Reklama


Dzieciństwo na dawnym Podbabiogórzu trwało tylko moment. Bestsellerowe „Wiejskie dzieci” oddają głos naszym pradziadkom

Duża frekwencja wśród mieszkańców Suchej Beskidzkiej na ubiegłorocznej wystawie o codzienności w mieście przed drugowojenną zawieruchą udowodniła, że kilka anegdot przy świątecznym stole o dzieciństwie często już nieobecnych członków rodzin to za mało. Pokazała to również szybkość, z jaką „Wiejskie dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali” Anety Godyni wskoczyły na listę najlepiej sprzedających się książek w Polsce. W bestsellerowym tytule nie zabrakło bliskich okolic naszego powiatu i pamiętnika Zofii Karaś.

Dzieciństwo trwało tylko moment

W poprzednim roku żadna z suskich gmin nie odnotowała dodatniego przyrostu naturalnego. Niecałe sto lat temu z kolei młoda mieszkanka wsi rodziła aż 4,13 dziecka, co już było uznawane za wyraźną zmianę demograficzną w porównaniu do lat zaborów. Rączki tamtych dzieci często poznawały trud pracy jeszcze zanim usiadły do szkolnych ław i wzięły pióro. Nawet w prośbach o zwolnienie z lekcji rodzice pisali, że “syn mój w gospodarstwie jest mi niezbędnie potrzebny”. Najpopularniejszą zabawką była własna wyobraźnia, w której nawet nie śniono o namiastce dzisiejszego ekranu smartfona.

Codzienność naszych małych pradziadków i dziadków była tak inna, że stereotypowe „za moich czasów” wypowiadane przez nich przy rodzinnych stołach nie było tylko zwykłym memem, ale zakłopotanym spojrzeniem na obecną rzeczywistość. Wiele pytań o tamte, często trwające zaledwie moment dzieciństwo, nie zdążyło zostać zadane. Rozproszone odpowiedzi zostały jednak odnalezione w pamiętnikach chłopskich, pisanych na ogólnopolskie konkursy oraz materiałach etnograficznych, przez małopolską genealożkę, Anetę Godynię.

Reklama

W książce przyglądam się więc dawnemu życiu wiejskich dzieci z podejściem kogoś, kto nie tylko patrzy w metryki, ale też uwzględnia kontekst. Opowiadam o dzieciństwie od jego początku — od momentu poczęcia, który w ludowej wyobraźni obudowany był przesądami, któremu towarzyszyły zaklęcia i amulety. Przypatruję się pracy wiejskich akuszerek, porodom odbywającym się w domowych izbach, rytuałom przeprowadzanym w pierwszych dniach po narodzinach. Zależy mi na tym, by pokazać codzienność — nie tylko obowiązki, lecz także zabawy, kary, sposób wychowania i relacje z dorosłymi. Próbuję uchwycić to, co często wymyka się statystykom i suchej faktografii — emocje, marzenia i tęsknoty wiejskiego dziecka. Chcę oddać głos tym, którzy rzadko mieli okazję, by opowiedzieć swoją historię, i zrobić to z szacunkiem — aby pokazać ich rzeczywistość w pełnym świetle i zrozumieć, skąd przyszliśmy.

— pisze autorka „Wiejskich dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali

Reklama
  • Książka dostępna jest na Empiku

Wątki suskie i z okolic

Genealożka podczas opisywania realiów życia wiejskich maluchów w II Rzeczypospolitej korzystała z pamiętnika Zofii Karaś. Wśród mieszkańców Suchej Beskidzkiej zyskała ogromny szacunek nie tylko jako lekarz, ale też dzięki swojemu literackiemu talentowi. Swoje doświadczenia zawodowe opisała w pamiętniku, który przyniósł jej zwycięstwo w konkursie organizowanym przez Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Zbiór jej tekstów, pełnych trafnych spostrzeżeń i nieraz humorystycznych opisów codziennych sytuacji z gabinetu lekarskiego, został wydany w 1939 roku pod tytułem „Pamiętniki lekarzy”. W poprzednim roku była bohaterką wystawy czasowej w Sali Rycerskiej Zamku Suskiego zatytułowanej „Zofia Karaś – Suska Siłaczka”.

Reklama

I chłopcy się źle chowają i dziewczęta też źle. Gdzie jakie dziecko się urodzi, ciągle choruje. Jedno zwraca, drugie ma czyszczenie, trzecie nie chodzi i nie siedzi w swoim czasie.

 

— pisała Suszanka.

 

W „Wiejskich dzieciach” można odnaleźć wspomnienia również z sąsiednich regionów, a ich bliskość geograficzna pozwala sugerować, że dziecięca codzienność była podobna na suskiej prowincji. Jedno ze zdjęć pokazuje przed chatą małych mieszkańców wsi Sól na Żywiecczyźnie. Najmłodsze dziecko znajduje się w prowizorycznej kołysce zrobionej z płachty. Fotografia datowana jest na 1928 rok.

Ze spisanej historii chłopca spod Wadowic dowiadujemy się za to, że jego ulubioną rozrywką podczas pilnowania bydła, za które był odpowiedzialny, odkąd skończył pięć lat, było robienie prostych wersji instrumentów - fujarek i skrzypiec. Z tej samej okolicy przytoczony został obyczaj, według którego matka z noworodkiem nie mogła opuszczać domu przez ponad miesiąc. Izolacja, poza ochroną często wycieńczonych porodem matki i dziecka, miała uniemożliwiać porwanie malucha przez postacie z wiejskiego bestiariusza. Wiara w obecność demonów była powszechna na wsi w pierwszych latach międzywojennej Polski.

Reklama

Reportaż, który odkrywa zapomniane oblicze polskiej wsi przełomu XIX i XX wieku.
Aneta Godynia zabiera czytelników w podróż do świata, gdzie dzieciństwo nie było czasem beztroski, lecz ciężkiej pracy i walki o przetrwanie. Książka ukazuje codzienność wiejskich dzieci - ich obowiązki, zabawy, edukację oraz relacje z dorosłymi.
To poruszająca opowieść o przodkach, którzy kształtowali nasze korzenie. Autorka przywraca głos tym, których życie było pełne trudów, ale też nadziei i marzeń. Dla miłośników historii i reportażu - lektura obowiązkowa!

— oficjalny opis „Wiejskich dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali

Reklama

 

Dziwił się, że ojciec pozwalał mu na tak ciężką pracę

U Władka rozpoczął się nowy okres w życiu: dojrzewanie i podjęcie poważnej pracy fizycznej, przekraczającej naturalne możliwości dziecka. To bardzo mocny moment — pokazuje nie tylko ciężar obowiązków, ale i refleksyjność Władka, który z perspektywy czasu dostrzega, że podjęcie pracy zbyt wcześnie mogło mu zaszkodzić. W miarę jak Władek dorastał, jego obowiązki w gospodarstwie stawały się coraz trudniejsze. Ojciec wrócił z wojny osłabiony, a reszta rodzeństwa była jeszcze mała, dlatego Władek musiał przejąć znaczną część pracy fizycznej. Brał więc udział w młócce, koszeniu, nosił ciężkie worki. Rodzina miała niewielki kawałek ziemi, ale ojciec wynajmował dodatkowy areał pod uprawę, by mieli z czego się wyżywić. Władek wspomina, że w ich okolicy obowiązywał zwyczaj zbierania wykopanych ziemniaków do worków, które następnie ładowano na wóz. Praca była tak ciężka, że słabsi fizycznie często ją odchorowywali. On sam, jak na swój wiek, był rosły i silny, co wzbudzało podziw otoczenia — ale to zajęcie odbiło się negatywnie na jego zdrowiu i z perspektywy czasu Władek dziwił się, że ojciec pozwalał mu na tak ciężką pracę.

Reklama

Dla wielu wiejskich dzieci moment przejścia z dzieciństwa do młodości oznaczał jedno: wejście w tryb pełnoetatowej pracy fizycznej. Koszenie, młócenie, orka, zbieranie ziemniaków, dźwiganie worków — wszystko to stawało się ich codziennością. Często była to praca ponad siły, a jej konsekwencji zdrowotnych i psychicznych wówczas nie dostrzegano. Przyjrzyjmy się, jak wyglądała „dorosła” praca dzieci w różnych wsiach, jak szybko przechodziły one od roli pomocników do bycia pełnoprawnymi pracownikami — i jakie emocje, utrwalone we wspomnieniach, towarzyszyły temu przejściu. Zacznijmy od samego początku, nie sposób bowiem mówić o dzieciach żyjących na dawnej wsi bez wspomnienia o matce. Od ich pierwszych chwil jej ręce wyznaczały granice dziecięcego świata. To ona je nosiła, karmiła i uczyła, a kiedy wychodziła w pole czy nad rzekę, dzieci szły za nią — pasły gęsi, zbierały chrust, pilnowały młodszego rodzeństwa. Zasięg jej obowiązków określał, ile miała dla nich czasu i cierpliwości; zamożna gospodyni mogła oddelegować część prac służbie, uboga komornica nie miała takiej możliwości. Jej miejsce w wiejskiej hierarchii, a co za tym idzie — w jej własnym domu, decydowało o tym, czy będzie miała czas dla swojego potomstwa. Dlatego by zrozumieć różne opowieści o dzieciństwie, trzeba najpierw pojąć codzienny rytm życia matek i ciężar, jaki spoczywał na ich barkach; bez tego dziecięca pamięć traci kontekst, a historia — ludzki wymiar.

Reklama

Chociaż społeczeństwo tamtych czasów wyznaczało sztywne ramy ról płciowych, w praktyce codzienność wymagała od kobiet i mężczyzn ścisłej współpracy, a wzajemne wsparcie stawało się kluczowe, zwłaszcza w obliczu trudności ekonomicznych czy nieprzewidzianych zdarzeń. W wielu chłopskich rodzinach mężczyzna postrzegał swoją żonę jako towarzyszkę, która mogła wspierać go zarówno radą, jak i siłą fizyczną. Przysłowie ludowe „gospodyni trzyma trzy węgły, a gospodarz dopiero czwarty” (występujące też w innych wersjach, na przykład: „dobra gospodyni trzy węgły domu podtrzymuje”) podkreśla, jak ważną rolę w rodzinie chłopskiej i w gospodarstwie odgrywała kobieta. Dowodzi, że nie jest to jedynie współczesna interpretacja roli włościańskiej kobiety i że ówcześni ludzie byli świadomi istoty pełnionej przez nią funkcji. Równocześnie niesie informację o zakresie pracy, jaką kobieta wiejska wykonywała. Gospodyni „trzymała trzy węgły”, co oznacza, że to ona dźwigała na swoich barkach większość codziennych obowiązków, które były fundamentem funkcjonowania gospodarstwa. To na niej spoczywała odpowiedzialność za dom, kuchnię, opiekę nad dziećmi, dbanie o inwentarz i za wiele innych zajęć, bez których gospodarstwo nie mogłoby prawidłowo funkcjonować. Gospodarz „trzyma dopiero czwarty”, co sugeruje, że choć jego praca — głównie w polu czy przy większych przedsięwzięciach — jest istotna, to nie dorównuje ciężarowi i różnorodności obowiązków wykonywanych przez kobietę. Przysłowia są odzwierciedleniem ludowej mądrości i zbiorowego doświadczenia, które przekazuje się z pokolenia na pokolenie. W prosty sposób wyrażają uniwersalne prawdy, praktyczne wskazówki lub obserwacje. Przytoczony przykład oddaje sposób myślenia wiejskiej społeczności — nie tylko pokazuje, co było dla niej ważne i jakie wartości w niej ceniono, ale też dowodzi powagi roli, jaką odgrywała kobieta w chłopskiej rodzinie, a do której doszła pracą ponad własne siły.

Na najpopularniejszym portalu książkowym w Polsce, Lubimy Czytać, średnia ocen „Wiejskich dzieci. Kiedy nasi przodkowie byli mali” wśród użytkowników wynosi obecnie 7.2. Recenzenci napisali, że to „lektura, która nie tyle opowiada historię, co przywraca pamięć o świecie, który znam z rodzinnych wspomnień” [KarolinaLubas], a podczas lektury „najbardziej uderza to, jak szybko dzieci przestawały być dziećmi. I jak normalne to było.” [Zapomniana].

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło: Zdjęcie okładkowe: Narodowe Archiwum Cyfrowe / Współpraca i zdjęcie książki: Wydawnictwo Sploty Aktualizacja: 18/05/2026 17:39
Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Najnowsze wiadomości