Turyści zmierzający na Babią Górę szlakiem zielonym, tuż przy szczycie mogą natknąć się na krzyż. To pamiątka po tragedii jaka rozegrała się w tym miejscu z udziałem czwórki narciarzy z Andrychowa. Dzisiaj mija dokładnie 90 lat od tego zdarzenia.
Do wypadku doszło w nocy z 14 na 15 lutego 1935 roku pod szczytem Babiej Góry. To zdarzenie opisał szczegółowo Stanisław Faecher, dziennikarz "Turysty w Polsce". Według jego wersji feralnego dnia Janina Frysiówna, Helena Banachowska, Władysław Olejczyk i Kazimierz Fryś z sekcji narciarskiej Beskidu Andrychów brali udział w rajdzie gwiaździstym. Wyruszyli ze schroniska nad Pilskiem z zamiarem dotarcia do schroniska „Beskidenvereinu” pod Diablakiem. Na szczyt udało im się dotrzeć późnym wieczorem, z którego rozpoczęła zjazd do schroniska zagubionego w kurniawie i ciemnościach. Schroniska tego nie udało się żadnemu z członków zespołu odnaleźć i wszyscy padli ofiarą żywiołu burzy.
- Podkreślić trzeba, że zatracie uległ zespół dobrze wyszkolonych, wytrzymałych i znających teren narciarzy. Podjęli zadanie nieprzerastające w zasadzie ich sił. Błąd ich polegać może jedynie na tym, że nie zawrócili z drogi wtedy, kiedy to było jeszcze możliwe i kiedy potęgujące się niekorzystne warunki atmosferyczne taką konieczność nakazywały. Dalsze błędy jak: zdjęcie nart przez obie narciarki, pogubienie się wzajemne członków drużyny itp. były już tylko konsekwencją ostatecznego wyczerpania, utraty odporności i sił. Jeżeli więc śnieżny grób na Babiej Górze znaleźli ludzie obyci z górami – tym bardziej trzeba zwrócić uwagę na konieczność ostrożności i zachowania umiaru ze strony szerokiej rzeszy, której przecięcie grzeszy brakiem doświadczenia zimowo-górskiego, brakiem znajomości niebezpieczeństw, nadmierną lekkomyślnością, nie mówiąc już o niskim poziomie technicznym w pokonywaniu przestrzeni na nartach - pisał Faecher.
Ich zwłoki znaleziono w różnych miejscach. Kilka dni po katastrofie trójkę zamarzniętych narciarzy odnalazł Władysław Midowicz, gospodarz dolnego schroniska na Markowych Szczawinach. Były w odległości 200-300 metrów od schroniska.Ekipa ratownicza zwiozła ofiary przez Bronę i Markowe Szczawiny do karetek pogotowia z Wadowic, czekających u początku Pośredniego Boru. Zwłoki kierownika zespołu – Kazimierza Frysia odnaleziono o wiele później. Polscy przemytnicy natknęli się dopiero w maju na poszukiwanego u podnóża góry, w pobliżu gajowni na Lniarce.
- Ogólna opinia podnosi, że jedną z najważniejszych przyczyn nieodszukania schroniska przez nieszczęśliwych turystów był brak silnego światła zewnętrznego na budynku. Nie ulega wątpliwości, że światło takie w interesie bezpieczeństwa życia ludzkiego, powinno być wywieszone na schronisku, zwłaszcza tak trudnem do odnalezienia w ciemności i zadymce śnieżnej jak schronisko niemieckie pod szczytem Babiej Góry. Czy jednak światło takie mogłoby uratować zespół „Beskidu” – trudno powiedzieć., gdyż w zadymce śnieżnej światło mogłoby zostać niedostrzeżone. Braki w zagospodarowaniu gór istnieją, ale nie one jedne były przyczyną ostatniej katastrofy. Uprawianie turystyki narciarskiej, to walka z przeciwnościami natury i w tem właśnie tkwi jej duża wartość wychowawcza. Jednakże walka toczona być powinna do momentu, w którym cofnięcie się z pola nigdy nie przynosi ujmy. Jeżeli trudności przekraczają zwykłą a nawet bardzo dużą miarę, trzeba umieć zawrócić. Szeroka rzesza polskich turystów zimowych winna wysnuć z babiogórskiej tragedii właściwe wnioski. Raz jeszcze okazało się, że łatwy pozornie teren, stał się w trudnych warunkach atmosferycznych terenem niebezpiecznym. To, co się stało na Babiej Górze, stać się może równie łatwo na innych popularnych szlakach narciarskich. O tym właśnie przeciętny nasz ogół narciarski winien dobrze pamiętać - pisał dalej Faecher na łamach "Turystyki w Polsce".
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze