W poniedziałek (14 sierpnia) rodzina i przyjaciele pożegnali na zawsze pochodzącego z Budzowa, a mieszkającego w Suchej Beskidzkiej Bolesława Koska. Znakomity trębacz, który w swoim fachu był prawdziwym mistrzem zmarł 10 sierpnia w wieku 73 lat.
Bolesław Kosek przez całe życie powtarzał, że muzykowanie było mu po prostu pisane. Trudno powiedzieć, że wyssał je z mlekiem matki. Dużo trafniejsze będzie stwierdzenie, że zamiłowanie do gry miał w genach. Wspominał, że jego dziadek ze strony mamy grał na klarnecie, a ojciec jego taty na skrzypcach. Ojciec Bolesława Koska – Edward kontynuował rodzinne tradycje. W1962 roku założył w Budzowie orkiestrę dętą. Brał do niej ludzi, którzy zajmowali się wyplataniem koszyków lub pracowali na roli i od zera ich uczył, a poza tym, że szkolił muzyków, to grał na akordeonie. Mama nie grała, ale miała znakomity słuch i pięknie śpiewała. - Podejrzewam, że słuch mam właśnie po niej. Gdy już umiałem grać na akordeonie i ćwiczyłem sobie, to po jakimś czasie usłyszałem, jak mama paląc w piecu przepięknie nuciła graną przeze mnie, wcale niełatwą melodię – opowiadał o swoim dzieciństwie Bolesław Kosek.
Wprawdzie Edward Kosek był znakomitym dyrygentem i nauczycielem muzyki, to jednak, aby zapewnić synowi wykształcenie muzyczne, postanowił posłać go do Państwowego Liceum Muzycznego w Krakowie. Tyle tylko, że o przyjęcie do krakowskiej szkoły zabiegały dzieci, które miały za sobą szkołę muzyczną I stopnia, czyli przez kilka lat szlifowały talent pod skrzydłami znakomitych nauczycieli. Tymczasem młody Bolesław terminował muzycznie jedynie u ojca. Nie było rady. Przed egzaminem wziął trąbkę i wraz z ojcem pojechał do Krakowa. Do końca życia nie dowiedział się jak to się stało, że udało mu się trafić na przesłuchanie do profesora Ludwika Lutaka.
Podczas testu jakiemu poddał go profesor miał zagrać marsza oraz wykazać się słuchem i poczuciem rytmu. Mistrz orzekł, że Bolek słuch ma znakomity, lecz musi ciężko ćwiczyć, by swój talent wykorzystać do gry na trąbce. Zalecił, by przez dwa miesiące raz w tygodniu przyjeżdżał do niego na konsultacje, a do tego zadawał mnóstwo zadań domowych. Na spotkaniach stale tylko poprawiał, że akcent dany nie na tę nutę co potrzeba, a to co innego mu się nie podobało. Jednak młody budzowianin robił postępy i przygotował w ten sposób program na egzamin i zdał go celująco.
Radość ze zdanego egzaminu była ogromna, ale pracujący jako krawiec ojciec Edward długo i ciężko wzdychał na myśl o zapłacie za naukę. Bo na wsi nic nie było za darmo, a co dopiero w Krakowie i do tego w przypadku znanego profesora - frasował się. Sprzedał co miał i powtarzał, że pewnie i krowę będzie trzeba z obory wyprowadzić. Tymczasem po ostatniej lekcji profesor wyprosił ucznia, aby na osobności porozmawiać z Edwardem Koskiem. Ku jego zaskoczeniu oznajmił, że jest bogaty z domu i nie wziął za lekcje ani grosza!
Po ukończeniu Państwowego Liceum Muzycznego (uczęszczał w nim do jednej klasy ze znakomitą skrzy-paczką Kają Dańczowską oraz Zbigniewem Wodeckim, z którym już po szkole zagrał w Zakopanem na imprezie sylwestrowej) Bolesław Kosek musiał odbyć zasadniczą służbę wojskową. Trafił do desantu, ale prawdziwego wojska doświadczył jedynie przez kwartał, gdyż potem został członkiem orkiestry wojskowej 16. Kołobrzeskiego Batalionu Powietrzno-Desantowego w Krakowie. Od tego momentu najwięcej czasu spędzał na... cmentarzach, gdyż najczęściej orkiestra uświetniała pogrzeby wojskowych dygnitarzy. Rekordem było zagranie sześciu pogrzebów w jeden dzień.
Po wojsku zatrudnił się w orkiestrze przyzakładowej w Hucie im. Lenina w- Krakowie, ale czuł się w niej jeszcze gorzej niż w wojskowej, gdyż znowu głównie grywał na pogrzebach. Gdy tylko dowiedział się, że na wieży kościoła Mariackiego pracować będzie nie czterech, a sześciu hejnalistów, bez chwili namysłu stawił się na przesłuchanie i został przyjęty. Była to jednak praca na przeczekanie, bo wiedział już, że trębacza będzie poszukiwał zespół estradowy Warszawskiego Okręgu Wojskowego „Desant", którego członkowie byli cywilami, ale występowali w mundurach oficerskich.
W orkiestrze wreszcie grał muzykę, której wykonywanie sprawiało mu przyjemność, a przy tym znakomicie zarabiał. Jego ojciec mógł w tamtym czasie liczyć na 1,7 tys. zł, a jego pensja przekraczała 10 tys. zł. Nie ukrywa, że taka ilość gotówki w rękach młodego człowieka spowodowała, że zaszumiało w głowie. Wszędzie jeździł taksówkami, bo z pieniędzmi nie musiał się liczyć. Z czasem został pierwszym trębaczem warszawskiej orkiestry, a trzecim był ojciec... Zbigniewa Wodeckiego
Podczas jednego z występów do muzyków podszedł cyrkowy kapelmistrz Zygmunt Michałek z ,Areny" i oświadczył, że poszukuje trębacza oraz saksofonisty. Zaoferował niewielką w gażę, bo sięgającą zaledwie 2,5 tys. zł. Jednocześnie jednak zapewnił, że do dwóch lat załatwi kontrakt w niemieckim cyrku, a wtedy będzie eldorado. Bolesław Kosek zaryzykował i nie po dwóch latach, ale już po roku (miał wówczas 23 lata) szykował się do wyjazdu za granicę.
Wyjazd do zagranicznego cyrku wymagał wizyty w Polskiej Agencji Artystycznej „PAGART" w Warszawie, której przekazywało się 10-15 procent gaży. W minionej epoce bez jej zgody żaden artysta nie mógł podpisać zagranicznego kontraktu. Takie były czasy. Nie było wyjścia. Trzeba było zapłacić haracz.
Budzowianin spędził dwa lata w cyrku Gebruder Althoff, otrzymując 1150 marek miesięcznie (około 15 tys. zł), czyli z dziesięć razy więcej niż zarabiał ojciec... Potem grał jeszcze w dwóch innych niemieckich cyrkach, a także w szwedzkim, włoskim, greckim, holenderskim. Za każdym razem o zmianie pracodawcy decydowały pieniądze. Z Altoffa przeniósł się do Barrum, bo dawał 1,3 tys. marek, a juz po roku grał w Crone, zarabiając o kolejne 300 marek więcej. Miał -jak wspominał- sporo szczęścia. Zawsze znalazł się ktoś kto mu pomógł lub trafiła się okazja, że jakiś cyrk szukał trębacza. Zaznaczał, że w tamtych latach muzycy odpowiadali jedynie za przygotowanie estrady, ale jednak ciężko pracowali na chleb. Rano były próby, szykowano nowy repertuar. Zdarzały się wyjazdy do miasta, by promować przedstawienie. Zabierano słonia lub inne zwierzę i obowiązkowo jechała orkiestra.
We Włoszech grywał niekiedy po cztery przedstawienia dziennie. Zdarzało się, że po kilku tak intensywnych dniach wargi miałem poranione i sączyła się z nich ropa. - Zawodowe granie, jak i sport, prowadzi do kalectwa... Wielu trębaczy ma kłopoty z sercem – mówił. Używał przy tym obrazowego porównania: w kole samochodowym powietrze osiąga ciśnienie dwóch atmosfer, w ciężarówce ośmiu, a żeby zagrać niektóre dźwięki trzeba wtłoczyć do trąbki powietrze o ciśnieniu 10-12 atmosfer! Dlatego trębacze muszą dbać o tzw. łańcuch, czyli przeponę, płuca, krtań, mięśnie brzucha. Jeden słaby element wystarczy, aby łańcuch się przerwał.
Po dwóch dekadach zagranicznych wojaży Bolesław Kosek trafił do Holandii. Mógł w niej zostać i mieć swój zespół. Wieloletnie występy sceniczne zrobiły jednak swoje i zmęczenie wzięło górę. Postanowił zakończyć karierę i wrócił do Polski. A mógł zacząć życie nad Wisłą zdecydowanie bogatszy niż… był! Pracownica kantoru, w którym wymieniał guldeny na dolary pomyliła się i przeliczyła pieniądze tak, jakby otrzymała marki niemieckie. Emerytowany trębacz miał już ogromną ilość dolarów w ręce, ale nie odszedł z nimi od okienka. Zwrócił uwagę na popełniony przez kobietę błąd, gdyż życiu zawsze kierował się uczciwością.
Po zakończeniu kariery trębacza nawet sprzedał trąbkę, ale z grania nie zrezygnował. Zaczął sięgać po akordeon. W cyrku Crone grywał natomiast na perkusji, gdyż perkusista się rozchorował, a innym razem gdy zaszła potrzeba grał na gitarze.
Opowiadając o swoim cyrkowym życiu Bolesław Kosek pół żartem, pół serio mówił, że przegrał swoje życie. Choć nieobcy był także kontakt ze… zwierzętami. Zaprzecza jakoby te trzymane w cyrku były bite lub głodzone, celem przyuczenia do wykonywania sztuczek. Niemniej przyznaje, że żyły w spartańskich i nienaturalnych dla siebie warunkach. Bo konia lub wielbłąda można wyprowadzić na spacer, ale tygrysa nie sposób wziąć na lonżę. Inna sprawa, że większość z nich urodziła się w niewoli i nie znała innego życia. Jak pokazała historia, która wydarzyła się gdy jeszcze pracował w cyrku Arena nie zatraciły one naturalnego instynktu. Opiekun zwierząt w nim miał między innymi niedźwiedzia, z którym był bardzo zżyty i bez obaw wkładał mu nawet głowę do pyska. Pewnego razu został poproszony przez ekipę filmową o użyczenie zwierzęcia, aby to odegrało scenę jak wychodzi z lasu. Gdy niedźwiedź został wypuszczony i zobaczył ogrom otaczającej go przestrzeni, to po prostu poczuł zew natury i wiedziony instynktem - uciekł.
Po powrocie do kraju Bolesław Kosek zarobione pieniądze zainwestował. Prowadził restaurację w Białce, a że cieszyła się renomą, to do dziś mówi się „U Koska”, choć lokal zaprzestał działalność już prawie trzy dekady temu. A jego właściciel zajmował się także handlem sklejką, a w wolnych chwilach udzielał się w Bractwie Zbójników spod babiej Góry. Zawsze pogodny, uśmiechnięty, skory do żartów i wspomnień. Taki zostanie zapamiętany.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.To jak to jest zamiast tego trąbiszcza,fujary czy innego instrumentu które są martwe i i nic nie czują wspominacie a dlaczego nie wspominacie jego zony dzieci-?To zakazane?
To jak to jest zamiast tego trąbiszcza,fujary czy innego instrumentu które są martwe i i nic nie czują wspominacie a dlaczego nie wspominacie jego zony dzieci-?To zakazane?