Droga łącząca Zawoję z Orawą przez Przełęcz Krowiarki (dziś część drogi wojewódzkiej nr 957) to jeden z bardziej malowniczych szlaków komunikacyjnych w Beskidach Zachodnich. Jej historia jest jednak pełna wyzwań – od naturalnych przeszkód po burzliwe losy regionu. Dlaczego tak długo nie było tu porządnej trasy? I jak w końcu udało się ją wybudować?
Przez wieki tereny wokół Babiej Góry i Przełęczy Krowiarki były odcięte od wygodnej komunikacji. Przed XIX wiekiem w Beskidach dominowały wąskie, gruntowe ścieżki – często wydeptane przez pasterzy, handlarzy czy zbójników. Teren między Zawoją a Orawą, rozdzielony masywem Babiej Góry i Pasmem Policy, był trudny: strome zbocza, gęste lasy i podmokłe doliny nie sprzyjały budowie dróg. Do tego dochodziła granica – najpierw między Galicją (w granicach Austro-Węgier) a Węgrami, później między Polską a Czechosłowacją. Te polityczne podziały dodatkowo komplikowały sprawę, bo nikt nie chciał inwestować w szlak, który łączyłby "obce" ziemie.
Dawniej istniał tu tzw. Orawski Chodnik – gruntowa ścieżka używana przez lokalnych mieszkańców do handlu i przemytu. Jednak była to trasa prymitywna, nieprzystosowana do wozów, a tym bardziej późniejszych samochodów. Michał Bartyzel, regionalista i pasjonat historii Beskidów, wspomina:
- Kiedyś na Krowiarki chodziło się na piechotę albo konno, a zimą to już w ogóle zapomnij – śniegu po pas, żadnych dróg, tylko ścieżki.
W XIX wieku, gdy w Europie Zachodniej rozwijały się bite drogi i koleje, Beskidy pozostawały na uboczu. Brak większych ośrodków przemysłowych w okolicy oznaczał, że nie było ekonomicznej presji na budowę – w przeciwieństwie do szlaków wiodących np. do Krakowa czy Żywca. Do tego surowa natura: zimy pełne śniegu i wiosenne roztopy sprawiały, że utrzymanie takiej drogi byłoby kosztowne.
Poważne prace nad trasą z Zawoi na Orawę ruszyły dopiero w okresie międzywojennym. W 1938 roku, w ramach Junackich Hufców Pracy, rozpoczęto budowę odcinka od Zubrzycy Górnej na Przełęcz Krowiarki. Wśród robotników był młody Karol Wojtyła, wtedy student, co dziś upamiętnia obelisk na przełęczy. Ten fragment drogi miał być częścią większego projektu – Drogi Karpackiej, która łączyłaby południowe regiony Polski. Dlaczego akurat wtedy? Po odzyskaniu niepodległości w 1918 roku Polska chciała zintegrować swoje tereny, a Orawa, przyłączona po sporze z Czechosłowacją w 1920 roku, potrzebowała lepszego połączenia z resztą kraju.
Prace szły jednak powoli. Teren był wymagający, a budżet skromny. Do wybuchu II wojny światowej w 1939 roku udało się ukończyć tylko odcinek z Zubrzycy na przełęcz. Strona zawojska wciąż czekała – wojna zatrzymała wszelkie inwestycje, a po 1945 roku nowe granice i priorytety odbudowy kraju znów odsunęły temat w czasie.
Dopiero w latach 60. XX wieku, w epoce PRL, zdecydowano się na dokończenie trasy. Między 1968 a 1969 rokiem wybudowano odcinek z Zawoi na Krowiarki, łącząc go z istniejącą szosą do Zubrzycy Górnej. Dlaczego wtedy? Beskidy zaczęły zyskiwać na znaczeniu turystycznym – Babia Góra przyciągała coraz więcej wędrowców, a władze chciały ułatwić dostęp do Babiogórskiego Parku Narodowego, utworzonego w 1954 roku. Do tego rozwój motoryzacji sprawił, że wąskie, kręte ścieżki przestały wystarczać. Michał Bartyzel komentuje ten okres:
-To był przełom – nagle z Zawoi na Orawę można było jechać autem, a nie tylko saniami czy wozem drabiniastym”.
Budowa nie była prosta. Droga musiała pokonać ponad 400 metrów przewyższenia na odcinku kilkunastu kilometrów, wijąc się serpentynami przez lasy i zbocza. Inżynierowie zmagali się z osuwiskami i trudnym gruntem, ale w końcu powstała asfaltowa szosa – dziś znana jako DW 957. To najwyżej położona przełęcz w Beskidach Zachodnich dostępna dla zmotoryzowanych (ok. 1012 m n.p.m.), co czyni ją wyjątkową.
Droga z Zawoi na Orawę przez Krowiarki to nie tylko szlak komunikacyjny, ale i symbol ludzkiej determinacji. Otworzyła region na turystykę i handel, choć do dziś pozostaje wyzwaniem – zimą często jest nieprzejezdna przez śnieg, a w sezonie letnim parking na przełęczy pęka w szwach. W 2016 roku np. strażacy musieli usuwać setki połamanych drzew, które zablokowały trasę po intensywnych opadach.
Dlaczego wcześniej jej nie było? Bo natura i historia nie sprzyjały: góry, granice i brak środków trzymały ten szlak w cieniu. Ale kiedy w końcu powstała, stała się jednym z najpiękniejszych beskidzkich połączeń – z widokami na Babią Górę i historią zapisaną w każdym zakręcie.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze