Niepozorne, małe pomieszczenie na parterze budynku mieszkalnego przy ulicy Konopnickiej w Suchej Beskidzkiej jest królestwem Pawła Korzeniowskiego. 61-letni mieszkaniec podwadowickich Jaroszowic daje w nim drugie, a niekiedy trzecie i kolejne życie butom, torebkom i plecakom. A o tym, że jest fachowcem pierwsza klasa najlepiej świadczy zachwyt klientów, który maluje się na ich twarzach gdy otrzymują naprawione rzeczy.
Napisać o Pawle Korzeniowskim, że był skazany na pracę w branży obuwniczej, to nic nie napisać. Dziś co prawda mieszka w Jaroszowicach, ale dzieciństwo i młodość spędził w Wysokiej – wiosce, w której w co drugim domu wyrabiało się buty lub ich elementy. – Buty były naszym rodzinnym zajęciem. Tata był cholewkarzem i brat także. Mnie cholewkarstwo się nie podobało, więc zostałem szewcem – śmieje się 61-latek, który pierwsze kroki w zawodzie stawiał jeszcze jako dziecko. Z czystej ciekawości zaglądał do zakładów prowadzonych przez sąsiadów i podpatrywał jak powstają w nich buty. Wtedy to były zupełnie inne czasy niż obecnie. Produkcja była zdecydowanie mniej zmechanizowana i większość rzeczy robiło się po prostu ręcznie. – Wiadomo jak to jest z dziećmi. Patrzą, zaciekawia je to i potem same chcą spróbować. Dawniej dzieci nie miały tylu rozrywek co teraz. Nie było telewizorów i komputerów. Wszystko, co nowe ciekawiło. Nie musiałem nikogo specjalnie prosić. A to pozwolono mi podeszwy klejem smarować, a to gwoździe wyrywałem gdy naciągało się na nie skórę. To były porządnie, dokładnie zrobione buty. Kleju nie żałowano i czekano aż wyschnie jak należy. But miał służyć na lata – wspomina Paweł Korzeniowski, który już jako wyuczony szewc pracował w Stanisławiu Dolnym, Stanisławiu Górnym, Wysokiej i Przytkowicach.
Przestał produkować, zaczął naprawiać
Upływający czas sprawił, że produkcja obuwia zaczęła się coraz bardziej mechanizować i szereg mniejszych, niekiedy wręcz rodzinnych zakładów, nie wytrzymało konkurencji ze strony tych unowocześnionych. Zmniejszyło się także zapotrzebowanie na pracowników i Paweł Korzeniowski musiał znaleźć sobie nowe zajęcie. A, że na butach znał się jak mało kto, to zdecydował, że skoro nie może ich robić, to zajmie się naprawianiem zniszczonych lub uszkodzonych. – Planowałem otworzyć punkt naprawek w Wadowicach, ale przegrałem przetarg o lokal. Wtedy postawiłem na Suchą Beskidzką – opowiada. Dodaje, że początki nie były łatwe. Dziś z perspektywy czasu zauważa, że dobra lokalizacja nawet w tak niewielkim mieście jak Sucha Beskidzka ma znaczenie. Pierwszy zakład naprawczy otworzył przy ul. Mickiewicza, a potem przez trzy lata prowadził go przy ul. Piłsudskiego. Klientów bywało jednak jak na lekarstwo. – Miałem punkt na tyłach sklepu. Często dowozili towar i dojście do mnie wiecznie było zastawione. Dwa razy chciałem zamykać biznes. Żona przekonała mnie bym się nie poddawał. Zmiana lokalizacji bardzo pomogła. Wierzę, że jak zdrowie będzie to dotrwam do emerytury – mówi mieszkaniec Jaroszowic, który od blisko dwóch dekad lat reperuje obuwie i nie tylko w zakładzie przy ul. Konopnickiej.
O tym, że prowadzenie zakładu naprawczego nie przynosi kokosów najlepiej świadczy fakt, że gdy Paweł Korzeniowski zaczynał swoja działalność w mieście nad Stryszawką były cztery takie punkty, a teraz pozostał tylko jego. – Jest miesiąc, że zarobi się lepiej, ale są okresy, że bardziej jest to wegetacja. Zostały mi jeszcze cztery lata do emerytury i z czegoś muszę żyć – mówi. Szybko dodaje, że jakby nie lubił swojej profesji to na pewno by się nią nie zajmował. Zauważa, że z każdym innym zajęciem jest podobnie. – Jak ktoś nie ma powołania do jakieś pracy to choćby na głowie stawał to się do niej nie nada. Będzie pracował, ale szybko wyjedzie, że robi to bez serca, a przy tym będzie się mordował całe życie – zauważa nie bez racji szewc, który w swoim dotychczasowym życiu ani razu nie był na wakacjach. Odskocznią od codzienności był jedynie krótki wyjazd do czeskiej Pragi. Od poniedziałku do piątku otwiera swój punkt o 8.40 i czeka na klientów do 16.00. Dawniej pracował także w soboty, ale w te dni klientów było niewielu. – Nie było sensu bezczynnie siedzieć. Zamiast marnować czas to po towar pojadę, a i przy domu zawsze jest coś do zrobienia – mówi. Wolny czas wykorzystuje także na odpoczynek. Nie ukrywa, że jeszcze kilka lat temu miał więcej sił witalnych. – Młodość nie wieczność. Zdrowie już nie to. Kleje śmierdzą, a wietrzeniem bywa różnie. W lecie to jeszcze drzwi mogę otworzyć. W zimie gorzej bo chłód leci i źle się pracuje, a i klej nie schnie. Temperatura musi być odpowiednia – opowiada o swojej doli i niedoli.
Nowe wcale nie znaczy lepsze
Choć Pawłowi Korzeniowskiemu zdarzają się słabsze miesiące to na brak zajęcia nie może narzekać. Wodą na młyn są dla jego interesu obecni producenci obuwia, a przynajmniej ich większość. Szewc zauważa, że z roku na rok buty wytwarzane są z coraz słabszej jakości materiałów. Wspomina, że dawniej robiono je wyłącznie ze skóry naturalnej, a jeżeli już sięgano po sztuczną, to wyłącznie dobrej jakości. – Teraz buty robi się z ceraty i dlatego szybko się zużywają. Jak ktoś kupi chińskie buty za 50 zł to pochodzi w nich tydzień, dwa i musi oddać je do naprawy i wydać drugie 50 zł żeby w ogóle nadawały się do użytku – dzieli się obserwacjami. Nie upiera się, że po jego naprawie buty są lepsze, ale na pewno stają się bardziej wytrzymałe. – Na piętkach dają laminaty, które szybko się wycierają. Ja zawsze wkładam skórę. Robi się poślizg i nie wycierają się tak szybko. Jak wymieniam komuś wyściółkę to zawsze na skórkową. Nie stosuję żadnych wątpliwej jakości materiałów – zdradza swoje sekrety 61-latek. Podkreśla, że taśmowo produkowane obuwie często jest słabo sklejone i dlatego klej szybko się „rozłazi”. Z takimi mankamentami Paweł Korzeniowski radzi sobie bez najmniejszych problemów. Bywa, że odrywa całkowicie podeszwę od reszty buta i skleja na nowo. – Po nałożeniu kleju ten musi przez około 20 minut schnąć w temperaturze pokojowej, co pozwala nabrać mu odpowiedniej struktury. Potem się go podgrzewa i dopiero wówczas łączy się górę buta z zelówką – opowiada o procesie klejenia obuwia szewc o złotym sercu. Sam przyznaje, że wycenia swoją pracę krajem nieba, krajem piekła. Stara się wyjść na swoje, a zarazem nie zrujnować kieszeni klientów. – Mówi się, że społeczeństwo się bogaci, ale to pozorna prawda. Nie brakuje ludzi, którzy z miesiąca na miesiąc są coraz biedniejsi. Zwłaszcza starsze osoby. Przychodzą do mnie klienci, którzy po dziesięć razy naprawiają jedną i tę samą parę butów. Jedni robią to dlatego, że po prostu żal im się pożegnać z wygodnymi butami. Bywa, że takie buty nie są 5 zł warte, ale ich właściciel znakomicie się w nich czuje. Nierzadko jednak przychodzą do mnie osoby, których po prostu nie stać na kupno nowych butów. W czymś muszą chodzić i ja jestem dla nich ostatnią nadzieją – opowiada. Podkreśla, że największą radość sprawia mu widok zadowolonego klienta, który z uśmiechem opuszcza jego zakład. Nie ukrywa, że czuje swego rodzaju dumę gdy idąc ulicą mijające się z nim osoby poznają go, kłaniają mu się i witają się. – Bardzo dobry, dokładny, a przy tym szybki i niedrogi. Zawsze służy pomocą. Nigdy nie odmawia pomocy – powiedziała nam jedna z zadowolonych klientek opuszczając warsztat szewski.
Nie tylko naprawą obuwia Paweł Korzeniowski żyje. Potrafi zaradzić gdy komuś trafi się za ciasna para butów. Nakłada je na odpowiedniej wielkości kopyto i za pomocną klinów z wyczuciem rozbija, by go za bardzo nie rozciągnąć. Przez jego ręce przeszła także niezliczona ilość torebek, plecaków, które gdzieś się przetarły, czy też oderwały im się uszy. – Ktoś musi się tym zajmować. Nie każda kobieta sama potrafi sobie fleka wymienić, czy zszyć coś gdy się rozpruje. Człowiek lepiej się czuje gdy mógł komuś pomóc – puentuje Paweł Korzeniowski, szewc, który żadnej naprawy się nie boi.

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Klasyczna kryptoreklama.