Nie ma dla niej kwiatów ładniejszych czy brzydszych od innych. Wszystkie są na swój sposób piękne, wszystkie napełniają jej serce radością. Bez nich jej życie byłoby szare, pozbawione głębszego sensu i monotonne. Gdy czuje się zmęczona lub przygnębiona, wychodzi do ogrodu. Wraca odmieniona – promienna i wypoczęta.
Wiele ogrodów powstaje tylko dlatego, że trzeba jakoś zagospodarować działkę wokół domu, uczynić jego otoczenie miłym dla oka. Ale nie ten, który latami tworzyła Małgorzata Mołek z Kojszówki. Swój ogród założyła z potrzeby serca, powoli pokonując opór rodziców, dla których każdy skrawek ziemi miał znaczenie praktyczne – służył uprawie warzyw albo jako wybieg dla zwierząt gospodarskich. – Gdy byłam mała, z zazdrością patrzyłam na kwiaty przed domami innych ludzi, bo u nas nie było nawet jednej rabatki. W końcu uprosiłam tatę, żeby pozwolił mi posadzić trochę roślin ozdobnych. Zrobił mi malutki ogródek przy furtce, a ja obsadziłam go kwiatami przyniesionymi od sąsiadów. Miałam wtedy około dziesięciu lat – wspomina kojszowianka.
Już wtedy jej największym marzeniem był duży ogród, wypełniony roślinami nie tylko kwitnącymi, ale i wiecznie zielonymi, by nawet w zimie mógł cieszyć oczy. Stopniowo udawało jej się przekonać rodziców do swoich wizji i z czasem skromny kwietnik zaczął się rozrastać. Mimo rozlicznych obowiązków w domu i gospodarstwie rolnym, a z upływem lat również tych związanych z opieką nad dziećmi, w wolnych chwilach Małgorzata Mołek wolała pielęgnować krzewy i rabatki niż wypoczywać przed telewizorem. Nawet w czasach, gdy większość czasu musiała poświęcać niepełnosprawnemu synowi, nie zaniedbała ogrodu. Praca w nim pozwalała jej choć na chwilę zapomnieć o troskach i psychicznie wypocząć. A wyjazdy z chłopcem na rehabilitację do Krakowa okazały się świetną okazją, by po drodze wstępować do dużego centrum ogrodniczego i kupować sadzonki roślin jeszcze wówczas niedostępnych w okolicach Makowa Podhalańskiego i Suchej Beskidzkiej.
Teraz, gdy jej trzej synowie są już dorośli i samodzielni, Małgorzata Mołek może sobie pozwolić na to, by całe godziny spędzać w ogrodzie, który niemal z roku na rok staje się coraz większy. Nie zajmuje już tylko terenu przed frontem rodzinnego domu, ale także spory obszar za nim. – Sama obmyślam, jak każda część ogrodu ma wyglądać, gdzie dodać nowe rośliny, jaki kształt nadać drzewkom. W urzeczywistnieniu tego wszystkiego pomaga mi mąż, którego trochę zaraziłam swoją pasją. Wybudował kapliczkę, kamienny grill i inne elementy małej architektury. Czasem też kupuje i sadzi rośliny, które mu się podobają – opowiada Małgorzata Mołek.
Kojszowianka lubi zwiedzać inne ogrody, ale podkreśla, że stara się nie czerpać z nich inspiracji. W swoim chce wcielać w życie wyłącznie własne wizje. Niekiedy dość oryginalne, jak na przykład wykorzystanie muszli klozetowej w charakterze... donicy dla aksamitek.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze