Reklama


Into the east (cz.XI) - Shaolin i Tai Shan

05/07/2014 19:53

Na wschodzie słońce wstaje wcześnie, a my razem z nim. Dzięki czemu już od rana pokonujemy kolejne kilometry.

Chińskie bezdroża zamieniają się w trzypasmowe autostrady, niestety również i cena arbuza podskoczyła trzykrotnie. Coraz bardziej czujemy, że wjechaliśmy we wschodnią część kraju, czyli odwrotnie niż u nas: to ta bardziej rozwinięta. Na szczęście ludzie tutaj tak samo mili, więc nie ma problemu z łapaniem stopa. No może problem jest przy wsiadaniu do auta… czasami kierowca potrafi zatrzymać się na środkowym pasie autostrady (tu autostrady potrafią mieć czasem i po cztery pasy) i jakoś wcale go nie martwi, że po jednej i drugiej stronie śmigają inne pojazdy. Na szczęście taki „nadgorliwiec” trafia się jeden na trzech. 

 

Reklama

{gallery width="250" height="300" }news/2014/lipiec/azja/1-2{/gallery}   

Pewien z zatrzymanych szoferów zaprasza nas na obiad. Zanim jednak skosztujemy ryżu, grzybów i innych przysmaków przez ponad 2 godziny krążymy po Xian. Miasto Terakotowej Armii – ponoć jednego z cudów starożytnych Chin. Niestety wizytę u  zastępów glinianych żołnierzy musieliśmy odpuścić. Nasz budżet kurczy się bardzo szybko, a poza tym mamy umówionego hosta w Pekinie i nie chcemy się za bardzo spóźnić. Trzeba coć zostawić na kolejną wizytę w Chinach.

Reklama

Pokonanie ringu autostrad Xian nie jest prostym zadaniem, zwłaszcza, że po raz pierwszy policja zabroniła nam stopować. Dlatego zamiast kulturalnie łapać na bramkach, musieliśmy przedzierać się przez krzaczory w celu ominięcia „uczynnych mundurowych”. Znów  próbujemy zatrzymać coś na poboczu autostrady.  W nagrodę łapiemy Audi  5 i podziwiamy Chiny z 180 km/h na liczniku. Kolacja to wielka miska ryżu wraz z warzywami mniej lub bardziej znanymi oraz fantastyczny smak ananasowego browara – jednego z najlepszych  jakie piliśmy w życiu.

Po noclegu na stacji benzynowej ruszamy w dalszą drogę.  Złapany kierowca, podrzuca nas specjalnie kilkanaście kilometrów, dzięki czemu około południa przed naszymi oczami ukazuje się legendarna brama klasztoru Shaolin. Zanim jednak zdążymy przekroczyć jej próg zostajemy zaatakowani przez szkolone sekretnymi, legendarnymi metodami wyspecjalizowane „Kup Pan Pamiątkę”. Zawsze myślałem, że należę do ludzi odpornych na tego typu działania. Jednak nie, po trzydziestu minutach wyszedłem ze sklepu z plikiem pocztówek, słomianym kapeluszem i nunczako w ręce. Uwierzcie mi, tej sprzedawczyni  nie było łatwo odmówić, a po zbiciu trzykrotnie cenny w końcu wypadało coś kupić. Od tej pory towarzyszył mi  kowbojski słomiany kapelusz z  wielkim napisem Shaolin. (Przy całej tej tandecie cieszyłem się, że chociaż napis był po chińsku). Sam kapelusz stał się moim wiernym przyjacielem na kilka miesięcy. Jednak w czasie podróży zaginał, choć wciąż mam nadzieje, że go odzyskam. Ponoć ostatni raz widziano go pod Piramidami w Egipcie, ale o tym może innym razem. 

Reklama

{gallery width="250" height="300" }news/2014/lipiec/azja/3-19{/gallery}   

Shaolin to wielki kompleks świątyń rozrzuconych na kilkudziesięciu hektarach zalesionych wzgórz. Pierwsze świątynie powstały w 495 roku. Jest to historyczny ośrodek  buddyzmu   mahajana  i sekty  chan , miejsce legendarne dla  chińskich sztuk walki , obecnie ważny ośrodek turystyczny. W roku 2010 klasztor i znajdujące się w jego pobliżu  pagody  (oraz inne zabytki w okolicy) zostały wpisane na  Listę światowego dziedzictwa UNESCO . Wśród licznej zabudowy mieszczą się także szkoły kung fu. Sława miejsca sprawia, że docierają tutaj tłumy turystów. Komercja kwitnie w pełni i to jeszcze we wschodnioazjatyckim wydaniu. Kiedy jednak zostanie się tutaj trochę dużej, można na własne oczy zobaczyć, że legenda miejsca wciąż żyje. Wieczorem, gdy autobusy ze ”stonka’’ odjadą, place klasztoru  zapełniają się adeptami sztuk walki. Najmłodsi trafiają do Shaolin w wieku czterech lat. Najkrótszy czas pobytu trwa jeden rok, ale wielu zostaje tu na dłużej, niektórzy na całe życie. Choć chłopcy oprócz zgłębiania tajników kung fu mają normalne lekcje to patrząc na wieczorne treningi nie ulega wątpliwości, co jest ich głównym celem.  Armia kilku tysięcy ćwiczących zajmuje każdy wolny skrawek klasztoru. Ich widok sprawia, że legenda Shaolin, nie tylko wciąż żyje , ale rozwija się jak za najlepszych czasów. W takim miejscu ma się ochotę zostać dłużej. 

Reklama

{gallery width="250" height="300" }news/2014/lipiec/azja/20-33{/gallery}   

Klasztor opuszczamy późnym wieczorem.  Zatrzymuje się nam taksówkarz, obawiając się podstępu początkowo nie chcemy wsiąść.  On jednak długo nalega. Wywozi nas za miasto  i to zupełnie za darmo. Komercja może i jest, ale nie opanowała w pełni Shaolin. Proszę sobie wyobrazić, taksówkarza z Krupówek, który wywiózłby człowieka na wylotówkę na Kraków, nie chcąc za to dutków. Ciężarówką docieramy na stacje benzynową, gdzie rozbijamy namiot. Upał doskwierał przez cały dzień, więc nasza radość była ogromna, gdy udało nam się znaleźć szlaufa. Nareszcie można się wykąpać. Kiedy nadeszła moja kolej na mycie,  pojawił się pewien chiński dziadek, który postanowił ostro mi coś wytłumaczyć. Trudno dyskutować po Chińsku,  szczególnie gdy człowiek jest w stroju Adama. Jednak mój rozmówca nie daje łatwo za wygraną, krzyczy coraz głośniej i świeci naokoło podręcznym reflektorem, przyciągając uwagę coraz większej liczby ludzi. Dzień zakończyliśmy małym rozciąganiem, zainspirowani wyczynami dzisiaj spotkanych mnichów.

Reklama

{gallery width="250" height="300" }news/2014/lipiec/azja/34-42{/gallery}   

Kolejnego dnia łapiemy aż 11 stopów, czyli ustanawiamy kolejny mały rekord. Wśród kierowców nie zabrakło przedstawicielki płci pięknej – chyba pierwsza w kraju smoków.  Pod koniec dnia trafia się nam ciężarówka: kierowca może i miły, ale po 2,5 h jazdy 60 km/h na autostradzie mamy już trochę dosyć. Naszym następnym celem jest Mount Tai Shan (góra ze schodami znana z filmu Ace Ventura).  Według zapewnień naszych ostatnich kierowców na szczyt lepiej wspiąć się w nocy, dzięki czemu omija się tłumy ludzi. Tłumów mamy dość więc chętnie korzystamy z cennej wskazówki. Tai Shan zalicza się do  Pięciu Świętych Gór Taoizmu . Jest kojarzona ze wschodem  słońca , narodzinami, odnową; a często uważa się ją za najważniejszą z całej piątki. Ruch  pielgrzymkowy  do świątyń na Tai Shan odbywa się od 3 tys. lat.

Reklama

Czeka nas teraz około 1300 metrów przewyższenia, a do pokonania jest ponad 7200 schodów.  Razem z nami szczyt zdobywa chyba połowa narodu chińskiego, wiec towarzystwa nie brakuje. Tutaj po raz kolejny sprawdza się reguła maratonu – powoli, ciągle do przodu jednym tempem.  Sam szczyt zdobywam z flagą Polski i pieśniami Czerwone Maki czy Szara Piechota na ustach. Niech wiedzą w Chinach, kto ich odwiedził. Trasa to połączenie sacrum i profanum.  Liczne świątynie, z ludźmi pogrążonymi w modlitwie i składającymi ofiary, sąsiadują z jeszcze liczniejszymi sklepami obsługiwanymi przez namolnych  sprzedawców.  Jedno jednak trzeba przyznać, wielu sprzedawców śpi zostawiając swoje kramy bez opieki – widać kradzież to tutaj pojecie niezbyt znane. Szkoda, że wśród tysięcy produktów importowanych z Chin, Polacy nie zaimportowali tego zwyczaju. W oczekiwaniu na Wojtka zaprzyjaźniłem się z grupą nastolatek. Wśród nielicznych słów, które znały po angielsku, nie zabrakło:  I  love  you.  Przez całe swoje życie nie usłyszałem tylu miłosnych wyznań, co w ciągu tej jednej nocy. Coraz bardziej podobają mi się te Chiny. Potem razem z Wojtkiem uczymy inną grupkę dziewczyn tradycyjnego „Kocham Cię”, a jedna z dziewczyn puszcza nam muzykę Chopina. Zanim rozbijemy namiot, zdobywamy jeszcze szczyt, z którego roztacza nocna panorama na pobliskie miasta. Ich nazwy nie znam, ale to w końcu miasteczka liczące tylko  po milionie mieszkańców. Widok można porównać do panoramy z Giewontu na nocną Warszawę, gdyby coś takiego istniało. 

{gallery width="250" height="300" }news/2014/lipiec/azja/43-46{/gallery}   

Reklama

 Wszędzie wokoło sacrum przeplata się z profanum. To ostatnie dopada nas, gdy szukamy wrzątku do zupy, jak do tej pory zawsze był za darmo, a tutaj każą słono płacić. Tutaj przydaję się troszkę wytrwałości i w końcu w dziesiątej, a może piętnastej knajpce dostajemy wrzątek  za uśmiech. Można w końcu wskoczyć do śpiwora. Następnego dnia budzi nas morze wracających ze wschodu słońca pielgrzymów. Dołączamy do „pociągu” wędrującego w dół. Oj, kolana teraz trochę pocierpią.  Szybko przestajemy narzekać, gdy po drodze mijamy kilku mężczyzn pracujących jako tragarze. Wynoszą oni na szczyt góry wszystko, od konstrukcji ciągle rozbudowywanych świątyń, po wodę. Siły i kondycji niejeden im na pewno zazdrości – ja na pewno. 

{gallery width="250" height="300" }news/2014/lipiec/azja/47-61{/gallery}   

Reklama

W następnym odcinku:

Dalej już tylko woda – Morze Żółte. Jak smakuje ośmiornica? Witaj Pekinie.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama
Najnowsze wiadomości