39 dni, 11 godzin - tyle czasu zajęło Romkowi Fickowi pokonanie Łuku Karpat (2300 km, ponad 100 km przewyższenia). Pochodzący ze Skawicy Ficek jest pierwszym człowiekiem na świecie, który przebiegł Karpaty zaliczając po drodze najwyższy ich szczyt w danym kraju. Rok temu Ficek zaliczył 55 dwutysięczników w Tatrach, a teraz dokonał rzeczy, o której od dawna marzył.
Maciej Krzyśków/Sucha24.pl: - To, czego dokonałeś to idealny temat na film czy książkę, więc zaczniemy od słynnego cytatu z polskiego filmu: "udało się jak cholera, a nawet jeszcze lepiej".
Roman Ficek: (śmiech) Z perspektywy czasu widzę, że można było jeszcze uciąć 3-4 dni. Dobrze się jednak mówi, kiedy się siedzi wygodnie w domu (śmiech). Wiem jednak, że inaczej jest w trasie, gdzie każdy możliwy moment przeznacza się na odpoczynek.
Trasa była podzielona mniej więcej równo, jeżeli chodzi o kilometraż?
- Czasami wydawało mi się, że za wcześnie wystartowałem, czasami, że za późno. Bywały wieczory, gdy chciałem jeszcze dołożyć z 20 km, jak np, gdy przylatywałem do busa o godzinie 18, a tyle mi brakowało, aby skończyć odcinek. Teraz wiem jednak, jak to było naprawdę. 60 kilometrów można było pokonać w 8-9 godzin, ale ostatnie 5 km zajmowało czasami i 2-3 godziny. Wszystko było zależne i od terenu, gdzie czasami trzeba było poświęcić sporo czasu na poszukiwanie szlaków, jak również od urazów, które mnie spowalniały. Sądziłem czasami, że mnie szlag trafi.
Trudno chyba każdemu, kto miał z tobą styczność, wyobrazić sobie, że możesz być na coś wkurzony. Wiecznie uśmiechnięty chodzisz i biegasz.
-(śmiech) Miałem swój cel, który chciałem osiągnąć. Były jednak momenty, gdy pojawiało się zmęczenie i nie chciało mi się z busa wychodzić. Tam było ciepło, fajne towarzystwo, rozmowy, jedzonko, kawa. Kiedy jednak wyszedłem na zewnątrz, przebiegłem pół godziny, godzinę to łapałem rytm. Kierowała też mną ciekawość, bo biegłem po górach w krajach, których nie znałem. Mogłem kogoś innego spotkać. To nie to samo, co u nas, gdy po raz kolejny trenujesz na tej samej trasie.
Trasy nie widziałeś wcześniej, nie znałeś jej, lecz wiedziałeś generalnie na co się piszesz?
- Rumunii nie znałem kompletnie. Ukrainy w zasadzie też oprócz tego, co można przeczytać, znaleźć w internecie. Dopóki czegoś nie zobaczysz na żywo, nie przeżyjesz, to nie wiesz, jak tam jest. Mogłem się czegoś spodziewać np. braku szlaków, trudnego terenu, niedźwiedzi...
Do niedźwiedzi dojdziemy.
-(śmiech) ... ale dobrze wszystko wspominam. Dałem radę i wiem, że za jednym zamachem można przebiec Łuk Karpat. Zupełnie inaczej biegło się jednak w Polsce i na Słowacji. W naszym kraju niektóre tereny znałem, brałem udział w zawodach, rok temu pokonałem tatrzańskie dwutysięczniki. Na Słowacji szlaki również są bardzo dobrze oznaczone, są schroniska - to całkiem inne bieganie niż np w Rumunii. W Polsce i na Słowacji czułem się pewnie i bezpiecznie. W Rumunii potrzeba było odbić 15-20 km, żeby zbiec z grani i iść do sklepu. Tam nie było takich schronisk, jakie możemy znaleźć w Polsce. Jesteś raczej zdany tylko na siebie. To są wielkie obszary, a góry może nie mega wysokie, ale nie ma tak rozwiniętej sieci dróg jak u nas, gdy co 15 km na szlaku jest schronisko albo miejscowość. Czasem musiałem biec 50-60 km sam ze sobą - nie było sensu zbiegać, to tylko byłby niepotrzebny stres.
Pierwszą osobę, którą spotkałeś w trakcie biegu może zapamiętałeś?
- W Rumunii generalnie mało ludzi spotkałem i trudno było się również dogadać. Inaczej było na Ukrainie, gdzie było bardzo dużo turystów, również z naszego kraju. Były pytania w stylu: gdzie? po co? dlaczego? Wszyscy byli w szoku. Mało kto wierzył, czego chcę dokonać. Sam zresztą sądziłem tak samo jeszcze parę lat temu (śmiech). W Polsce był doping, pojawili się kibice, byłem rozpoznawany i to było fajne uczucie.
Autografy?
- Nie, ale dużo zdjęć tzw selfie to już zrobiłem. Już po zakończeniu biegu pojawiłem się w Krynicy podczas festiwalu biegowego. Odczułem zainteresowanie moją osobą, opowiadałem wszystko co i jak i znowu pojawiło się wiele selfie (śmiech). Miło jest wiedzieć, że ktoś obserwuje twoje dokonania, śledzi. Dziękuję każdemu.
Zapewne padło najgłupsze z możliwych pytań: jak było?
- (śmiech)
Ale nie wiem czy padła najprostsza z możliwych odpowiedzi, że trzeba przebiec, żeby się przekonać.
- Przez całą wyprawę miałem szczęście. Chcę to podkreślić. Anioł stróż czuwał nad całą wyprawą. Pogoda nawet się udała, a my znajdowaliśmy się w miejscach, w których się wcześniej umawialiśmy.
Zawsze?
- (śmiech) Czasami się mijaliśmy, ale to było do przerobienia. Nie było takiej sytuacji, że musiałem spać sam. Wszystko było fajnie dograne, chociaż czasami wylatywałem w miejscach, gdzie się mnie nikt nie spodziewał. Bus, którym jechała siostra ze swoim chłopakiem, też przetrwał - gdzieś tam się olej z niego lał, ale generalnie był na chodzie. Większa krzywda nikomu się nie stała, bo ogniaty, urazy mięśni nie powodowały, że przestawałem biec.
Anioł stróż to czuwał, jak pojawiła się informacja, że nie masz z kim wyjść na Gerlach. A tu proszę
- To był jedyny szczyt, na którego wyjście potrzebowałem wsparcia. Pojawił się apel na facebooku z prośbą o pomoc w jego zdobyciu i nie minęło kilka godzin, a budzę się rano i widzę wiadomość od Arka Ceremugi. Bardzo się ucieszyłem, bo Arek to osoba która nie dość, że jest bardzo doświadczona, jeżeli chodzi o Tatry, to jeszcze zna super przejścia. Jeżeli taka osoba odpowiedziała na apel, to wiedziałem, że będzie dobrze. Arek pochodzi z Rabki, ale wiadomość ode mnie zastała go w Mielcu. Rzucił pracę i przyjechał specjalnie, żeby wejść ze mną na Gerlach! Dla niego to też była nowość i przygoda, żeby w takich warunkach ze mną tam wejść. Ile to kosztowało? Nie było żadnej zapłaty, tylko zwykłe dziękuję i uśmiech. Niewykluczone, że zrobimy coś wspólnego, chociaż on się wspina, a ja biegam.
Tylko na Gerlach wychodziłeś z kimś?
- Tak a powód był taki, że nie prowadzi na niego żaden szlak i tylko osoby z przewodnikiem, wspinacze wysokogórscy zrzeszeni w klubach mogą tam wyjść. Król Karpat i wisienka na torcie mojego biegu miałby zostać nieosiągnięta? Bardzo chciałem go zdobyć.
Niedźwiedzie
- W przeciągu 24 godzin spotkałem ich trzy. To było w Rumunii, w okolicach zakrętu pod wieczór spotkałem małego misia. To była końcówka dnia. Biegnę i naglę słyszę trzask w krzakach. Podleciałem do krawędzi i widzę niedźwiadka. Zapewne gdzieś w pobliżu musiała być jego mama. Nawrót i do busa wsiadam, bo akurat jechał za mną. Miś przeleciał przez drogę i tyle go widzieliśmy. Na następny dzień wybiegam w góry Vrancei, byłem na wysokości ok. 1300 m, biegnę przez przez rzadszy las, w sumie to już pola i słyszę znowu ten charakterystyczny trzask. Wiedziałem, że to był on (śmiech). Wyleciał na dwóch łapach z wielkim rykiem zza choinki, bo zapewne się mnie przestraszył. W sumie to i vice versa. Nie powiem, obleciał mnie niesamowity strach, żeby nie powiedzieć coś dobitniejszego (śmiech). Zrobiłem w tył zwrot i zacząłem biegnąć. Widziałem, że on biegnie równolegle ze mną... Zobaczyłem drzewo, rzuciłem kijki i wspiąłem się na nie. Siedzę na wysokości 3-4 metrów trzęsąc się ze strachu i myślę, co by tu zrobić. Zacząłem krzyczeć, gwizdać, śpiewać. Miałem przy sobie petardy, które miały odstraszać psy pasterskie czy właśnie niedźwiedzie. Zapalam pierwszą - nic, drugą - również nic. Dopiero za trzecim razem się udało. Nie powiem, huk był naprawdę ogromny. Poczekałem jeszcze 15-20 minut, zszedłem z drzewa i kontynuowałem bieg. Trzecie spotkanie z misiem miało miejsce 3-4 godziny po drugim. Zobaczyłem 100 m przed sobą tylko głowę misia, taką naprawdę śmieszną w stylu misia Yogi (śmiech). Popatrzył na mnie i uciekł. Sytuacja ta bardzo mnie rozbawiła, zacząłem się głośno śmiać. Do samego końca jednak czułem respekt przed niedźwiedziami. Kiedy tylko widziałem ich ślady, zaczynałem krzyczeć, gwizdać, śpiewać.
Co się śpiewa, żeby odstraszać niedźwiedzie?
- Polecam coś z repertuaru Myslovitz (śmiech).
Na usta ciśnie się taki tytuł ich przeboju "Długość dźwięku samotności"
-(śmiech) Byłem sam i śpiewanie naprawdę w trudnych chwilach pomagało. Przyznam jednak, że naprawdę fałszuję (śmiech).
Skaczemy trochę z tematów na temat. Skoro zeszliśmy już na tematy, których w planach podczas wyprawy nie było, to może i coś o pierwszej nocy opowiesz, którą... biegłeś.
- 135 kilometrów, 30 godzin biegu - tak to się skończyło. Wystartowałem o 6 rano i o 12-13 następnego dnia byłem dopiero w bazie. Stało się tak, bo planowałem przebiec 100 km. Nie udało się to i zastała mnie noc, gdy byłem na wysokości 2 tysięcy metrów. Góry wyrastały jedna za drugą, duże przewyższenia, do tego panowała mgła. Miałem tylko koszulkę na sobie, a w nocy i w takich okolicznościach natury nie było szans robić więcej niż 2 kilometry na godzinę. Cały czas musiałem też mieć w ręce nawigację. W dole było tylko słychać pasterzy, psy szczekały... Umówiłem się z siostrą w schronisku, które widziałem tylko w w internecie. Siostra zadzwoniła ok. 19, że zmierzają z chłopakiem do schroniska. Tymczasem ja mogłem być tam gdzieś około północy. Zapowiadało się fajnie - towarzystwo, jedzenie, ubranie, odpoczynek (śmiech). W końcu jednak dochodzę do schroniska, patrzę, a to nie to schronisko, które było na zdjęciach. Wyciągam nawigację i wszystko jednak pasuje... Już miałem do niego wejść, ale podjąłem decyzję, że w sumie po co tam mam iść? Uznałem, że trzeba iść dalej w kierunku umówionej bazy, gdzie mieli czekać kamerzyści. Byłem pewny, że siostra z chłopakiem czekają na mnie całą noc gdzieś tam we właściwym schronisku. Dochodzę do bazy i się pytam, gdzie Karolina z chłopakiem, a oni, że jeszcze nie wrócili... Zasięgu tam nie ma - jak się rano z kimś nie ustawisz, gdzie się macie spotkać, to potem o kontakt jest bardzo trudno. Byłem zmasakrowany po 30 godzinach biegu i zjechaliśmy parę kilometrów do miejscowości poniżej czekając, aż złapiemy zasięg. W końcu udało się nam do siebie dodzwonić. Kamień spadł mi z serca gdy powiedzieli, że idą. Co się okazało? Oni spali w tym schronisku, które uznałem, że nie jest tym właściwym (śmiech). Siedziałem pięć metrów obok schronisku, a wystarczyło do środka przez okno popatrzeć. Masakra. Jak w filmie. Po tej sytuacji wiedziałem, że nie mogę na noc zostać w górach i tak też dzieliłem później trasę. Prawda taka, że nie byłem w stanie określić, ile zajmie pokonanie 15-20 kilometrów i czy to będą 3 czy 4 godziny. Zawsze coś mogło się wydarzyć, jakaś niespodziewana przeszkoda.
Żołnierze na granicy z Ukrainą nie przeszkadzali?
- Wszystko było z ich strony jak najbardziej w porządku. Siostra się trochę ich bała - wiadomo mieli karabiny, kolczatki, były druty, jak w więzieniu. Nie miałem jednak problemów, mogłem swobodnie biec.
Które ze szczytów dały Ci najbardziej w kość?
- Karpaty południowe w Rumunii były najtrudniejsze do sforsowania. Bardzo dzikie tereny, które, nie waham się tego słowa użyć, mnie skatowały. Były też najsłabiej oznaczone. Góry na Ukrainie były podobne do Tatr, chociaż nie miały takich stromych ścian i szpiczastych szczytów. Trafiłem też tam na fatalną pogodę - na najwyższym szczycie (ponad 2500 metrów) pruszył śnieg. Pierwsze 500 kilometrów było mocnym wejściem w trasę Łuku Karpat. Odbiło się też na mojej fizyczności, bo przez tydzień dochodziłem do siebie. Wspomniana nieprzespana noc też sprawiła, że organizm musiał się później zregenerować. Im dalej jednak, tym lepiej się biegło. Najmilej za to wspominam Słowację i Polskę. tych krajach szlaki są szerokie, dobrze oznaczone i biją inne kraje karpackie na łeb, na szyję. Lepiej też pamiętam te trasy pod względem psychicznym, bo nie martwiłem się już o niedźwiedzie czy psy pasterskie (śmiech) czy o to, czy jak się nawigację wyciągnie, to nie wiadomo, w którą stronę biec. Nie musiałem się denerwować i zatrzymywać co chwila żeby sprawdzić, czy biegnę w dobrym kierunku.
Biegłeś przez polskie Tatry w momencie, gdy wydarzyła się tragedia pod Giewontem, w wyniku której zginęły 4 osoby, a ponad 100 zostało rannych (22 sierpnia)?
- Później, ale wiedziałem o tym nieszczęśliwym zdarzeniu. W Tatrach byłem trzy dni i były to trzy dni z piorunami i burzami na dodatek. Już o godzinie 10 rano występowały burze. W takim przypadku można tylko minimalizować ryzyko zostania trafionym - jeżeli burza była nade mną i niedaleko miałem szczyt, to na niego nie wbiegałem, nie dotykałem skał gołymi rękoma, trzymałem się z daleka od metalowych drabinek. Kiedy jednak jest się już na grani i trafią się wyładowania atmosferyczne, to niewiele można zrobić. Nie można się bać, a burza też nie będzie trwała wiecznie i za chwilę przejdzie. Nie było sensu biegnąć do schroniska 10 kilometrów, by tam spędzić 10 minut. Czasem się zatrzymałem, czasem przebiegłem gdzieś bokiem... Przetrwałem, ale nie było to fajne, gdy nad głową walą pioruny. Miałem raz taką sytuację, kiedy byłem przemoczony, padał grad, a przede mną szła rodzina w drugą stronę i jak zobaczyłem, jak są ubrani - pani była w spódnicy, do tego szli z nimi małe dzieci ubrane w getry... Nie wiedziałem czy wiedzą co robią, idą bez pojęcia czy też są bardziej odważni ode mnie?!
Bez pojęcia, zdecydowanie bez pojęcia.
- Trzeba na to uważać. Kiedy przebiegałem przez Morskie Oko i burza mi towarzyszyła, to zrobiło się bardzo cicho z powodu braku turystów, nikogo nie spotkałem. Kiedy coś się stanie parę dni wcześniej, to ludzie odczuwają jeszcze respekt. Wyjście w góry zawsze wiąże się z ryzykiem - tak to jest po prostu.
Z każdym upływającym dniem miałeś w głowie - aha, do mety zostało jeszcze tyle kilometrów?
- Całą trasę miałem podzielony na etapy, każdy kraj również. Dla przykładu - odcinek w Rumunii miał 1000 kilometrów, które chciałem pokonać w siedem dni po 130 km na dobę. Dzięki takiemu podziałowi systematycznie ubywało mi drogi. Dopiero na Słowacji zacząłem odliczać kilometry, które mi pozostały do mety. Kiedy byłem w Rumunii czy Ukrainie, to dłuższe zastanawianie się nie miało sensu - trzeba było wstawać i biec ile się da przed siebie.
O wysiłku fizycznym podczas tej trasy jakiemu się poddałeś, mówić raczej nie trzeba, bo jest on oczywisty, ale jak wytrzymałeś ten trud pod względem psychicznym, czy przytrafiały ci się momenty słabości?
- Support był bezcenny zwłaszcza po pierwszych dniach, które mnie "skatowały". Kiedy kończyłem etap, to z uśmiechem na ustach. Mogłem coś zjeść, porozmawiać, nie musiałem się o nic martwić. Jeszcze w Polsce nie byłoby problemu, by gdzieś się przespać, ale na Ukrainie czy w Rumunii już byłoby to dla mnie bardzo uciążliwe. Jest to do zrobienia, ale zajęłoby to o wiele więcej czasu. Siostra czasami biegła ze mną rano czy wieczorem - było to dla mnie bardzo ważne. Cieszę się, że chłopak Karoliny załatwił busa na wyjazd. Ktoś czuwał nad tą wyprawą.
Każdy będzie niebawem mógł się poczuć jakby biegł z tobą chociaż przez chwilę przez Łuk Karpat, bo powstaje z tej wyprawy film.
- Chłopaki go montują, mają wiele materiału - cztery terabajty, a film będzie trwał około godziny. To będzie nie tylko stricte film o tym, że biegnę (śmiech), ale też różne sytuacje z poranka, wieczoru, wypowiedzi... Nie będę mówił za wiele, ale na pewno polecam (śmiech).
Pierwsza myśl po tym, jak do Bratysławy dobiegłeś to? Chcę spać czy może... za rok to będę biegł po Afryce?
-(śmiech) Trzy, dwa dni przed finiszem już zdawałem sobie sprawę, że wszystko się niebawem skończy. A propos Słowacja to wcale nie są małe górki, ale takie po 600-700 metrów z przepięknymi widokami, na których czułem się, jakbym był 1500 metrów wyżej. Sądziłem, że będzie płasko, ale trzeba było i tak dołożyć coś od siebie. Nazwa Małe Karpaty idealnie do nich pasuje. Słowacja ma wszystko na tip top zrobione - kto nie był, serdecznie polecam. Jakie to było pytanie (śmiech)?
Spać czy...?
- Przywitała mnie rodzina w Bratysławie, był szampan, oklaski i gratulacje. Potem siedząc już w busie poczułem, że spełniłem swoje marzenie i sądziłem, że nie zastanę pustki, a jednak. Uważałem, że zrobiłem wszystko to, czego chciałem w życiu dokonać. A teraz co mam robić? Poczułem nawet tęsknotę, bo trzeba było skończyć te "wakacje" i wrócić do rzeczywistości. Następne 2-3 dni byłem taki przytłamszony, zagubiony, chociaż spodziewałem się tego już 2-3 dni przed finiszem (śmiech). Bywało ciężko, trudno, momentami niekomfortowo, ale przywykłem do tego. Wtopiłem się w tą wyprawę, zgrałem się z ludźmi, którzy tam ze mną byli. Nie zapomnę jej do końca życia.
Spełniłeś marzenie, które skąd się wzięło? Teraz można dodać nawet więcej - co innego jest mieć marzenie, a co innego je spełnić.
- Tak. Marzenie, pasja związane z górami, sportem pojawiły się w tym samym momencie. Szukałem czegoś, czym mógłbym się zainteresować. Kiedyś idąc tym tropem trafiłem na wyczyn Łukasza Supergana, który zdobył Łuk Karpat idąc pieszo. Też chciałem to osiągnąć, zacząłem wtedy uprawiać trekking. W pewnym momencie chciałem zdobyć Łuk zimą, ale już wiem, że byłby to naprawdę szalony pomysł. Rok temu zresztą takie przejście się dokonało, ale nie szczytami, lecz bardziej przez doliny. Na początku zamierzałem przejść trekkingowo Łuk Karpat i zacząłem bardziej zgłębiać temat - wyszukiwałem informacje, jakieś mapy, czy były wcześniejsze próby itp. Zaczynało mi dobrze iść w ultramaratonach, to pojawiła się myśl, by tą trasę przebiec. Przygotowania, szukanie sponsorów i... udało się! Kiedy wystartowałem, to wiedziałem, że muszę biec do końca. Nie miałem takiego dnia, żeby coś mnie złamało.
Abstrahując od gratulacji, których otrzymałeś multum, to w internecie pojawiły się też wpisy, że stałeś się inspiracją dla wielu ludzi.
- Siostra czytała mi komentarze w trakcie wyprawy i było to bardzo motywujące. Zdradzę może coś, co będzie w filmie - w pewnym momencie siostra napisała do rodziny, znajomych o mojej wyprawie z prośbą, żeby oni nagrali takie krótkie filmiki specjalnie dla mnie. Następnie wzięła mnie na łąkę i go odpaliła... A tutaj życzenia od kolegów, rodziny, znajomych z Polski czy zza granicy... Naprawdę bardzo się wzruszyłem. To było wspaniałe uczucie wiedząc, że tyle ludzi mi kibicuje i trzyma kciuki. I wierzą we mnie bardziej niż ja sam.
Gdzie w takim razie poniesie cię za rok, bo nie wierzę, że nie myślisz o tym.
- Coś na pewno myślę, ale może będzie to coś krótszego, ale bardziej ekstremalnego? A może coś dłuższego, ale już na innym kontynencie? Na razie mam pustą głowę, która szuka marzenia.
To wtedy już się uzbiera temat na film, albo książkę.
- Powstanie książka przy współpracy z Łukaszem Grassem, który napisał bestselerową książkę o Jerzym Górskim. Znajdzie się w niej i Łuk Karpat oraz ubiegłoroczne zdobycie dwutysięczników w Tatrach, będzie coś o moim bieganiu, treningach, jak spełnić marzenia, jak dojść do celu, coś o odżywianiu, ile te wyprawy kosztowały pracy. Mam nadzieję, że na kolejną święta w grudniu książka zostanie wydana.
Byłeś w telewizji w "Pytaniu na śniadanie", podczas festiwalu biegów w Krynicy byłeś witany z honorami i zaczepiany zapewne też. Jak się z tą popularnością czujesz, tymi swoimi pięcioma minutami?
- Fajnie (śmiech). Miło jest przyjechać gdzieś, gdzie wszyscy cię poznają, chcą zagadać, porobić zdjęcia. Słyszałem takie słowa, że jestem inspiracją, ale też i szokujący. W tamtym roku, mimo że wygrywałem zawody, takiego zainteresowania nie było. Teraz nie startowałem w wielu zawodach, ale jak wygrywałem, to ta moja radość, otwartość i usposobienie zostały zauważone. Stałem się bardziej rozpoznawalny to na pewno, ale sam nie wiem, co mam takiego w sobie, że to się dzieje. Słyszę, że super opowiadam historie, że robię to z uśmiechem...
Cały czas podczas naszej rozmowy masz uśmiech od ucha do ucha.
- (śmiech) ...i że robię to z radością, sercem i pasją. Skoro tak ludzie twierdzą, to zapewne tak jest. Cieszę się, ze jestem tak postrzegany. Dzięki temu mam motywację, by biegać dalej. Chciałem robić mega wyczyny i idzie to w dobrym kierunku.
"Głównego dania" zatem nie możesz jeszcze zdradzić, bo go nie ma, ale to, co zamierzasz
- Zamierzam startować zarówno w Polsce, jak i za granicą. Zamierzam przebiec w czerwcu 102 kilometrowy Zugspitz Utratrail w Niemczaech i jeszcze prawdopodobnie 170 kilometrowy Ultra Trail Andorra. Oprócz zawodów zamierzam w Polsce pobić rekord rekord GSB, który wynosi 108 godzin.
Widać, że wróciłeś w nasze tereny po akcjach charytatywnych, w których się udzielasz. W niedzielę będziesz w Makowie Podhalańskim podczas Mikołajkowego Turnieju Charytatywnego dla OREW-u w Juszczynie
- Tak i mam zagrać w siatkówkę, z którą od ośmiu lat nie miałem styczności (śmiech)
Z kolei w licytacji dla małego zawojanina Olafa można wygrać trening górski z tobą w dowolnym miejscu w naszym powiecie.
- Zauważyłem w internecie, że jest taka akcja charytatywna i udziela się w niej coraz więcej znajomych. Kiedy siostra jeszcze powiedziała, że chodzi o małego chłopca z Zawoi to stwierdziłem, że też dam coś od siebie. Wielu ludzi pomogło mi w wyprawie Łukiem Karpat i teraz sam chętnie pomogę innym. To dla mnie normalna sprawa.
Roman Ficek jest laureatem naszego plebiscytu na Sportowca Roku 2018 - kto chce, może sobie odświeżyć pamięć klikając TUTAJ :)
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze