Historia ta, ponoć prawdziwa, wydarzyła się za życia Teofili Znamięckiej, dziedziczki Zembrzyc. Mieszkała ona w neoklasycystycznym, parterowym, murowanym z cegły, potynkowanym, podpiwniczonym, o bryle prostopadłościanu, z piętrowym gankiem kolumnowym i dachem z desek, pokrytych papą dworku, wybudowanym przez Stanisława Ostrzeszewicza herbu Leliwa w latach 1807 – 1810, dzisiaj po gruntownym remoncie mieszczą się tam warsztaty terapii zajęciowej dla osób niepełnosprawnych, do którego dawniej prowadziła piękna aleja porośnięta smrekami. Pewnego razu zmierzając do domu, Teofila usłyszała cichutki płacz. Poszła w jego kierunku i już po chwili zobaczyła niemowlę, położone u stóp rozłożystego smreka. Ulitowała się nad sierotą i zabrała go do dworu. Dziecko zaniosła do komnaty, położyła na łożu, po czym rozwinęła powicie. Wtedy okazało się, że jest to chłopiec. Dziedziczka postanowiła wychować go na dobrego człowieka. Nadała chłopcu imię Marek, a że został znaleziony pod smrekiem, mówiła też do niego pieszczotliwie „smreczek”. Ten przydomek przylgnął do chłopca i już wkrótce wszyscy we wsi go tak nazywali.
Po śmierci Znamięckiej Marek został sam. Nie chciał mieszkać we dworze, bo jak mawiał, „wszystko tam przypomina mi matkę”. Błąkał się więc po wsi. Pracował i sypiał u wielu mieszkańców Zembrzyc, co dzień u kogoś innego. Gdy miał 19 lat, wybuchła I wojna światowa. Marek wraz z innymi młodzieńcami zaciągnął się na ochotnika do wojska, aby walczyć o przywrócenie wolności Ojczyźnie. Z wojny nigdy nie powrócił. Mówiono w okolicy, że Marek zginął gdzieś na froncie.
Opowieść według przekazów ustnych rodzin: Fidelusów, Kuligowskich i Talagów.
Kazimierz Surzyn
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze