Nie odczuwa strachu. Miewa halucynacje. Mówią na nią „maszyna do biegania” i mają rację. W Suchej Beskidzkiej niewiele osób ją zna, a pochodząca z tego miasta Alicja Barahona jest warta poznania i zapamiętania. Na co dzień mieszka w Nowym Yorku, ale o Polsce nigdy nie zapomniała. Co więcej biegnąc 600 kilometrów przez pustynię myśli o zielonej wiklinie i trawie nad Skawą, które pamięta z dzieciństwa. Pracuje w firmie farmaceutycznej, a kiedy znajdzie czas i pieniądze jedzie odpocząć podczas ultramaratonów na Alaskę czy Saharę, albo inne ekstremalne miejsce…
Nie da się przebiec 600 kilometrów i to w dodatku po pustkowiach!
- Da się przebiec, tylko trzeba chcieć. Trzeba to lubić. Trzeba mieć pasję. Ja kocham być sama gdzieś na odludziu i biegać.
Jak wygląda taki bieg?
- Biegi są różne. Biegałam i na Saharze, gdzie jest plus 40 stopni Celsjusza czy na Alasce, gdzie z kolei jest minus 40, czy za polem arktycznym, gdzie jest minus 50 stopni Celsjusza. Zwykle taki bieg ekstremalny zaczynamy razem z innymi biegaczami, a później kończymy w zależności kto ile ma siły, każdy biegnie ile może i jak długo może. Każdy sam decyduje kiedy chce spać, czy odpocząć. Cel natomiast jest jeden - żeby jak najszybciej dobiec do mety. Ten przecież wygrywa, kto w najszybszym czasie pokona tę trasę.
To wszystko brzmi tak niewiarygodnie. Patrząc na Panią odnoszę wrażenie (choć jest Pani bardzo szczupła), że jest Pani jednak twardą zawodniczką i pewnie podczas tych biegów Pani nie śpi, tylko ciągle biegnie?
- Różnie. Należy się też przespać, bo jak się biegnie 150 godzin, to ile to przecież jest dni?! Człowiek jest osłabiony. Człowiek jest tylko człowiekiem, nie jest maszyną, która się ustawi i będzie biegła dziesięć kilometrów na godzinę. Biegnie się po różnym podłożu. Na przykład piasek niekiedy jest miękki, jak popiół czy puder i można się w nim zapaść po kolana. Gdy byłam w Nigrze to tam jak weszłam w nocy na wydmę okazało się, że nie można zejść, bo jest bardzo stromo. Byłam już zmęczona i schodząc, gdybym się przewróciła, to piasek przysypałby mnie jak lawina. Z tego powodu trzeba było schodzić z powrotem i ją obejść. Ważne jest też to, że biegi te są nawigacyjne, trzeba więc samemu sobie wyznaczyć trasę na GPS. Są tylko punkty kontrolne, do których trzeba dotrzeć. Nie ma drogi. Nie ma nikogo, kogo można by było zapytać o drogę, gdy człowiek zabłądzi.
Ale są wilki
- Tak, widziałam podczas biegu wilki na Alasce, ale chyba groźniejsze były psy w Tunezji.
Napadła na Panią sfora psów?
- Na pustyni jak odpoczywałam pojawiło się około 15 różnych psów – małych, dużych. Nie wiem skąd się one wzięły. Szczekały okrutnie. Stanęłam nieruchomo jak statuetka, nawet powieką nie mrugnęłam, tylko zaczęłam do nich spokojnie mówić: „Dzień dobry, jak miło, że tu jesteście, że tu przyszłyście”. Jak zauważyłam, że jeden zaczyna machać ogonem, to do niego powiedziałam, że ładny ma ten ogon, potem drugi zaczął machać i tak jeden po drugim odwracały się i odchodziły. Gdy ruszyłam dalej w trasę, to za około pół godziny znowu się przy mnie pojawiły. Znieruchomiałam ponownie i zaczęłam spokojnie do nich mówić i poszły sobie.
Nie boi się Pani, przecież to wszystko jest takie niebezpieczne. Sama na pustyni albo na Grenlandii. Upał, mrozy, rwące potoki, zwierzęta dzikie…
- Ja nie odczuwam strachu. Po prostu się nie boję.
A mąż się o Panią nie boi?
- Nie wiem, on zwykle jedzie w inne miejsce, gdzie może pograć w tenisa (śmiech). Wie, że jestem na tyle odpowiedzialna, że nie ryzykuję. Ale czy taki bieg jest ryzykiem? Wszędzie jest ryzyko, nawet wychodząc na zakupy czy na spacer może przydarzyć się coś złego.
No dobrze, a kiedy zaczęła Pani biegać?
- Zaczęłam biegać w 1996 roku i powiem tak, nie miałam wtedy 20 lat i nadal biegam i nie mam 20 lat (śmiech)
A od czego to się wszystko zaczęło?
- Od tenisa.
?
- Grałam w tenisa amatorsko. Dzięki temu zrobiłam się taka zaciekła, nakręcała mnie możliwość rywalizowania. Nie chciałam grać dla samej gry, ale jeździłam po turniejach oczywiście amatorskich, ale nie rozmawiałam z żadnym przeciwnikiem, dopóki nie wygrałam. Jak wygrałam, to byłam zadowolona - święta Alicja (śmiech). Ale jak przegrałam, to od razu wracałam do domu i żaliłam się mężowi na przeciwnika. To moje zachowanie zaczęło mnie samą złościć i postanowiłam w 1996 roku zrobić sobie roczną przerwę w tenisie i zaczęłam szukać innego sportu.
Padło na bieganie?
- Tak, bo jest najtańsze. Nie trzeba mieć też partnera żeby biegać, nie trzeba mieć żadnych nakładów finansowych. Szorty, buty do biegania i czas. Zaczęłam w marcu, a już w październiku przebiegłam Nowojorski Maraton. Jak przebiegłam ten maraton, to nie mogłam się po nim zamknąć, ciągle gadałam podekscytowana „tata tatata tataatata” (śmiech). A później widziałam w telewizji program o biegu na Saharze i powiedziałam o tym mężowi. A on odrzekł „Nie żyj połową życia, tylko pełnią życia”, jak chcesz, to spróbuj. Więc pojechałam na pierwszy swój bieg do Maroka, jednak tam biegło się określoną ilość czasu, potem się odpoczywało, potem znowu biegło. To nie do końca mi odpowiadało. Wolałam taki bieg, w którym znam tylko punkt docelowy, gdzie mam dobiegnąć i zrobić to jak najszybciej. I wtedy zaczęłam startować w biegach, które nazywają się Non Stop.
Pierwszy ekstremalny bieg był na Saharze, a kolejny?
- Później pobiegłam 160 kilometrów na Alasce. Myślałam, że zajmie mi to 40 godzin, a ja zakończyłam go w 22 godziny i 40 minut pobijając w ten sposób poprzedni rekord o 5 godzin i 20 minut. Dla mnie to był taki doping, taki bodziec. Pomyślałam, że chcę tego więcej, że chce dłuższy dystans. Taki bieg jest jak narkotyk – wciąga i chce się więcej i więcej.
To ile przebiegła Pani tych kilometrów już?
Same treningi to pięć tysięcy kilometrów rocznie. Przez wiele lat to ja biegałam w ten sposób, że w lutym biegłam 550 kilometrów na Alasce, później w maju biegłam 210 kilometrów w Anglii wzdłuż jakiegoś rowu. Jesienią 600 kilometrów po pustyni. Każdy bieg w różnych warunkach, w różnej temperaturze i każdy inny. Na Alasce musiałam ciągnąć sanki z całym prowiantem, ze sprzętem. Pamiętam, że była taka zawierucha, że niekiedy nawet trzeba było iść na czworakach. Z kolei w Anglii biegałam w deszczach. Ja to mówię, że na Alasce zmarzłam, na Saharze się wygrzałam, a w Anglii się wykąpałam.
Pani udział w ultra maratonach jest połączeniem przyjemnego z pożytecznym, ponieważ zbiera pani fundusze na cele charytatywne. Biegnąc wspierała Pani Alzheimer"s Association, czy też Lekarzy bez Granic, pieniądze na walkę ze stwardnieniem rozsianym i jest też Pani inicjatorką biegu na Long Island, który odbył się już po raz dziesiąty, gdzie zbierane są pieniądze na walkę z rakiem piersi?
- Tak. Lubię komuś zawsze pomóc. Wtedy mój bieg ma sens. Biegłam też 400 kilometrów zamarzniętą rzeką w Kanadzie, podczas którego zbierałam pieniądze na schronisko dla bezdomnych ludzi.
A organizm się nie buntuje podczas tak długiego, ciężkiego biegu?
- Buntuje się. Nieraz rozmawia się ze swoim organizmem. Ja z nim rozmawiałam, jak na przykład coś mi „wysiadło”. Jak biegłam na pustyni Thar w Indiach i plecy mi „wysiadły”, to wszystko i żołądek, i ręce, i nogi przemawiały „no plecy, zmobilizujcie się - musimy jakoś wspólnie pracować, żeby dotrzeć do celu”. Może to głupie i naiwne rozmowy, ale po prostu ważne, żeby cały czas mieć umysł skoncentrowany i żeby nie popadać w niemoc „o ja nie mogę, nie dam rady, jestem zmęczona”
No właśnie organizm - to jedno, ale głowa, psychika - to drugie?
- W sumie to ja może nie jestem taka szybka, jak silna psychicznie, zawsze wszyscy mi to mówili. Psychicznie nigdy się nie poddawałam. Jak ja miałam koszulkę z numerem na sobie, to ja szłam do przodu. Mówili nawet na mnie „biegająca maszyna”. Szłam do przodu, żeby się nie poddać.
I żeby wygrać?
- Zwykle te biegi wygrywałam, byłam jedną z pierwszych. Dlatego też lubię biegać sama, inni zazwyczaj biegną wspólnie. Czują się może w ten sposób bezpieczniejsi. Kiedy z kimś biegłam, to było mi gorzej, bo byłam dość silna i to ja musiałam się martwić o tę drugą osobę. Na przykład w Egipcie biegłam z takim Kanadyjczykiem i on jakichś halucynacji w nocy dostawał, a ponieważ biegłam z nim to martwiłam się o niego i nie mogłam go zostawić. Tak więc wolałam biegać sama, bo byłam na tyle przygotowana, że nie musiałam na nikogo liczyć. Byłam samowystarczalna i skoncentrowana na biegu.
A Pani nie miała halucynacji?
- Miałam. Widziałam śnieg na Saharze. Raz biegnąc nocą przez pustynię biegłam piękną aleją drzew, których konary splatały się nad moją głową. Były tak piękne, że chciałam się przyjrzeć z bliska lecz gdy przyświeciłam latarką to nic nie widziałam, więc zapalałam tę latarkę coraz szybciej, żeby je zobaczyć z bliska, ale się nie udało (śmiech). Przyznam też, że biegnąc przez pustynię często mam przed oczami widok zielonej wikliny i trawy nad Skawą, takiej pięknej, soczystej zieleni.
Co czuje Pani po powrocie do domu?
- Przez około dwa tygodnie po powrocie śni mi się każdy bieg. Są to piękne sny i przez ten czas nie lubię o danym biegu opowiadać. Dopiero później, po jakimś czasie. Zresztą nigdy nie myślę, że ja to przebiegłam, że ja to wszystko zrobiłam, tylko, że to ktoś zupełnie inny…
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze