528,9 km i 21 130 metrów przewyższenia - tyle wskazał GPS Szymona Gospodarczyka, gdy zakończył swoją 19-dniową wędrówkę Głównym Szlakiem Beskidzkim. - Zawsze gdzieś z tylu głowy miałem to marzenie, tylko brakowało czasu. Pamiętajcie, że warto spełniać marzenia - mówi Szymon Gospodarczyk.
Pandemia koronawirusa sprawiła, że rajdowy samochodowy mistrz Polski Szymon Gospodarczyk na chwilę porzucił rolę pilota Miko Marczyka i ruszył w podróż najdłuższym w Polsce szlakiem, Głównym Szlakiem Beskidzkim. - Decyzja, że idę zapadła na 4 dni przed wyjazdem. Na szczęście kilka tygodni przed wyjściem na szlak zacząłem biegać 10-12 km dziennie co świetnie przygotowało moje nogi na tak długą wędrówkę. Czułem się trochę jak na Dakarze, bo moim zadaniem codziennie było przejść z punktu A do punktu B, coś zjeść, zrobić pranie i się zregenerować. Niczym innym nie musiałem sobie zaprzątać głowy - przyznaje Gospodarczyk, który w swoich mediach społecznościowych szczegółowo opisywał każdy z etapów dodając przy okazji bardzo interesujące ciekawostki historyczne związane z danym miejscem.
Najwięcej nerwów kosztowały go pierwsze cztery dni, ale bynajmniej nie z powodu trudności pokonywanych etapów. - Obawiałem się spotkania z niedźwiedziem. Przez to w nocy ciężko było mi zasnąć, szczególnie, że ślady „misia” widziałem dość często. Kiedy wyszedłem z Komańczy byłem już wyluzowany - dodaje.
- Cieszy mnie fakt, że ani razu nie miałem takich myśli: po co mi to było, nie dam rady, wszystko mnie boli. Codziennie rano kiedy wstawałem czułem euforię, że za chwilę znowu będę na szlaku. Codziennie planowałem kolejny etap, nigdy nie myślałem o kilku etapach do przodu, nawet nie sprawdzałem prognozy pogody na 2 dni do przodu. Na 19 dni w górach tylko jeden był całkowicie deszczowy kiedy szedłem z Krościenka nad Dunajcem na Turbacz - mówi Gospodarczyk.
Z kolei najbardziej swoiskim, domowym etapem był ten z Turbacza do rodzinnego miasta Szymona Gospodarczyka, czyli do Jordanowa. Przypadł on nomen omen na dzień 1 czerwca, czyli dzień dziecka. Wtedy to dołączyli do niego Miko Marczyk oraz brat Kuba. - Ruszyłem z Turbacza po 7. Spodziewałem się pięknych widoków, niestety był niski pułap chmur. Po chwili usłyszałem, że zbliżam się do ludzi z przeciwka. To był Kuba z Miko. Wstali po 5 wyszli po mnie przynosząc przy okazji pyszne jedzenie z domu - opisuje Szymon Gospodarczyk. Etap ten miał się początkowo zakończyć w Jordanowie, lecz ostatecznie trójka podróżników udała się 4 kilometry dalej do Bystrej Podhalańskiej.
Następnego dnia Szymon spotkał na trasie Romka Ficka, który przygotowuje się do pobicia rekordu GSB. Ficek planuje go przebiec poniżej 100 godzin. - Spotkaliśmy się, kiedy schodziłem z Babiej Góry do schroniska na Markowych Szczawinach. Romek ma na to ułożony plan w głowie i myślę, że jest to całkiem realne. Widać, że wie co robi i nie rzuca słów na wiatr. Już nie mogę się doczekać, żeby śledzić jego poczynania w trakcie pokonywania. GSB. Jedyny minus jaki widzę w jego planie to brak czasu na podziwianie widoków. W miejscach widokowych spędzałem bardzo dużo czasu, jadłem, leżałem i podziwiałem piękno gór. Trzymam za niego mocno kciuki i wiem, że osiągnie cel - mówi Szymon Gospodarczyk.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze