Reklama


JAK TO BABIA GÓRA POWSTAŁA - LEGENDA

23/07/2021 16:37

W zawojskich lasach niegdyś żyła banda zbójników pod przewodnictwem harnasia Józefa. Bardzo lubili ich rzecz jasna ludzie biedni. Bogaci pomstowali na nich od rana do wieczora. Ci pierwsi mogli na zbójników liczyć niemal każdego dnia. Otrzymywali od nich przede wszystkim ubrania, pieniądze oraz przedmioty gospodarstwa domowego. Wszystko to rabowali tym drugim czyli bogatym. Uważali bowiem, że bogaty powinien dzielić się z biednym.

Pięknie było wtedy w Zawoi. Góry, gęste lasy, pagórki, doliny, bystre strumyki cieszyły  wzrok u każdego człowieka. Krajobraz upiększały też pola uprawne rozciągające się wzdłuż całej wioski, na których rosło prężnie żyto, owies, pszenica. Urokliwe były również  dorodne zagony ziemniaków, buraków, kapusty, grochu, marchwi i pietruszki. Tu i ówdzie w polu rosły smukłe słoneczniki. Na pastwiskach pasły się krowy, barany oraz kozy.                       

W gospodarstwach piały koguty, gdakały kury znoszące jaja, kwiczały świniaki zwłaszcza nad ranem, w południe i wieczorem czyli wtedy, kiedy była dla nich pora na jedzenie.  W ogrodowych sadach lub polach spacerowały przepiękne konie używane najczęściej    w gospodarstwie.

Reklama

W jednej z chałup drewnianych pokrytych papą, a częściowo słomą mieszkała Jagna wraz ze swoją rodziną. Matka Maryśka na nic nigdy nie miała czasu, bo ciągle coś robiła przy maluchach  Jaśku i Kaśce, krzątała się po domu, a to gotowała, a to w oborze odbywała świniaki, doiła krowy. Ojciec Jakub też spędzał całe dnie na robocie. Jeździł    z bratem Olkiem i jeszcze z dwoma robotnikami do lasu, skąd przywozili wcześniej ścięte drzewa do domu, aby potem w warsztacie wykonywać z nich różne rzeczy: stoły, stoliki, maśniczki do wyrabiania masła, przetaki do przesiewania zboża, przyrządy do wykonywania sera tzw. serniki, a także te całkiem małe oprzyrządowania kuchni takie jak: rogalki   do rozbijania mąki na kulasę, tłuczki do ugniatania ugotowanych ziemniaków, drewniane łyżki, tzw. cyrpowki do nabierania zupy z garnka.

Jagna liczyła 18 wiosen. Oczywiście jak mogła pomagała matce Maryśce w domu. Jednak od wiosny do późnej jesieni jej głównym zajęciem było pasienie krów na zawojskiej Wielkiej Polanie. Każdego dnia z nią przebywały tam też inne dziewczyny z wioski razem z krowami. Gdy zwierzęta wyjadły już trawę z jednej polany przenosiły się na następną, potem kolejną, praktycznie aż do pierwszych oznak zimy. Dziewczętom przy wypasie bydła było zawsze wesoło. Przy rozpalonym wcześniej ognisku śpiewały, tańczyły, przytaczały różne historie, wzięte prosto z życia. Jedną z nich opowiedziała Jagna swoim koleżankom mówiąc:  „Kiedyś moja babcia Franciszka wspominała mi dawnego życia czar. Wspólne biesiady, długie rozmowy wśród towarzystwa najdroższych osób, powozy srebrno lśniące, konie z wielkim grzywami, wiozące rodzinę na nabożeństwo do świątyni Matki Bożej Makowskiej Opiekunki i Królowej Rodzin, mieszczącej się w pobliskim Makowie, potem wspólny obiad w ogrodzie  i zabawę przy dźwiękach harmonii. W jedno letnie popołudnie przyszedł do babci zabawnie ubrany Jan. Kwiaciasta koszula, spodnie do kolan, szarawe buty z dużymi obcasami, mały pąsowy, zgrabny krawacik. Schludny, czysty, dobrze wychowany, uroczy, miły. Później przychodził do babci coraz częściej i zawsze przynosił jej bukiet czerwonych róż. Ukłonem wręczał jej kwiaty, rumieńcem szczęścia wtedy tryskał, cały w płomieniach lśnił. Moja babcia Franciszka – kontynuowała opowieść Jagna – patrzyła na Jana ze łzami radości. To raj, istny raj przebywać było z nim. Zabierał ją często na przystań, a stamtąd łódką płynęli po rzece Skawie na małą, bezludną wysepkę. Tylko oni we dwoje, wśród buszu nienaruszonej podbabiogórskiej przyrody. Babcia Franciszka – moje drogie przyjaciółki – zachwycała oczy, duszę, serce, całe ciało bujnością trawy, wspaniałej, żywej. Rzeka szumiała, fruwały motyle, mewy. Całował ją tam Jan. Jakież to wielkie, namiętne uczucie. Liczył się tylko szept: kocham… kocham… kocham Cię bardzo moja Franiu wyznawany przez Jana, który jeszcze powtarzał szum rzeki kocham… kocham… kocham cię… . Babcia myślała, że śni, iż jest na innej planecie, ale to działo się naprawdę. Często płynęli na tę wysepkę. To był ich prawdziwy raj, daleki od ludzkiego zgiełku, od zwykłych codziennych kłopotów. Znikały żale, troski. Byli wolni jak ptaki, nie mieli przed sobą żadnych tajemnic, odkrywali siebie przed sobą. Właśnie tam Jan zaproponował mojej babci małżeństwo. Zgodziła się bez chwili wahania, bacząc na wspaniałe, złote, przepełnione miłością, nieskalane serce swego ukochanego. Ślub odbył się w makowskiej świątyni. Kwitło ich szczęście, przybierała fala miłości. Wspólnie pracowali na roli przy sianokosach, żniwach, zbieraniu ziemniaków     i warzyw. Cudownym darem Bożym był Pawełek ich śliczny synek. Najpierw mizerny, drobniutki, lubił bujać się na drewnianym, kolorowym koniku z wielką grzywą, kupionym na suskim jarmarku. Razem z nim malec odwiedzał  jakiś bajkowy świat. Potem jako barczysty mężczyzna był pracowity, zaradny, wesoły. Przygrywał skocznie na fujarce i harmonii.

Reklama

 Wspólnie z rodzicami pracował w polu i w warsztacie stolarskim. Ale cóż przyszła śmierć, okrutna, zła, bez serca i zabrała miłość, radość, otumaniła szczęście, nie pozwoliła im razem żyć. Umarł najpierw Jan, niedługo za nim odszedł też Paweł. O losie niesprawiedliwy, dlaczego tak wcześnie odeszli. Chyba z tej zgryzoty za nimi – jak wiecie moje kochane – umarła też niedawno moja babcia”. Naraz wszystkie dziewczyny rozpłakały się i pomyślały czemu życie bywa tak bardzo okrutne. Dlaczego miłość nie może trwać wiecznie?

      Pewnego razu, gdy tak pasły krowy, zobaczyły jak zbliża się do nich jakaś zgraja ludzi. Przeraziły się bardzo, gdyż praktycznie nie było gdzie uciekać. Jakże też zostawić krowy stanowiące wielki majątek rodziców i ich samych, a poza tym dokoła polany były lasy pełne dzikich zwierząt.

Reklama

- Jestem Józef przywódca naszej bandy.

- Nie bójcie się – powiedział donośnym, ale za to miłym głosem zbójnik. Miał na sobie pięknie haftowany kaftan i spodnie z góralskimi motywami. Jego stopy zdobiły kierpce, a głowę wysoka barania czapka zbójnicka ze złotymi blaszkami. Pozostali chłopcy byli podobnie ubrani, ale Józef odróżniał się od swych współbraci. Był taki przystojny, najwyższy z wszystkich słowem piękny młodzieniec. Od razu przypadł do gustu Jagnie, a że ona   w grupie dziewczyn była najbardziej obrotna, pierwsza zagadała do niego:

Reklama

- Co tutaj robicie? Dokąd zmierzacie?

- Idziemy do wioski, aby rozdać biednym pieniądze zrabowane wcześniej od bogatych   w okolicy – rzekł spokojnie Józef.

- A to bardzo miło – odparła ze wzruszeniem Jagna. Była tak bardzo zachwycona Józefem, że nie mogła od niego oderwać oczu. Uśmiechała się do harnasia, patrzyła zalotnie w jego stronę, pokazując swe wdzięki. Józef był także wpatrzony w dziewczynę.

- Czyżby to była miłość od pierwszego wejrzenia? – pytał sam siebie w myślach harnaś.

            Zbójnicy na chwilę usiedli przy ognisku, aby odpocząć przed dalszą drogą. Każdy    z nich upatrzonej dziewczynie podarował korale i chustkę. Dziewczyny zaś poczęstowały ich ziemniakami upieczonymi w ogniu i posmarowanymi masłem. Podały też zbójnikom kompot z jabłek i malin. Każda z nich się przymilała i robiła to wszystko z elegancją.

Reklama

- No moi drodzy musimy iść dalej. Dziękujemy za mile spędzony czas – powiedział Józef.

- Sądzę, iż wkrótce się zobaczymy – dodał. Piękną twarz harnasia wypełnił uśmiech od ucha do ucha.

- Czekamy na was i serdecznie zapraszamy – oznajmiła Jagna. Inne dziewczyny przytaknęły jej lekkim skłonieniem swoich głów. Po odejściu zbójników dziewczynom zrobiło się jakoś smutno. Prawie zapomniały o wydojeniu krów do dzbanków. Kiedy już czynność tą wykonały słońce powoli zachodziło. Niebo pokryło się jaskrawymi czerwono – różowymi obłokami.

Reklama

- Ale cudowny widok – mówiły chórem dziewczyny, prawie klęcząc z zachwytu.

- Najpiękniej jest w naszych podbabiogórskich wioskach – mówiły zgadzając się ze sobą.

Aby zdążyć przed zmrokiem pędem pognały krowy w stronę ich gospodarstw. Jagna tej nocy nie mogła zasnąć. Jasność księżyca romantycznie wdzierała się do izby, w której leżała na dębowym łóżku otulona białym, świeżym posłaniem. Ciągle myślała o Józefie.

- Jakiż to piękny i dobry chłopak. Prawdziwy skarb na męża – marzyła. Żałowała, że go   od razu nie pocałowała. Wstydziła się dziewczyn. Bała się, iż powiedzą o niej tak samo jak o jej babce Franciszce, że jest zbyt łatwą, ponieważ już w wieku 18 lat wyszła za mąż. Ludzie we wsi mówili, że to za wcześnie, a ona była przecież bardzo szczęśliwa. Sądziła, że opowieść przy ognisku przekonała koleżanki, iż ludzie z wioski nie mieli racji. Wciąż deliberowała o tym, co się jeszcze może zdarzyć. Liczyła na kolejne spotkania z Józefem, choć obawiała się o życie zbójników, wiedząc, iż czyhają na nich liczne niebezpieczeństwa ze strony wojowników księcia. Zmęczona licznymi rozważaniami dopiero nad ranem zasnęła.

Reklama

            Kolejny dzień obudził Jagnę słonecznymi promieniami przenikającymi do środka pomieszczenia, przez lekko uchylone okno oraz świergotem ptaków w sadzie. Dziewczyna wstała nieco zmęczona. Bolała ją głowa. Umyła się w misce wypełnionej po brzegi zimną wodą. Zjadła śniadanie, zapakowała strawę oraz picie na cały dzień i pognała krowy na polanę. Teraz dzień do dnia był bardzo podobny.

- Cóż zrobić tak to już jest na wsi – myślała z troską o swojej sytuacji życiowej. Wraz  z dziewczynami zapaliły ognisko i czekały co przyniesie ze sobą nowy dzień. Szczególnie Jagna wypatrywała czy też nie idą zbójnicy. Obiecała sobie, że tym razem nie będzie się wstydzić tylko otwarcie powie harnasiowi co do niego czuje. Szczęściu trzeba czasem pomóc.

Reklama

- A co mi tam zależy. Powiem co myślę i już.

- Niech się dzieje wola Boga. Nic nie stracę, a zyskać mogę wiele – walczyła ze swymi myślami.

- Idą zbóje! – krzyknęła Jagna i ucieszyła się, a razem z nią przyjaciółki. Dopiero, gdy byli blisko Jagna dostrzegła, że kogoś niosą na drewnianych noszach. Od razu oblał ją pot. Serce mocniej biło. Twarz pokryły rumieńce.

- Przecież to nie musi być Józef – pocieszała sama siebie. Niestety życie pokazało coś zupełnie innego.

- Matko Boża Makowska. To mój ukochany leży na deskach – lamentowała.

Reklama

Naraz dziewczyny podbiegły do Jagny, aby ja pocieszyć. Razem z nią płakały. Dla Jagny właśnie skończyły się marzenia związane z Józefem, gdy ostatecznie okazało się, że nie żyje. Zabity został przez strażników od dawna poszukujących harnasia.

            Jagna siedziała na trawie cały czas szlochając w mękach. Nagle zmieniła się w skałę, która z czasem rozrosła się, tworząc ogromną górę. Okoliczni mieszkańcy nazwali ją Babią Górą, co to powstała z baby skamieniałej z żalu za harnasiem Józefem.

 

Kazimierz Surzyn

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama


Reklama

Wideo Sucha24




Reklama
Najnowsze wiadomości