W połowie grudnia opublikowano artykuł w którym przybliżyłem jedną z opowieści na temat „Topielców”. Jak się okazuje takich zapomnianych legend jest znacznie więcej. Możemy je odszukać w dawnych przewodnikach oraz rozprawach naukowych, które powstały pod koniec XIX wieku. Wspomniane publikacje były owocem licznych wypraw etnografów w najdalsze zakątki ziem polskich będącymi wówczas pod zaborami. Dzięki ich zapałowi i wysiłkom obecnie można dotrzeć do interesujących tekstów w których odnajdziemy m.in. zapomniane wierzenia i przekazy ludowe z regionu Babiej Góry.
W jednym z numerów „LUD-u” – kwartalnika etnograficznego – dosyć szczegółowo opisano kilka opowieści z okolic Suchej Beskidzkiej. Bardzo ciekawe wydają się być wierzenia związane ze światem zmarłych mocno zakorzenione w mitologii prasłowiańskiej. W odnalezionych legendach widoczny jest także istotny wpływ zwierząt i sił natury na życie naszych przodków. Często stanowiły one także symbolikę nadchodzących zdarzeń (dobrych lub złych).
STRZYGONIE
Bańdura Józef, kościelny:
Był chłop na Strysawie, co miał dwa duchy. Jak ten chłop pomarł, tak jeden duch był w grobie, a drugi chodził po świecie. Baba jego nie miała nikogo do gospodarki, tak ten chłop przychodziuł w nocy o dwunasty godzinie i młócił w stodole. A ten nieboszcyk gróbarz stary Piontek wiedział o tem, że ten chłop z cmentarza w Suchej ucieka do Strysawy: raz przyszeg się na niego i czekał aż ten duch będzie wracał. Czekał na niego na dzwonnicy, jak jes wielki odpus, to ksiądz mówi z nie kazanie. Jak gróbarz tego strzygonia z daleka uwidział, że idzie, leciał prendko na dzwonnice, aby uderzyć we wielki dzwon poświęcony. Strzygoń to czuł i jeszcze prędzy leciał, że jak gróbarz wyskocył na dzwonnice, był już przy nim i chciał go chycić, ale gróbarz prędko uderzył w dzwon i strzygoń rozlał się w kupę smoły, ta smoła jest do dzisiadnia pode dzwonem. A teraz krzci się małe dziecko na dwa imiona, aby po śmierci nie było strzygoniem.
Józef Gierat opowiada:
Raz bawiły się dzieci na cmentarzu koło kościoła i rzucały kamieniami do drzwi grobowca i wołały: „Wyjdź śmiercico!”. Naraz otwarły się drzwi i wyleciało z nich coś szarego i uciekło do drogi, którą przejeżdża ksiądz z Panem Jezusem. Dzieci rozproszyły się, uciekły za kościół i stamtąd patrzyły. To szare to był strzygoń, ale mu nie było dali lecić tylko do te drogi; a właśnie jechał ksiądz z Panem Jezusem, tak ten strzygoń wróciuł się do grobowca, a drzwi za nim same się zawarły i były zamknięte.
**Strzyga / strzygoń – żeński / męski demon, Strzygi były obdarzone dwiema duszami, dwoma sercami, a także – podwójnym szeregiem zębów. Jedynie jedna z dusz tego demona żywiła skłonność do agresji i wampiryzmu, dzięki czemu mógł przez bardzo długi czas funkcjonować normalnie we wspólnocie ludzkiej. Punktem przełomowym była śmierć pierwszej z dusz, kiedy to ta druga przejmowała całkowicie kontrolę nad ciałem. Druga dusza, ukrywająca się przez lata w cieniu pierwszej, cechowała się nienasyceniem, które mogło przejawiać się w nieskrępowanej agresji wobec żywych (slawoslaw.pl)
SOWA – ŚMIERĆ
W drewnianych domach jest przy oknie deska, aby woda, ściekająca ze szyb, spływała po desce na ziemie, a nie na ściany. Ta deska nazywa się „odlewa”. Było to na Nowym Świeci, przysiołku Suchej. Jak miała w jednej chałupie matka umrzeć, siadał sowa na odlewie i kukała, a na trzeci dzień matka umarła.
Jan Humpola, Sucha 1904
ŚWIECNIKI
W późną jesień i na wiosnę, a najwięcej w Adwencie chodzi taki duch, co tylko pokazuje rękę z palcami rozłożonymi; każdy palec mu się świeci, a każdy inną barwą światła. Ten duch chodzi po polach i łąkach i jak człowiek idzie, to placem świeconcym miga na niego i woła: „Pódź i pódź”. Potem prowadzi go po bagnach, kępach, potokach, a jak się ma ku rana, zaklaśnie w ręce, zaśmieje się i ucieknie. Ten duch nazywa się świecnik.
Romek Kulig nakupił na Orawie wołów, a nie wolno ich było stamtąd sprowadzać i wiód je z chłopem leśnymi drogami. Wieczorem weśli do Suskich lasów i pokazały się za nim świeczniki. Romek z chłopem myśleli, że ich ziandarmy goniom i majom latarki. Zrazu uciekli, a świeczniki za nimi. Nie mogli se dać rady, bo co się oglondonom, to latarki za nimi, tak uwionzali woły u gaji w lesie, a sami wyleźli na gaje i czekali tam aż do rana. Jak się ozwidniało, patrzom a tu żadnych światełek nie ma. Tak dopiero poznali, że to nie byli ziandarmy, ale że ich świeczniki tak wyrygtowały. Woły spendzili na gościniec i prześli do Suchej. („gaja” – drzewo, pisownia tekstów oryginalna)
Stefan Janiczak, Sucha 1900
BIBLIOGRAFIA:
Lud. Kwartalnik Etnograficzny. Organ Towarzystwa Ludoznawczego;
slawoslaw.pl
KB
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze