Grzechynianin Waldemar Borowski wrócił z kolejnej wysokogórskiej wyprawy. Jak poprzednie jego przedsięwzięcia, to również zakończyło się sukcesem. Tym razem (co zapowiadaliśmy 2 lutego) za cel obrał sobie najwyższy szczyt Andów i całej Ameryki - Aconcaguę (6962 m n.p.m.).
Jak już pisaliśmy, 63-letni Waldemar Borowski z Grzechyni nie jest typowym zdobywcą szczytów. Do niedawna w ogóle nie chodził po górach, ani nawet nie uprawiał żadnych sportów. W 2018 roku, gdy niespodziewanie dla siebie samego zapragnął wyjść na Kilimandżaro (5895 m n.p.m.), jego kondycja fizyczna pozostawiała wiele do życzenia. Ale wziął się w garść, zaczął nad nią intensywnie pracować i udało mu się osiągnąć upragniony cel. Od czasu zdobycia Kilimandżaro był też na trekkingu w Himalajach, a także na najwyższym szczycie Kaukazu - Elbrusie (5642 m n.p.m.).
Teraz zmierzył się z prawie siedmiotysięcznikiem. Jak opowiada, do bazy głównej w drodze na szczyt Aconcaguy - Plaza de Mulas (4300 m n.p.m.) uczestnicy wyprawy korzystali z pomocy mułów, które transportowały część bagażu. Potem wynajęli tragarzy, ale odkąd osiągnęli 5380 m n.p.m., musieli radzić sobie sami. - Na tej wysokości wszytko jest bardzo trudne. Rozrzedzone powietrze utrudnia oddychanie, silny andyjski wiatr szarpiący namiotem uniemożliwia sen. Kolejne bariery do pokonania to mróz i narastające zmęczenie, bo na tej wysokości organizm się nie regeneruje. Ponadto powyżej bazy głównej nie ma źródeł wody. Pozyskiwaliśmy ją z płatów śniegu i lodu – opowiada Waldemar Borowski.
Atak szczytowy ekipa rozpoczęła z bazy na wysokości 6100 m n.p.m. Łącznie z powrotem do niej, trwał on 14 godzin. - Trzeba ogromnej siły woli, samozaparcia i wiary we własne siły, żeby stanąć na szczycie – wyznaje grzechynianin. Z piętnastu uczestników wyprawy, na wierzchołek razem z nim dotarło tylko ośmiu jego towarzyszy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze