Sprawa Tomasza Sz. wraca w kontekście Lex Szarlatan. Dokumenty wskazują na pominięte wątki

Promocja
14/06/2026 07:32

Sprawa Tomasza Sz., prawomocnie skazanego w związku z działalnością naturopatyczną, ponownie może stać się punktem odniesienia w debacie o tzw. Lex Szarlatan. Projekt nowych przepisów ma chronić pacjentów przed pseudomedycyną, medyczną dezinformacją i działalnością osób podszywających się pod specjalistów medycznych. Sprawa Tomasza Sz. pokazuje jednak, jak ważne jest, aby w tego typu postępowaniach analizować pełną chronologię zdarzeń, a nie wyłącznie ich najbardziej medialne fragmenty.

W przestrzeni publicznej Tomasz Sz. był przedstawiany głównie przez określenia: „znachor” i „oszust”. Taki język szybko buduje obraz sprawy, ale nie zawsze pozwala zobaczyć jej złożoność.

Prawomocny wyrok zamyka określony etap postępowania sądowego, ale nie zamyka pytania o sposób, w jaki sprawa została przedstawiona opinii publicznej. W przestrzeni medialnej często to nie akta, dokumentacja medyczna czy zeznania budują pierwsze wrażenie, lecz tytuły, skróty i emocjonalne określenia. Dlatego właśnie sprawy dotyczące zdrowia, cierpienia i odpowiedzialności wymagają szczególnej ostrożności. Społeczeństwo ma prawo znać wyrok, ale ma też prawo znać kontekst, który pozwala zrozumieć, czy publiczny obraz człowieka nie został zredukowany do jednego słowa.

W takich sprawach szczególnie ważne jest oddzielenie dwóch porządków: odpowiedzialności prawnej i odpowiedzialności za publiczną narrację. Prawomocny wyrok jest faktem, ale sposób, w jaki człowiek zostaje pokazany opinii publicznej, jest osobnym zagadnieniem. Media mają prawo informować o wyrokach i zarzutach, ale mają też obowiązek zachowania proporcji. Jeżeli w przekazie dominują wyłącznie najmocniejsze określenia, a nie pojawia się pełna chronologia choroby, dokumentacja medyczna i kontekst rodzinny, odbiorca może otrzymać obraz prostszy niż sama sprawa.

Z apelacji Tomasza Sz. wynika, że jest dyplomowanym mistrzem naturopatii i przez kilkanaście lat prowadził legalną działalność gospodarczą w obszarze medycyny komplementarnej. Nie przedstawiał się jako lekarz, nie diagnozował chorób i nie twierdził, że wykonuje świadczenia medyczne. Wskazywał również, że generator plazmy posiadał dokumentację potwierdzającą certyfikaty i dopuszczenia unijne, a jego udostępnianie odbywało się na podstawie umów najmu. W umowach podkreślano dobrowolność korzystania, odpowiedzialność najemcy za sposób używania urządzenia oraz brak gwarancji uzyskania jakichkolwiek efektów.

Istotne jest również to, że sama obecność urządzenia lub korzystanie z metody komplementarnej nie powinny automatycznie zastępować pytania o konkretne zachowania. Kluczowe pozostaje to, czy ktokolwiek obiecywał wyleczenie, czy przedstawiał się jako lekarz, czy nakłaniał do rezygnacji z leczenia medycznego oraz czy osoba chora miała świadomość, na jakich zasadach korzysta ze wsparcia. Bez takiego rozróżnienia każda działalność dodatkowa wobec osoby chorej może zostać wrzucona do jednego worka z oszustwem, nawet jeśli dokumenty pokazują bardziej złożony obraz.

Jednym z kluczowych wątków jest stan zdrowia Urszuli K. w chwili, gdy zgłosiła się do Tomasza Sz. Z materiałów sprawy wynika, że miała już diagnozę onkologiczną postawioną przez lekarzy. Nie przyszła więc po rozpoznanie choroby. Według dokumentów i relacji przywołanych w aktach była skrajnie osłabiona, wyniszczona, miała problemy z przyjmowaniem pokarmów, wymiotowała, cierpiała na zaparcia oraz stosowała plastry morfinowe w związku z dolegliwościami bólowymi.

W dokumentacji medycznej pojawia się również poziom hemoglobiny 4,6 g/dl, wskazujący na skrajnie ciężką niedokrwistość i stan wymagający pilnej opieki medycznej. Ten fakt ma znaczenie dla oceny całej chronologii. Jeżeli pacjentka znajdowała się już wcześniej w stanie głębokiego wyniszczenia, to narracja sugerująca, że dramat zdrowotny rozpoczął się dopiero od kontaktu z Tomaszem Sz., wymaga poważnego uzupełnienia.

W takich sprawach kluczowe znaczenie ma chronologia. Inaczej ocenia się sytuację osoby, która została oderwana od leczenia i wprowadzona w błąd, a inaczej sytuację osoby, która miała już diagnozę lekarską, pozostawała w kontakcie z systemem medycznym i szukała dodatkowego wsparcia w stanie skrajnego osłabienia. To rozróżnienie nie jest próbą pomniejszania powagi sprawy. Jest warunkiem rzetelnej oceny. Bez niego łatwo stworzyć prostą opowieść, w której pomija się wcześniejszy przebieg choroby, stan organizmu, decyzje samej pacjentki oraz wpływ jej najbliższego otoczenia.

Z materiałów przedstawionych w sprawie wynika również, że po okresie korzystania ze wsparcia część parametrów krwi Urszuli K. miała ulec poprawie, a sama pacjentka miała odzyskać więcej sił i funkcjonować bardziej samodzielnie niż w chwili pierwszego kontaktu. Strona Tomasza Sz. wskazuje także, że w momencie zwrotu urządzenia miał on osobiście zawieźć Urszulę K. do szpitala na badania.

Odrębnej analizy wymaga sprawa Karoliny G. Jej sytuacja różniła się zasadniczo od sprawy Urszuli K. i nie powinna być przedstawiana w jednym uproszczonym schemacie.

Z materiałów sprawy wynika, że Karolina G. również miała diagnozę medyczną i pozostawała pod opieką lekarzy oraz rodziny. Jedna z osób z jej najbliższego otoczenia miała być pielęgniarką, podawać jej zastrzyki oraz pobierać krew do badań. Oznacza to, że Karolina G. nie była osobą pozbawioną kontaktu z medycyną ani odciętą od opieki rodzinnej.

Z opisu sprawy Karoliny G. wynika, że zgłosiła się ona przede wszystkim w celu wypożyczenia generatora plazmy, deklarując znajomość urządzenia i samodzielny sposób korzystania. Miała posiadać program wgrywający częstotliwości i używać urządzenia według własnego uznania. Wynajem odbył się na podstawie umowy najmu, z zapisami o dobrowolności, odpowiedzialności najemcy i braku gwarancji efektów.

Po około dwóch miesiącach Karolina G. zwróciła urządzenie. Z późniejszych kontaktów miało wynikać, że była zadowolona z korzystania z urządzenia, polecała ten sposób wsparcia rodzinie, przesyłała wyniki badań mające wskazywać na poprawę i po pewnym czasie ponownie zwróciła się z prośbą o wynajęcie generatora.

W tym okresie miała złamać nogę, przyjmować zastrzyki, a po zasłabnięciu trafić do szpitala. Z materiałów sprawy wynika, że rodzina poinformowała lekarzy o korzystaniu przez nią z generatora plazmy, co doprowadziło do zawiadomienia prokuratury.

Ten wątek ma znaczenie także z innego powodu. Pokazuje, że sprawy, które na poziomie medialnym mogą wyglądać podobnie, w dokumentach mogą mieć zupełnie inną dynamikę. Jedna osoba mogła szukać wsparcia w stanie skrajnego wyniszczenia, inna wypożyczyć urządzenie, deklarując znajomość jego działania i korzystając z niego samodzielnie. Połączenie takich historii w jedną narrację może być wygodne medialnie, ale nie zawsze pomaga w rzetelnym zrozumieniu faktów. Właśnie dlatego każda z tych spraw powinna być analizowana osobno: z uwzględnieniem diagnozy, dokumentacji, umów, kontaktu z lekarzami i rzeczywistego celu kontaktu z Tomaszem Sz.

Postępowanie dotyczące Karoliny G. prowadzone przez Prokuraturę w Krakowie zostało umorzone. Obrona wskazuje, że organ nie dopatrzył się w działaniu Tomasza Sz. czynu zabronionego. Ten fakt ma znaczenie dla oceny późniejszej narracji, w której sprawa Karoliny G. została połączona ze sprawą Urszuli K., mimo odmiennej chronologii, innego kontekstu i innego charakteru kontaktu z Tomaszem Sz.

W materiałach sprawy pojawiają się także wątki dotyczące sytuacji rodzinnej Urszuli K. Z zeznań jej brata wynika, że pacjentka miała mówić o napięciu, lęku i presji w relacji z mężem, Władysławem K. W zeznaniach pojawia się również informacja, że według relacji samej Urszuli K. to mąż miał zabraniać jej leczenia onkologicznego i wywierać wpływ na jej decyzje zdrowotne.

Ten kontekst nie służy przenoszeniu odpowiedzialności na inne osoby. Pokazuje jednak, że decyzje osoby ciężko chorej rzadko zapadają w próżni. Wpływ mogą mieć lekarze, rodzina, strach, nadzieja, ból, wyczerpanie, relacje domowe i wcześniejsze doświadczenia z systemem leczenia. Dlatego w sprawach dotyczących choroby nowotworowej szczególnie łatwo o uproszczenia. Tym bardziej potrzebne jest pokazanie, kto realnie był przy pacjentce, kto ją wspierał, kto miał na nią wpływ i jakie decyzje podejmowała sama.

Sprawozdanie prywatnej agencji detektywistycznej opisuje ponadto okoliczności pochówku Urszuli K. Według raportu rodzina miała nie zostać bezpośrednio powiadomiona o jej śmierci, a mąż pacjentki miał złożyć dyspozycję, aby miejsce pochówku pozostało tajemnicą. Na nagrobku miał znaleźć się jedynie napis „Urszula 2023”, bez nazwiska i dat.

Te okoliczności nie przesądzają o odpowiedzialności karnej Tomasza Sz. Pokazują jednak, że sprawa była bardziej złożona niż obraz oparty wyłącznie na kilku medialnych hasłach.

Sprawa Tomasza Sz. nie musi być opowiadana jako prosta opowieść o winie albo niewinności. Może być również potraktowana jako pytanie o standard debaty publicznej: czy w Polsce potrafimy mówić o trudnych sprawach bez natychmiastowego zamykania człowieka w etykiecie. Zwłaszcza wtedy, gdy temat dotyczy choroby, śmierci i społecznego lęku przed pseudomedycyną. Im większe emocje, tym większa powinna być ostrożność w formułowaniu ocen.

Sprawa Tomasza Sz. pokazuje też szerszy problem: gdzie kończy się ochrona pacjenta, a gdzie zaczyna się publiczne piętnowanie człowieka. Ochrona osób chorych przed oszustwem i fałszywymi obietnicami jest potrzebna. Jednocześnie państwo prawa powinno zachować precyzję również wtedy, gdy temat budzi silne emocje. Dorosły pacjent z diagnozą medyczną, dokumentacją i kontaktem z lekarzami podejmuje własne decyzje dotyczące form wsparcia, z których korzysta. Jeżeli te decyzje mają być oceniane, trzeba badać nie tylko sam fakt korzystania z metody komplementarnej, ale również to, czy doszło do wprowadzenia w błąd, obietnicy wyleczenia, nacisku lub realnego odcięcia od leczenia.

W debacie o Lex Szarlatan warto pamiętać, że ochrona pacjentów jest konieczna. Nie powinna jednak zwalniać z obowiązku rzetelności, proporcji i analizy pełnego kontekstu każdej sprawy.

W tej sprawie szczególnie ważne jest, aby nie mylić rzetelnej krytyki z medialnym skrótem. Społeczeństwo ma prawo wiedzieć, że zapadł prawomocny wyrok, ale ma też prawo poznać okoliczności, które nie zmieściły się w pierwszych nagłówkach. Dopiero wtedy można mówić o świadomej ocenie, a nie o reakcji na etykietę.

Prawomocny wyrok nie powinien oznaczać końca pytań o rzetelność medialnej narracji, zwłaszcza wtedy, gdy od tej narracji zależy dobre imię człowieka i sposób, w jaki społeczeństwo zapamięta całą sprawę.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Źródło i opracowanie własne Aktualizacja: 15/06/2026 07:34

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Najnowsze wiadomości