?
Szczerze mówiąc – nie. W Wietnamie jedzenie na mieście jest tak tanie, że gotowanie w domu zupełnie się nie opłaca. Na przykład za miskę phở płacę około 1,30 euro. Gdybym chciała kupić składniki w supermarkecie i przygotować ją sama, wyszłoby drożej i zajęłoby dużo więcej czasu. A na mieście dostaję świeże, gorące danie w pięć minut.
W domu gotuję tylko coś prostego i szybkiego – makaron, jajka, czasem jakieś europejskie jedzenie. Ale lokalne potrawy wolę jeść w restauracjach albo zamawiać przez aplikację Grab. To świetne rozwiązanie – w 20 minut można mieć pod drzwiami wszystko: od pizzy, przez lokalne jedzenie, aż po zakupy.
Raz spróbowałam zrobić w domu deser z awokado i lodami kokosowymi – wyszedł pyszny, ale mimo wszystko łatwiej i taniej jest zamówić czy kupić gotowy. Generalnie w Wietnamie kuchnia uliczna jest tak tania, zdrowa i dostępna, że trudno znaleźć powód, żeby gotować samemu.
Jak zaczęła się Twoja przygoda z recenzowaniem lokali w Wietnamie?
Zaczęło się bardzo naturalnie. Wietnam to prawdziwa kopalnia pomysłów na content – wystarczy wyjść na ulicę i już dzieje się coś, co warto nagrać. Cztery osoby na jednym skuterze, pies jadący z właścicielem, albo ktoś wiezie kurczaki na motorze – takich scenek jest tu mnóstwo i same proszą się o filmik.
Na początku nagrywałam właśnie takie codzienne, lokalne sytuacje. Aż pewnego razu poszłam do restauracji na steka, który okazał się tak pyszny, że spontanicznie nagrałam recenzję. Chciałam ich trochę wypromować, bo jedzenie naprawdę mnie zachwyciło. Restauracja dodatkowo podarowała mi gratisowe tiramisu w zamian za recenzję na Google, więc wrzuciłam wszystko na TikToka.
Ku mojemu zaskoczeniu filmik szybko zdobył ponad 100 tysięcy wyświetleń! Dzięki temu zaczęłam dostawać zaproszenia do współpracy – najpierw od innych restauracji, które proponowały darmowe posiłki w zamian za filmik, a później także od salonów spa. Zaczęło się od masaży, zabiegów, paznokci czy mycia głowy (bardzo popularnego w Wietnamie), a z czasem pojawiły się też płatne współprace.
Tak naprawdę wszystko wzięło się z jednej myśli: „To jedzenie jest tak dobre, że muszę o nim nagrać filmik”. A potem rozwinęło się w coś większego – sposób na łączenie mojej pasji do odkrywania miejsc z budowaniem społeczności online.
Co najtrudniejsze w byciu recenzentką, a co daje Ci najwięcej satysfakcji?
Szczerze mówiąc, w byciu recenzentką nie ma nic trudnego – to jest sama przyjemność. Jeśli miałabym wskazać jedną rzecz, to chyba tylko kwestie techniczne. Czasem, gdy jestem np. na masażu i ktoś nagrywa mnie w trakcie, to nie zawsze robi to tak, jak ja bym chciała. Nie mają tej samej wizji, co ja mam w głowie, ujęcia wychodzą za długie, a przez to szybko kończy mi się miejsce w telefonie. Nagrywam w jakości 4K 60fps na iPhonie, więc pliki zajmują ogromnie dużo miejsca i często muszę coś usuwać, żeby móc nagrywać dalej. To jest właściwie jedyny minus.
Za to satysfakcja jest ogromna – dosłownie na każdym etapie. Już samo to, że ktoś do mnie pisze i zaprasza na współpracę, daje mi frajdę. Potem wsiadam na skuter, jadę do spa albo restauracji, nagrywam, a oni traktują mnie z taką gościnnością, jak królową. Nie płacę za masaż, za zabieg czy za pyszne jedzenie, a jeszcze mogę pokazać to mojej społeczności.
Uwielbiam też proces montażu. Siadam potem do CapCuta, składam to w całość, wrzucam w social media – i nagle dostaję setki komentarzy, że ludziom się to podoba, że dziękują za polecenie, że dzięki mnie odkryli coś nowego. To jest dla mnie ogromnie satysfakcjonujące, bo widzę, że moje filmiki naprawdę dają ludziom wartość i radość.
Dla mnie osobiście to ma jeszcze większe znaczenie, bo w mojej poprzedniej pracy w korporacji w Luksemburgu mój szef ciągle powtarzał, że nie jestem wystarczająco dobra, że wszystko robię źle. A teraz – robię coś, co kocham, i wciąż słyszę pozytywne opinie: że moje filmiki są świetne, że mam do tego talent. To daje mi poczucie, że w końcu jestem w miejscu, gdzie mogę się sprawdzić i dostać szczery, pozytywny feedback.
Czy planujesz stworzyć własny przewodnik lub blog o wietnamskich miejscach?
Tak, planuję e-book, PDF do kupienia, a także rozwijam mój kanał na YouTube, Instagram i TikTok. Tam można śledzić moje codzienne przygody w Wietnamie.
Jakie miejsca w Wietnamie szczególnie poleciłabyś turystom z Polski?
Mieszkam w Wietnamie dopiero od czterech miesięcy, więc jeszcze nie zdążyłam zwiedzić całego kraju. Do tej pory byłam głównie w Da Nang i Hoi An, ale na mojej liście są już kolejne miejsca – Ho Chi Minh City, Hanoi, zatoka Ha Long czy północ Wietnamu. Planuję odwiedzić je w najbliższym czasie, być może samolotem albo słynnymi nocnymi autobusami z łóżkami.
Na ten moment szczególnie polecam Da Nang, bo naprawdę mnie urzekło. To miasto ma wszystko – piękne plaże, góry, nowoczesne centrum i niesamowite atrakcje w okolicy. Warto zobaczyć m.in. Ba Na Hills, czyli park rozrywki wybudowany przez Francuzów na wzgórzu ponad chmurami. Można tam wjechać najdłuższą na świecie kolejką linową, a na miejscu czeka bajkowe miasteczko i słynny Złoty Most podtrzymywany przez ogromne dłonie.
Ogromne wrażenie robi też Lady Buddha – imponujący posąg na wzgórzu z widokiem na morze. I oczywiście same plaże Da Nang – szerokie, czyste, z przepięknymi zachodami słońca. To m.in. dlatego wybrałam to miasto do życia – mogę mieszkać w miejscu, gdzie pięć minut spaceru dzieli mnie od oceanu.
Czy widzisz siebie w Wietnamie na dłużej, czy raczej traktujesz to jako etap w życiu?
Chciałabym zostać w Wietnamie na dłużej – rok, może dwa lata – ale myślę, że to będzie maksymalny okres. Kraj bardzo mi się podoba, jednak jest ogromnie daleko od Polski. Ostatnia podróż do domu zajęła mi ponad dobę, z trzema przesiadkami – w Bangkoku i Dubaju – i było to naprawdę męczące i kosztowne.
Tęsknię też za rodziną, dlatego wiem, że docelowo będę mieszkać w Europie. Wietnam traktuję jako etap – wspaniały czas, w którym mogę korzystać z młodości, wolności i odkrywać świat, zanim zdecyduję się na większe życiowe zobowiązania.
Gdyby moja cała rodzina przeprowadziła się tutaj, pewnie zostałabym na stałe, bo życie w Wietnamie ma wiele plusów – przede wszystkim bardzo przystępne ceny, które czynią go niezwykle atrakcyjnym miejscem do życia.
Jakie masz plany na najbliższe miesiące – zawodowe i osobiste?
Nie mam bardzo konkretnych planów – staram się żyć z dnia na dzień i być elastyczna. Jedyny mój cel to konsekwencja: chcę codziennie tworzyć treści i rozwijać się w tym kierunku, aż osiągnę stabilność finansową.
Moim marzeniem jest, aby zarabiać na YouTubie, ze współprac i z moich filmików około 10 tysięcy euro miesięcznie. Wtedy będę mogła trochę zwolnić tempo i podejść do tego z większym luzem. Ale dopóki tego celu nie osiągnę, planuję pracować naprawdę intensywnie – nagrywać, montować, rozwijać kanały i budować swoją społeczność.
Na szczęście to nie jest dla mnie ciężka praca – kocham to robić, daje mi to ogromną satysfakcję i widzę w tym swoją przyszłość. Chciałabym, żeby towarzyszyło mi już do końca życia i jestem ciekawa, dokąd mnie ta droga jeszcze zaprowadzi.
Gdybyś mogła przywieźć z Polski jedną rzecz, czego najbardziej by Ci brakowało – co by to było?
Bez wahania – moich rodziców. A jeśli chodzi o rzeczy materialne, to oczywiście pierogi! To połączenie rodziny i polskiego jedzenia to coś, czego brakuje mi najbardziej tutaj w Wietnamie.
Jaką najdziwniejszą potrawę próbowałaś w Wietnamie? I czy dałaś radę ją zjeść do końca?
Najdziwniejszym doświadczeniem kulinarnym było, gdy ze znajomymi poszliśmy na taki bufet, w którym samemu wybiera się owoce morza – prosto z akwarium, gdzie jeszcze pływały żywe. Potem kelner rozpalał ogień na stole i każdy z nas miał własny grill. Trzeba było samemu wziąć te żywe krewetki, kalmary czy inne stworzonka i położyć je na ruszt. I to właśnie Ty byłeś osobą, która je zabijała. Dla mnie to było absolutnie straszne – nie byłam w stanie tego zrobić ani zjeść. Uwielbiam owoce morza, ale tylko wtedy, gdy ktoś przygotuje je w kuchni i nie muszę patrzeć na ten proces.
Raz też widziałam w menu chińskiej restauracji szczura i gołębia. I choć nie zamówiłam ich, to sama świadomość, że takie rzeczy można zjeść, była dla mnie ogromnym szokiem. Szczura nigdy w życiu bym nie spróbowała – nie wiadomo, skąd został złapany.
Co myślą Wietnamczycy, gdy słyszą, że jesteś „spod Babiej Góry”?
W rzeczywistości nigdy nie powiedziałam Wietnamczykom, że pochodzę „spod Babiej Góry”. Większość i tak nie wie dokładnie, gdzie jest Polska, ale zazwyczaj reagują pozytywnie, gdy mówię, że jestem z Europy i z Polski.
Gdybyś miała opisać swoje życie w Wietnamie jednym memem – jaki by to był?
Nie znam zbyt dobrze memów, ale chyba najbardziej pasowałby do tego motyw przechodzenia przez ulicę – w Wietnamie nikt się nie zatrzymuje, więc czuje się to jak w tym serialu „Squid Game”!
Co jest trudniejsze: przejść przez ruchliwe wietnamskie skrzyżowanie, czy znaleźć dobrą polską kiełbasę w Da Nang?
Myślę, że znalezienie dobrej polskiej kiełbasy w Da Nang byłoby trudniejsze, bo nie wiem, czy w ogóle jest tutaj polski sklep.
Czy zdarzyło Ci się targować na lokalnym bazarze – i jak poszło?
Non-stop się targuję i bardzo dobrze mi idzie – targowanie to codzienność. Ostatnio udało nam się zbić cenę z 650 tys. dongów na 300 tys. za lnianą koszulę – bardzo satysfakcjonujące doświadczenie!
Jak reagujesz, gdy ktoś częstuje Cię kawą o 23:00 (a to w Wietnamie całkiem normalne)?
Nie piłam jej osobiście, ale lokalni ludzie często tak piją – dla mnie to trochę dziwne.
Gdybyś mogła zaprosić jedną osobę z naszego powiatu do Wietnamu na tydzień – kogo byś wybrała i dlaczego?
Na pewno zaprosiłabym moją mamę. Chciałabym, żeby mogła doświadczyć takich pięknych wakacji w spa i masaży, jakich sama korzystam tutaj w Wietnamie. Moja mama nigdy wcześniej nie była w żadnym spa, więc byłoby to dla niej wyjątkowe doświadczenie.
Czy nauczyłaś się już jakiegoś zabawnego powiedzonka po wietnamsku?
Tak, ale tylko podstaw. Najczęściej używam xin chào, czyli dzień dobry, oraz cảm ơn, czyli dziękuję. To takie proste słówka, ale zawsze sprawiają uśmiech na twarzy lokalnych ludzi, jak je usłyszą od turysty.
Dziekujemy za rozmowę i zachęcamy do śledzenia socialmediów Klaudi
YouTube - Nomadic Klaudia: https://www.youtube.com/@NomadicKlaudia
TikTok - nomadicklaudia: https://www.tiktok.com/@nomadicklaudia
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze