Reklama


Into the east XI część.

27/05/2014 07:37

Kierunek: Wschód.  Zwinęliśmy nasze pustynne namiotowe miasteczko i ruszyliśmy w dalszą trasę. Poznany poprzedniego wieczoru Chińczyk bardzo szybko złapał stopa – ledwo zdążył pomachać nam na pożegnanie.

Próba zatrzymania okazji w cztery osoby do prostych zadań nie należy, zwłaszcza gdy robi się to na pustyni. Widząc nasze bezradne starania, na pomoc przyszli nam policjanci z pobliskiego posterunku. Najpierw oczywiście wylegitymowali nas jak należy, a zrozumiawszy że chcemy złapać jakiś samochód i to jeszcze za darmo - posadzili nas za barykadą z worków z piaskiem. Podczas kiedy my opalaliśmy się w okopach, uczynna policja złapała najpierw Kasi i Tokowi jeepa do Yuli (stop na 300 km), a potem mnie i Wojtkowi wynegocjowali miejsce w autobusie do Korli (500 km). W ten trochę przypadkowy sposób na dobre rozstaliśmy się z Kasią i Tomkiem, którzy jeszcze przez tydzień podróżowali po Chinach, a potem pojechali do Kirgistanu, by końcem sierpnia samolotem wrócić do Polski. Dzięki Wam za wspólne przygody i do zobaczenia na szlaku…    {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja10/1-4{/gallery}                                                                                                        

Wojtkowi i mnie jeszcze tego samego dnia udało złapać ciężarówkę, którą jechaliśmy m.in. w pobliżu najniższego punkt Chin – okolice wyschniętego jeziora Aydingkol Hu położonego 154 m p.p.m. w Kotlinie Turfańskiej. Nasz kierowca jechał do Urumczi, dlatego my wysiedliśmy przy skrzyżowaniu autostrad, w okolicy którego znajdowała się olbrzymia farma wiatraków. Na nocleg rozłożyliśmy się pod jednym z nieczynnych (przynajmniej wtedy tak myśleliśmy) wiatraków. W nocy obudził nas straszny hałas, przez chwilę myślałem że niebo spada mi na głowę. Okazało się jednak, że nasz wiatrak był tylko ”uśpiony”, a  widok ponad 50 metrowych skrzydeł obracających się nad naszymi głowami na długo utkwił w pamięci. Następny dzień należał do rekordowych pod względem przebytych kilometrów. Złapaliśmy miedzy innymi ciężarówkę z arbuzami czy chińska moto-rikszę. Najdłużej jednak z tego dnia zapamiętamy, kierowcę pewnej osobówki. Jedziemy z nim już przynajmniej od godziny, rozmowa zakończyła się po kilku minutach - koleś nie znał nawet pół słówka w którymś z europejskich języków. Za oknem totalne pustkowie, czasem na horyzoncie wyskoczy jakiś krzak, nawet ruch na drodze  znikomy choć to ponoć autostrada. Jednym słowem koniec świata. W tym momencie z radia naszego kierowcy słyszymy ….polską piosenkę. Co prawda przy jej tekście disco polo to poezja z wyższej półki, ale zawsze to polska piosenka. W ciągu tego dnia udało się nam pokonać ponad 1500 km, dotarliśmy aż do Jiayuguan. Ponad połowę z nich przejechaliśmy w tirze, a nasz kierowca nie dość że zaprosił nas na kolację i piwko to jeszcze odstąpił mi swoje miejsce do spania w kabinie.   
{gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja10/5-12{/gallery}     

Reklama

Kolejnego ranka obudziliśmy się w Jiayuguan, według słów Chińczyka poznanego na pustyni miała się tu znajdować część Wielkiego Muru Chińskiego. Po kilku kilometrach przymusowego spaceru dotarliśmy z Wojtkiem do jakiegoś zamku, ale Muru nigdzie nie widać. Zdawaliśmy sobie sprawę że z 6000 km tej budowli tak naprawdę tylko około 1000 km wygląda tak jak na pocztówkach, reszta to zazwyczaj jakiś wał usypany z kamieni i ziemi. Nie chcąc oglądać wału ziemnego, próbujemy dowiedzieć się gdzie jest „właściwy” Mur. Jedna z przewodniczek zapewnia nas, że to tutaj znajduje się Wielki Mur Chiński. W końcu zachęceni kupujemy bilety. Niestety nasze przypuszczenia okazały się słuszne: prócz zamku i wału z ziemi ciągnącego się po okolicznych wzgórzach, nie ma żadnych innych umocnień obronnych. No cóż daliśmy się nabrać. Na pocieszenie mogliśmy się poprzyglądać wielbłądom. Parę godzin potem w poszukiwaniu Internetu, trafiliśmy do sklepu komputerowego. Właściciel - młody chłopak, nie tylko pozwolił nam za darmo skorzystać z Internetu, ale zaprosił nas na obiad i pyszne lody.    
 {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja10/13-21{/gallery}                                                  

Jadąc wciąż na wschód, pożegnaliśmy Sinciang i wjechaliśmy do prowincji Gansu. Pustynie za oknem zastąpiła niesamowita zieleń, o różnych odcieniach. Nigdy nie przypuszczałem, że widok trawy będzie mnie tak cieszył. Naszym celem miało być miasto Xining położone w prowincji Qinghai. To tutaj spróbowaliśmy kupić bilety na kolej Tybetańską. Linia ta łączy  miasto Xining  w prowincji Qinghai , z Lhasą – stolicą Tybetu. Na szlaku znajduje się 30 stacji kolejowych, a jego długość wynosi 1 895 km i biegnie m.in. przez przełęcz Tanggula  na wysokości 5072 m n.p.m. Na jego trasie znajduje się również najwyżej położony tunel kolejowy  na świecie na wysokości 4905 m n.p.m., ma on długość 1338 metrów. Ponad 80% całej trasy znajduje się na poziomie wyższym niż 4000 m n.p.m., a 550 km osadzone jest w strefie wiecznej zmarzliny . Po odstaniu w dwugodzinnej kolejce, prawie się udało. Kasjerka już przeliczyła pieniądze i wtedy padło to głupie pytanie: Czy mamy zezwolenie na wjazd do Tybetu???  Kraina na Dachu Świata musi na nas jeszcze poczekać. Zanim jednak podjęliśmy nieudaną próbę zakupów, przejechaliśmy górską trasę G227. Za oknami stada jaków, majaczące szczyty górskie czy liczne stupy buddyjskie. Prowincja ta to część historycznego Tybetu, a sami Tybetańczycy stanowią znaczny odsetek ludności, dlatego widok buddyjskich świątyń i mnichów to powszechność. Dla łatwiejszej orientacji alfabet Farsi został zastąpiony pismem tybetańskim.
 {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja10/22-35{/gallery}                                

Reklama

Stara prawda głosi „Najpiękniejsze rzeczy na Ziemi są za darmo” Przekonaliśmy się o tym kolejnego dnia, gdy najpierw naszym oczom ukazało się sztuczne jezioro Liujiaxia, a kilkadziesiąt kilometrów potem jeden z cudów świata: pola tarasowe w  górach na północ od  Linxia. Dla mnie i Wojtka jedno z najpiękniejszych miejsc podczas całej trasy, trafiliśmy tu całkiem przypadkowo. Próżno szukać opisu w jakiś przewodnikach, to wciąż „terra incognita”.
 {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja10/36-49{/gallery} 

Chcąc uczcić wspaniały dzień, wieczorem  zakupiliśmy piwko .W ręku z nim szliśmy przez wioskę szukając miejsca na nocleg. Zauważyli nas miejscowi i zaprosili do wspólnego biesiadowania. Gospodarze popijając, grali w tutejszą odmianę papier, kamień, nożyce. Na stole pojawił się ryż, groszek i coś co przypominało niby boczek niby słoninę, może lepiej nie wiedzieć co to takiego… Alkohol na biesiadzie lał się po chińsku… czyli jedno piwo rozlewane było do kieliszków - podobnie jak u nas wódka. Oczywiście zostaliśmy poczęstowani takim kieliszkiem, ale jakoś dziwnie było pić w ten sposób, więc gdy poprosiliśmy o całego dla każdego z nas wywołaliśmy okrzyk podziwu. Moja głowa do „mocnych” nie należy , ale w porównaniu z naszymi azjatyckimi przyjaciółmi zamieniałem się w tytana alkoholowego. Przyczyną takiego „dziwnego” spożywania alkoholu jest genetyka.  Chińczycy i inni południowo – wschodni Azjaci mają w genach zapisaną mniejszą odporność na alkohol dlatego nasi gospodarze po wypiciu dwóch butelek piwa na trzy osoby ledwo stali na nogach.
 {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja10/50-51{/gallery} 

Reklama

Całości biesiady przyglądał się pewien starszy pan. Kiedy zauważył, że chcemy wyjść od razu podbiegł do nas i zaprosił na nocleg. Oczywiście zanim poszliśmy spać zjedliśmy prostą, ale jakże smaczną kolację. Następnego ranka zanim wyruszyliśmy w dalszą drogę zostaliśmy poczęstowani przepyszną zupą i chlebem. Posiłek spożywaliśmy w gronie całej rodziny. Od jednego z synów naszego gospodarza dowiedzieliśmy się że są muzułmanami i należą do tak zwanej mniejszość Hui – chińczyków wyznających islam sunnicki.  Dzień zaczęty od śniadania u muzułmańskiej rodziny, przyniósł nam wiele wspaniałych widoków. W jednym z barów w mijanych wioskach wzbudziliśmy tak wielkie zainteresowanie, że ustawiła się kolejka do zdjęcia z dziwnymi przybyszami z Europy. Przez cały dzień wielokrotnie musieliśmy tłumaczyć, co takiego Polska i gdzie ona leży. Na szczęście tutaj z pomocą przychodzili nam Chopin i Lewandowski.
  {gallery width="250" height="300" }news/2014/maj/azja10/52-64{/gallery}  

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości