Statystyczny miłośnik kina, obudzony nawet w środku nocy i poproszony o wymienienie kilku najważniejszych tytułów filmowych, wymieniłby wśród nich „2001: Odyseję kosmiczną” oraz „Mulholland Drive”. W maju oba klasyki znalazły się w repertuarze Centrum Kultury i Filmu im. Billy'ego Wildera.
Kultowe dzieło filmowe Stanleya Kubricka w momencie premiery niewiele dzieliło od katastrofy finansowej. 57 lat temu gatunek science-fiction nadal kojarzył się z mało poważnymi historiami z aktorami w gumowych kostiumach Obcych. Widzowie opuszczali sale kinowe w trakcie pierwszych pokazów, a krytycy na łamach prasy przewidywali, że film szybko zostanie zapomniany. Legendy mówią, że amerykańska wytwórnia, Metro-Goldwyn-Mayer, słysząc od obsługi sal kinowych, że seanse cieszą się jednak popularnością wśrod młodej generacji “Dzieci Kwiatów”, zaryzyzykowała z nową kampanią marketingową. Pokazy „Odysei kosmicznej” zaczęto reklamować jako doświadczenie, które należy poczuć na sobie, zamiast pozostać biernym widzem na pozostałych filmach.
Film „przeszedł do historii jako obraz w którym przy użyciu nowatorskich efektów specjalnych, autorzy podjęli próbę opisania historii naszej cywilizacji oraz przedstawienia prawdopodobnego scenariusza jej końca. 3 lata produkcji, w tym pół roku przygotowań, 5 miesięcy zdjęć, 1,5 roku pracy nad efektami specjalnymi, 10,5 mln dolarów budżetu filmu. Te liczby obrazują skalę przedsięwzięcia, jak na ówczesne czasy – megaprodukcji. 205 scen z efektami wizualnymi, których końcowy budżet zamknął się sumą 6,5 mln dolarów, doceniła Akademia Filmowa nagradzając film Oskarem za efekty specjalne.
Stowarzyszenie Efektów Specjalnych (UES) umieściło obraz na 3. miejscu w rankingu 50 filmów, których efekty specjalne miały największy wpływ na rozwój historii kina. W filmie realizowanym prawie 50 lat temu dwaj bohaterowie używają płaskich, dotykowych ekranów, bliźniaczo podobnych do dzisiejszych... tabletów. Prowadzą również międzyplanetarne rozmowy, które w dobie komunikatorów internetowych nie są niczym nadzwyczajnym, ale w latach 60-tych trzeba było je wymyślić, do czego Kubrick zaprosił wyspecjalizowaną firmę, która miała zaprojektować urządzenia z przyszłości. Reżyser całkowicie zawierzył film obrazowi. Pierwsze słowa docierają do widza dopiero w 25 minucie, a głosy bohaterów słyszymy zaledwie przez 40 minut trwającego ponad 2 godziny filmu” - pisała Legalna Kultura z okazji 46. urodzin „2001. Odysei kosmicznej”.
Powrót legendarnego „Mulholland Drive” na polskie ekrany po 24 latach w odrestaurowanej wersji 4K odbył się w smutnych okolicznościach. W styczniu odszedł jeden z najbardziej bezkompromisowych artystów w historii kina, David Lynch. Amerykański reżyser znany był z niepodsuwania widzom żadnych tropów interpretacyjnych. Twórca m.in. „Miasteczka Twin Peaks” czy „Blue Velvet” nic sobie nie robił z tego, czy widownia na sali kinowej nadążała za historią młodej kobiety, która traci pamięć po wypadku samochodowym na Mulholland Drive w onirycznym Los Angeles. Michał Oleszczyk, uznany krytyk, pisał, że „to jedno z największych dzieł kultury XXI wieku. Filmowy sen, o którym można rozmawiać bez końca”.
Słynny tytuł mógł nigdy nie opuścić etapu montażu. “Historia powstania jest zapewne wszystkim znana, ale powtórzmy ją w skrócie dla niedoinformowanych - stacja filmowa ABC, pamiętając gigantyczny sukces sprzed dziesięciu lat (pierwsza seria "Twin Peaks"), zamówiła u Lyncha serial sensacyjno-kryminalny. Lynch zrealizował dwugodzinnego pilota tego serialu i rezultaty wpędziły menedżerów stacji w popłoch. ABC wycofało się z projektu. Lynch próbował przez kilka miesięcy sprzedać materiał i pomysł na serial innym stacjom, ale nie znalazł chętnych. Zrezygnowany zabrał się do realizacji "Prostej historii". W międzyczasie francuski Canal Plus zaproponował reżyserowi przerobienie pilota na pełnometrażowy film, gwarantując finansowanie i dystrybucję. Lynch nie wiedział jak materiał przerobić, ale, jak dziś twierdzi, po początkowych napadach paniki, nagle koncepcja przerobienia dwugodzinnego wstępu do telewizyjnego serialu na dwu-i-półgodzinny film kinowy przyszła mu do głowy w całości - w ciągu pół godziny reżyser wymyślił wszystko, co było mu potrzebne do zakończenia realizacji projektu” – pisał Michał Chaciński w 2002 roku dla Esensji.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze