7 sierpnia 2018 roku - to data szczególna dla GOPR-owca, strażaka z Suchej Beskidzkiej Mateusza Świerkosza. Tego dnia stanął na szczycie Piku Komunizma lub jak kto woli Piku Ismaila Samaniego (7495 m. n. p. m.). Specjalnie dla naszego portalu o wyprawie Beskid Pamir Exedition, ale i o zamiłowaniu do gór, drodze, jaką przebył, żeby stanąć na szczycie najwyższej góry dawnego ZSRR opowiada właśnie Mateusz Świerkosz.
Maciej Krzyśków/Sucha24.pl: Kiedy polubiłeś góry?
Mateusz Świerkosz: - Na długo zanim wstąpiłem do GOPR. Miałem 9 lat, kiedy mój sąsiad, Wojtek Wybraniec, zabrał mnie zimą na Babią Górę. Pamiętam, że było mi tak bardzo zimno i strasznie wiało. Musiał mnie trzymać za rękę, żeby mnie wiatr nie przewrócił, nie porwał. W późniejszych latach nieco okoliczności kolejnych naszych wypraw się zmieniły - telefon od Wojtka z zapytaniem co robię popołudniu, odpowiadam, że nic. Pada propozycja, że idziemy na Rysy. Z Suchej Beskidzkiej wyjechaliśmy ok. 15, po zejściu z Rysów w okolicach Morskiego Oka zameldowaliśmy się o 23. Zawsze się z tego śmieję, że to Wojtek zaszczepił we mnie miłość do gór, lecz kiedy zacząłem rozwijać swoją pasję, jeździć w coraz wyższe partie gór, to i z mojej strony zaczęły padać propozycje dla niego. Jedna z nich dotyczyła wyjazdu w Alpy. Można powiedzieć, że uczeń przerósł mistrza (śmiech).
Gdzie w tym wszystkim GOPR, bo nie każda osoba, które chodzi po górach, wstępuje do tej organizacji?
- Ratownicy zawsze wyróżniali się w górach czy na stokach narciarskich. Zacząłem się bardziej interesować tym zagadnieniem. Pojechałem na egzamin, który każdego roku w styczniu jest w Szczyrku i zdałem na kandydata na GOPR-owca. Ratownikiem nie można od razu zostać - okres kandydacki trwa minimum dwa lata. W tym czasie jeździłem na różne szkolenia, przyglądałem się i zaczęło mi się to co raz bardziej podobać. Następnie zacząłem myśleć nad ratownictwem medycznym. Poszedłem na studia w tym kierunku. Po pewnym czasie pojawiła się w głowie myśl, że może czas by znaleźć stałą pracę związaną z ratownictwem. Wybór padł na straż pożarną.
Strach pomyśleć co będzie, gdy zapragniesz być prezydentem
- (śmiech) Taką ścieżkę sobie obrałem i wszystko poukładałem. Dostałem się do straży, chociaż nie było to łatwe. Potrzebne są uprawnienia itd.
Nie zemdlałeś na testach sprawnościowych?
- Nie, ale musiałem się postarać, żeby je przejść. Są one wyśrubowane. Głównie kandydaci odpadają na sprintach. Nie ma co ukrywać, że chodzenie po górach to nie jest sprint, bo działają inne włókna, inne mięśnie. Zacząłem chodzić do szkółki lekkoatletycznej Rafała Kukli, który prowadzi zajęcia na stadionie w Suchej Beskidzkiej. Przychodzę na zajęcia, a tam takie małe "bąki" już są w przodzie, a ja gdzieś z tyłu się gramolę (śmiech). Systematycznie poprawiałem swój czas i w końcu na którymś z kolei naborze, bo ciągle na nie jeździłem po całej Małopolsce, zakwalifikowałem się. I teraz jestem w straży pożarnej w Krakowie. Wiadomo zatem skąd się wzięły góry, ratownictwo - cały czas się w tym temacie obracam.
To teraz danie główne, czyli Beskid Pamir Expedition?
- Koordynatorem i założycielem tego projektu jest Piotr Krzyżowski z GOPR sekcja Żywiec. Rok temu był po raz pierwszy na Piku Korżeniewskiej. Jego partner wycofał się z projektu i ja wraz z kolegami dołączyliśmy do niego. Już wcześniej miałem z tyłu głowy, żeby się zmierzyć z Pikiem Lenina. Chciałem prywatnie się na niego wybrać, ale nie wiedziałem, jak to zorganizować, od czego zacząć. Zadzwoniłem do Piotrka, żeby się dowiedzieć, jakie formalności trzeba załatwić, by tam trafić. On mówi, że w 2018 roku też się tam wybiera kontynuować projekt i zaproponował połączenie naszych sił.
Piku Lenina jednak ostatecznie nie zdobyłeś.
- Nie udało się, bo porwało mi rękawicę łapawicę. Miało to miejsce na początku wyprawy, na wysokości 6100 m. Owszem, miałem drugą rękawiczkę, ale ona była za cienka, a na takich wysokościach nie da się kombinować, że schowam sobie rękę do rękawa albo będę ją trzymał w kieszeni. Głupota, ale eliminująca z dalszej wspinaczki.
Na Komunizma już takich przygód nie było.
- Wziąłem od kolegi, który wracał do Polski, łapawicę i było ok (śmiech).
Rysy i Pik Komunizma, różnica 5000 metrów. Jest sens to w ogóle porównywać?
- Wytłumaczyć komuś, jak tam jest, kto na takiej wysokości nie był, jest bardzo trudno. Ciężko sobie wyobrazić, że jest tak duża zmiana. Patrząc na topografię, urwiska, żleby to jest podobnie, ale wszystko jest w śniegu. Jeżeli chodzi o samopoczucie, to w Tatrach praktycznie nie można odczuć choroby wysokościowej. Zaczyna się ona od 2500-3000 m i wtedy najsłabsze osoby mogą ją odczuć. Wygląda to tak, że kiedy przebiegniemy 1000 metrów na normalnym terenie, to tam w wysokich górach tak się czujemy po 15 krokach. Base camp zaczyna się na 4300 m, co już można porównać do wysokich szczytów alpejskich. Dolatuje się tam helikopterem. Jeszcze bez aklimatyzacji ląduje się na takiej wysokości, gdzie głowa jest zmącona - pobolewa, może się w niej zakręcić. Do tego gorzej się oddycha i przede wszystkim człowiek się szybciej męczy. Nie trzeba iść do góry, dzieje się tak przy prostych czynnościach jak rozbicie namiotu. Im wyżej, to wszystkie objawy narastają.
Wyjście na szczyt to wszystko wynagradza czy niekoniecznie?
- Za czterdzieści procent sukcesu uważam wyjście i zdobycie szczytu. Zawsze powtarzam, że nie ma się co cieszyć, gdy jest się na szczycie. Najcięższa robota dopiero przed nami. Porównać to można do drabiny, na którą też łatwiej jest wyjść niż zejść. Mamy mocno zmniejszone ilości siły, a tutaj jeszcze trzeba się koncentrować na tym, żeby zejść. Sukces jest wtedy, jak się jest pod ścianą i w bezpiecznym miejscu. Pik Komunizma i jego niebezpieczeństwa niezależne od nas, są w okolicy base campu. Trawersuje się kawałek ściany, gdzie często spadają lawiny, seraki (bryły lodowe). Trzeba to przejść bardzo wcześnie rano, gdy jest to zamarznięte. Nie ma na to reguły, bo noc przed wyjściem co prawda byliśmy w namiotach, ale słyszeliśmy, jak co chwilę coś się urywa, spada lawina, więc z tyłu głowy powstawały dylematy, czy iść jutro czy nie. Kiedy mieliśmy iść w kierunku szczytu, cali spakowani, najedzeni i gotowi, zobaczyliśmy wielką lawinę, do tego spadające seraki, które przechodziły przez to trudne miejsce. Stwierdziliśmy, że jednak dziś nie pójdziemy. Zawróciliśmy do namiotu i na drugi dzień wyszliśmy. Kiedy przylecieliśmy do base camp, kilka dni temu był duży opad, załamanie pogody i wszystkie zespoły czekały, aż to wszystko z góry spadnie, zleci i na zboczach będzie bardziej czysto.
Nie jak na Giewonie w lecie, ale i na Pik Komunizma organizowane są komercyjne wyprawy i w drodze na szczyt pojawiają się korki?
- Tak. W tym dniu, w którym atakowaliśmy szczyt, robiło to około piętnaście osób. Atak szczytowy zaczyna się z obozu czwartego tj. 7000 metrów. Na tej wysokości nie da się szybko przyśpieszać, zwalniać, zrywać więc bardzo trudno jest kogoś wyprzedzić. Jeżeli ktoś stanie, a każdy to robi, i wydłuża o kilka sekund wyjście, to wszyscy w pewnym momencie się "zbijają" i czekają. Nikt się nie wyrywa, by kogoś wyprzedzać, bo to wiąże się z tym, że ktoś zrobi dziesięć kroków do przodu i za chwilę uda będą zakwaszone. Można się niepotrzebnie "zagotować". Każdy cierpliwie czeka na każdego i powolutku, powolutku wszystko idzie do przodu.
Kolejne plany?
- Będąc tam, walcząc z górą pojawiają się myśli po co to robię", po co się męczę aż tak? Mogłem być na plaży, na mniej wymagających wakacjach. Po zejściu do bazy, uzupełnieniu płynów, jedzenia, odpoczynku to znowu tworzą się nowe plany w myślach, gdzie by tu teraz wyjść (śmiech).
Czy takie doświadczenie jest o wiele bardziej dla ciebie wartościowe dla GOPR-owca niż 10-krotne wyjście na Rysy?
- To zupełnie inne rzeczy. Tego nie da się porównać. Na Rysy wchodzimy, schodzimy i jesteśmy w cywilizacji. Tam przez dwa tygodnie jesteśmy w szczerych górach, gdzie nie ma żadnego ratownictwa, zdani tylko na siebie. Nie przyleci po nas helikopter. Inaczej organizm funkcjonuje i tak naprawdę się wyniszcza. Na 7000 metrów można zasnąć, ale organizm nie odpoczywa, nie regeneruje się tak jak powinien. Tętno jest ponad sto, gdy się leży. Inny jest obraz wspinaczki - widać osoby, które chorują, którym coś dolega, mają obrzęk płuc, wymiotują, plują krwią, są zmąceni, przewracają się, chodzą jak pijani. W Tatrach czy w Alpach tego nie zaobserwujesz, w Karakorum jest bardziej dramatycznie. Cały czas jesteśmy w warunkach zimowych. Idziemy spać - jest mróz, wstajemy - tak samo. Inny sprzęt jest potrzebny. Sądziłem, że w butach na wyprawy himalajskie nie ma szans, żeby było zimno. Doświadczenie pokazało, że jednak może być (śmiech). Trzeba mocno pracować palcami u stóp, żeby nie odmarzły. To samo dotyczy rękawiczek. Tam jest walka z organizmem i górą, w Tatrach tylko z górą. Plecak kilkudziesięcio kilogramowy, a taki trzeba ze sobą mieć, jednak dociska.
Andrzeja Bargiela znasz?
- Osobiście nie, ale wiem do czego zmierzasz (śmiech).
Andrzej zdobył Śnieżną Panterę, czyli oprócz Piku Komunizma (7495 m) także Pik Korżeniewskiej (7105 m), Pik Lenina (7134 m), Pik Pobiedy (7439 m) oraz Chan Tengri (7010 m). Zjechał z nich na nartach.
- Jest to wyczyn i należy się szacunek dla Andrzeja. Trzeba mieć końskie zdrowie i wydolność. On to zrobił w 26 dni, pełen podziw.
Zjechałbyś z Piku Komunizmu na nartach?
- (chwila ciszy) Myślę, że bym zjechał. Z Piku Lenina zjeżdżaliśmy z wysokości 5500 metrów . Nie umniejszam oczywiście Andrzejowi, bo to, co zrobił na K2 czy Broad Peaku - to jest masakra.
ZOBACZ TAKŻE: Bargiel dla Sucha24.pl: Na szczycie liczy się tu i teraz
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze