W ogrodzie Maryli Twardowskiej-Spangshus można poczuć się jak w raju. Wśród bujnej zieleni, barwnych kwiatów, śpiewu kwiatów, plusku wody spływającej maleńkimi strumykami nietrudno zapomnieć o problemach życia codziennego. A roztaczające się stamtąd wspaniałe widoki jeszcze potęgują uczucie błogości.
Odkąd Maryla Twardowska-Spangshus zamieszkała w nizinnej Danii, marzyła o własnym domku w polskich górach. Jego zakup stał się realny w 1996 roku, więc ona i jej mąż Christian rozpoczęli poszukiwania odpowiedniej posesji, między innymi poprzez ogłoszenia w prasie. Oferta, którą otrzymali z Makowa Podhalańskiego wydawała im się interesująca, ale niewiele brakowało, by nigdy jej dokładnie nie sprawdzili. Dom znajdował się bowiem na zboczu Makowskiej Góry, na którą prowadziła wówczas wyboista, brukowana kocimi łbami droga.
– Mąż protestował przeciwko jeździe po tych głazach, bo obawiał się o zawieszenie samochodu. Gdy wreszcie dotarliśmy na miejsce, Christian nawet nie wysiadł z auta. Był przerażony widokiem starego, zaniedbanego gospodarstwa. Ale ja weszłam do środka, a wtedy zobaczyłam przepiękny widok na Beskidy i sarenki pasące się przed oknami. Choć dzień był brzydki i szary, byłam zachwycona – opowiada Maryla Twardowska-Spangshus. W euforii, która ją wówczas ogarnęła, nie brała pod uwagę zakupu żadnej innej nieruchomości. Nie zniechęcało jej nawet to, że drewniany dom od dobrych kilku lat popadał w ruinę i nie nadawał się do zamieszkania. Oczami wyobraźni już widziała go po remoncie, odrestaurowany i nieco ulepszony. Musiała jeszcze tylko przekonać męża, co nie było łatwe, ale w końcu się udało...
Z początku nie myślała o tym, by w jakiś szczególny sposób zagospodarować dużą działkę na zboczu Makowskiej Góry. Uznała, iż wystarczy obsiać ją trawą i regularnie kosić. Ale jej mama uparła się, że musi tam powstać ogród. – Nie pomogły tłumaczenia, że nie mam możliwości go pielęgnować, bo przecież mieszkam w Danii i tylko od czasu do czasu tu przyjeżdżam. Sama zaczęła go urządzać, a ja jej tylko dowoziłam cebulki i sadzonki – wspomina Maryla.
Teraz, gdy już nie pracuje zawodowo i ma czas, by dbać o rośliny, uczyniła z zapoczątkowanego przez jej mamę ogrodu prawdziwe dzieło sztuki. Kwiaty kwitną w nim od wczesnej wiosny do późnej jesieni, pomiędzy kępami roślinności kryją się budki lęgowe dla ptaków i pluskają strumyczki, które zasilają oczka wodne deszczówką. Wijące się wśród zieleni alejki prowadzą do czterech altanek, z których każda nosi imię jednej z najczęściej je odwiedzających osób: Maryli, Christiana, Kazimierza i Zofii. O wyjątkowym charakterze ogrodu decyduje również jego położenie na stromym zboczu i roztaczający się z niego bajeczny widok.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze