Można byłoby pomyśleć, że posiadanie domu podpiętego do gminnej sieci wodociągowej daje gwarancję cieszenia się dobrej jakości wodą. W części Zawoi nie jest to takie oczywiste. Zdarza się, że z kranu leci woda, której kolor bardziej przypomina kawę z mlekiem.
Kilka dni temu otrzymaliśmy od naszego czytelnika zdjęcie, na którym uwiecznił trzy słoiki. W oznaczonym numerem 1 znajduje się woda, jaką około miesiąca temu pobrał z gminnej sieci wodociągowej. W słoiku nr 2 jest woda sprzed kilku dni, a w nr 3 woda ze starej studni, która nie była nawet filtrowana. - Kiedy miesiąc temu zadzwoniłem do PGKiB z pytaniem czy to może jakaś awaria, czy w ogóle widzą, że coś się stało, to usłyszałem, że „była zrywka drzewa". Gdybym jutro zadzwonił, to pewnie bym usłyszał, że wczoraj padał deszcz – irytuje się zawojanin. Uważa, że jest możliwość, żeby zmienić filtry lub w jakiś inny sposób rozwiązać problem mętnej wody. - Przecież nie mieszkamy w Afryce – stwierdza z ironią.
Oburzenie czytelnika jest tym większe, że czy z kranu płynie dobrej jakości woda, czy też gdy jest ona rdzawa i mętna, to płacić na nią trzeba. - Nawet nikt nie przeprasza, że użytkownikom brudzą się pralki, zmywarki, albo że dziś gotowałem obiad znowu na mętnej wodzie. Według mnie Komunalka wykorzystuje fakt, że jest monopolistą na tym terenie – mówi zawojanin.
Krzysztof Warmuz, prezes Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej i Budownictwa w Zawoi przyznaje, że w przypadku wody, która trafia do sieci z ujęcia w Zawoi Czatoży występują problemy. – Wiosną, latem i zimą większych kłopotów nie mamy. Problemy pojawiają się jesienią. Połowę wody pozyskujemy ze studni głębinowej, a połowę z ujęcia powierzchniowego. To drugie narażone jest na zamulenie, gdy w pobliżu potoku prowadzona jest zrywka – mówi Krzysztof Warmuz. Podkreśla, że im domy znajdują się bliżej ujęcia, tym szybciej dociera do nich mętna woda. Zapewnia jednak, że jest ona chlorowana i uzdatniana, a co najważniejsze picie jej nie stwarza zagrożenia dla zdrowia i życia.
Prezes PGKiB informuje, że gdy spółka jest informowana o zrywce, to zamyka dopływ do ujęcia powierzchniowego. Tyle tylko, że prowadzący je na zlecenia Nadleśnictwa lub Babiogórskiego Parku Narodowego rzadko dają o nich znać i tym samym nie sposób przeciwdziałać ubocznym skutkom. – Mamy zbiornik i możemy zgromadzić wodę, która powinna wystarczyć na mniej więcej dobę. Musimy jednak zawczasu wiedzieć kiedy zamknąć dopływ do ujęcia. Założenie nowoczesnych filtrów to wydatek kilku milionów złotych. Taka inwestycja spowodowałaby, że woda kosztowałaby drugie tyle, co teraz – wyjaśnia Krzysztof Warmuz.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze