Z relacji kierowcy międzynarodowego z Małopolski, który wczoraj (17 marca) wrócił do kraju, wynika, że uwadze służb dokonujących kontroli granicznych może umknąć wiele przypadków zakażenia koronawirusem. Nim samym nikt się nie zainteresował, choć miał podwyższoną temperaturę i kaszel.
Jak twierdzi pan Marcin z Kęt, mimo iż niedawno przebywał we Włoszech, a teraz czuje się źle i ma objawy, które mogą wskazywać na zakażenie koronawirusem, po powrocie do Polski nie mógł znaleźć nikogo, kogo zaniepokoiłby jego stan zdrowia. Mężczyzna spędził we Włoszech cztery doby. Był w okolicach Turynu, Rzymu, Neapolu i Termoli. Starał się unikać kontaktu z ludźmi, ale musiał korzystać z publicznych toalet i pryszniców dla kierowców. W pięć dni po wyjeździe z tego kraju zaobserwował u siebie niepokojące objawy – podwyższoną temperaturę, kaszel i osłabienie. 16 marca około 18.50 przyjechał na polsko-niemieckie przejście graniczne Olszyna-Forst. Wybrał to, a nie inne, ponieważ z Google Maps wynikało, że tam najkrócej trzeba czekać na przekroczenie granicy. Ten czas miał wynieść nie więcej niż 5-7 godzin. W rzeczywistości pan Marcin stał w korku ponad 14 godzin. Dopiero około 9.00 następnego dnia dotarł do granicy.
Na początku przeprowadzono u niego kontrolę temperatury ciała. - Jest to robione termometrem bezkontaktowym przez otwartą szybę samochodu. Człowiek, który wykonywał tę czynność, powiedział, że jestem rozgrzany i poprosił, abym wysiadł z auta do ponownego pomiaru. Gdy po raz drugi sprawdził gorączkę, powiedział tylko, aby podjechał do przodu, gdzie wypełnia się dokumenty. Następny pogranicznik lub policjant (nie pamiętam dokładnie, kto to był, bo kontrole prowadziły cztery rodzaje służb), poinformował mnie, które strony mam wypełnić, po czym zapytał, skąd przyjechałem. Powiedziałem, że przez około trzy tygodnie jeździłem po Europie jako kierowca międzynarodowy i między innymi byłem we Włoszech. Zapytał: kiedy?, więc odparłem, że dziewięć, dziesięć dni temu. On na to, że interesuje go, skąd jadę teraz. A ponieważ była to Holandia, ten kraj musiałem wpisać w dokumentach. Nikogo nie zainteresowało, że wcześniej byłem we Włoszech – opowiadał pan Marcin portalowi MamNewsa.pl.
Jak podkreślił, nikogo też nie zaniepokoiła jego podwyższona temperatura. Mężczyzna na własną rękę musiał szukać szpitala z oddziałem zakaźnym, w którym zechciano by go przebadać. Ale okazało się to niełatwe. W pierwszym, z którym się skontaktował, usłyszał tylko, że powinien udać się do domu i trzymać na dystans od osób mieszkających razem z nim… - W razie, gdyby się okazało, że mam koronawirusa, takie podejście może narazić całą moją czteroosobową rodzinę na zakażenie – komentował sytuację pan Marcin. Pomoc obiecał mu Urząd Gminy w Kętach, jeśli mężczyzna sam nie znajdzie szpitala, który się nim zaopiekuje.
Pan Marcin uznał, że na przejściach granicznych jest zbył mało osób, które mogłyby poświęcić uwagę wszystkim powracającym z zagranicy Polakom. Stąd kontrole bywają pobieżne, a oczekujący na przejazd przez granicę są pozostawieni samym sobie. – Byłem już w podobnych sytuacjach, gdzie stałem w ogromnych korkach w Europie, na przykład podczas wichur, przed portami w Dover, w Calais. Tam przychodził człowiek, dawał kartkę, informował, gdzie są toalety, ktoś przynosił suchy prowiant, pytał oczekujących, czy mają wodę. Tutaj każdy musiał radzić sobie sam – mówił portalowi MamNewsa.pl pan Marcin.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze