KAZIMIERA SEKUŁA urodziła się 4 lutego 1932 roku w Marcówce. Okres wojny i okupacji wspomina następująco: „Koniec sierpnia i początek września 1939 roku pamiętam doskonale. Z jednej strony szły wieści o zbliżającej się wojnie, a z drugiej strony przygotowywałam się do pierwszego dnia w szkole. Bardzo bałam się tych nowych obowiązków. Aż tu nagle moja mama przyszła do domu z płaczem i oznajmiła, że będzie wojna, bo ogłoszono mobilizację. Moja szkoła przestała być w tym momencie ważna. Nikt na mnie nie zwracał uwagi. Rodzice przeżyli już jedną wojnę. Wiedzieli dobrze, czym ona pachnie. Pamiętam mówili o wojennych okrucieństwach, o śmierci i kalectwie. Matka płacząc przekonywała tatę, iż jest już za stary na wojowanie. Ojciec uspakajał mamę tłumacząc jej, że jeśli okaże się, iż jest za stary to wróci i w ogóle niepotrzebnie się martwi. Żegnaliśmy tatę z płaczem, a matka dała mu worek wypełniony chlebem, słoniną i jajami na twardo. Byłam jeszcze wtedy zbyt mała, aby to wszystko zrozumieć.
Po pewnym czasie ojciec powrócił do domu. Wróciła też siostra Bronia z małymi dziećmi. Nieco później z tułaczki wojennej dołączył do nas jej mąż. Brata Karola oprawcy wywieźli do Niemiec na przymusowe roboty. Trwała okupacja. Teraz zaczął się liczyć każdy ziemniak, każda garść żyta. Niemcy zabrali krowy, świnię, zboże i żarna. Panował głód. Jedliśmy przemarznięte i nadgniłe ziemniaki przechowywane i suszone na strychu, a także kwaki i buraki pastewne.
Rozpoczęła się konspiracja. Ludzie zrozumieli, że Niemcy nie są niezwyciężeni. Beskidzkie lasy pełne były partyzantów, którzy odbierali hitlerowcom kontyngenty zabrane wcześniej od ludności. Aby przeżyć ukrywaliśmy trzodę w lesie przed Niemcami. Wraz z siostrą pomagałyśmy ojcu garbować skórę. Siostra Helena sprzedawała ją później handlarzom w Poroninie i Bukowinie, gdzie wyrabiano przede wszystkim kierpce i tzw. kapce tj. buty z sukna i skóry, zapinane z tyłu na sprzączki.
Niemcy często robili rewizje, ale bardzo szybko utrwalił się system ostrzegawczy. Gdy z pobliskich Zembrzyc wyruszał oddział lub samochody z Niemcami, z przysiółków zlokalizowanych na górze dawano znaki, że idą i zaraz wszyscy chowali, co kto miał zakazanego. Niemcy brali odwet za utracone kontyngenty i kiedy już robili obławę, za nimi pozostawały trupy. Zastrzelili sąsiada tylko za to, że w kieszeni miał wpiętą szarotkę. Innym razem zamordowali dwie rodziny pod lasem, gdyż mężczyźni zebrali się w jednym z domów na próbę kapeli. Tłumaczenia nic nie pomogły. Niemcy nie uwierzyli myśląc, że było to spotkanie konspiracyjne. Wieś żyjąc podwójnym życiem, wyczekiwała jednak końca wojny.”
PAWEŁ TALAGA, mieszkaniec Zembrzyc, urodzony 6 stycznia 1906 roku, tak wspomina lata wojny. „ Gdy wybuchła wojna, wraz z całą rodziną opuściliśmy Zembrzyce, kierując się w stronę Marcówki. 3 września 1939 roku przed południem usłyszeliśmy głośny wybuch. Okazało się później, że wycofujące się oddziały Polskiej Piechoty Górskiej wysadziły most na Skawie, aby opóźnić wkroczenie wojsk niemieckich do naszej miejscowości. Jednak Niemcy już następnego dnia sprowadzili saperów, którzy naprawili most. Około godz. 18 pierwsze patrole hitlerowskie przybyły do Zembrzyc. Po zrabowaniu miejscowych sklepów żydowskich Niemcy zakwaterowali się w mieszkaniach prywatnych i w Domu Wczasów Kolejowych. W czasie wojny działały garbarnie na użytek Niemców. Znaczna część mieszkańców garbowała też skóry nielegalnie, dzięki czemu przy odrobinie szczęścia mogliśmy przeżyć okupację. Po farbę jeździliśmy do Suchej lub do Krakowa. Gestapo robiło rewizje w domach. Wykrycie skór groziło zesłaniem w głąb Niemiec na roboty lub do obozów koncentracyjnych. Pod koniec października 1939 roku przy moście wiodącym przez Skawę Niemcy utworzyli przejściowy punkt graniczny między Gubernią a Rzeszą Niemiecką. Zembrzyce należały do Guberni, a Sucha do Rzeszy. Pamiętam doskonale stojący przy moście drewniany barak. Mieszkańcy wsi często przekraczali granicę nielegalnie, przechodząc przez Skawę. Czasem kończyło się to tragicznie. W 1943 roku zginął zembrzyczanin Julian Palarski, który usiłował przenieść przez granicę chleb i świece. W tym samym roku dzięki wójtowi Dankowi nastąpiła elektryfikacja wsi. Ileż było wówczas radości, że mogliśmy się cieszyć blaskiem światła. W lipcu 1943 roku wieś przeżyła pacyfikację. Na rynku ustawiono około 200 mężczyzn do rozstrzelania. Powodem był donos hitlerowcom, że w Zembrzycach działa konspiracja. Wójt Danek znowu okazał się dobrym człowiekiem. Urządził dla Niemców przyjęcie z dużą ilością alkoholu i przekonał ich, że żadna konspiracja we wsi nie istnieje. Podziemie jednak działało w postaci oddziałów Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Należałem wtedy do oddziału „Młody Las”. Roznosiliśmy mieszkańcom potajemnie prasę, lekarstwa, prowadziliśmy nasłuch radiowy. Bardzo pomagał nam ks. proboszcz Stanisław Wilk. Z wiadomości podanych przez radio dowiedzieliśmy się, że Armia Radziecka jest już bardzo blisko. Walki trwały 6 dni. 23 stycznia 1945 roku po zaciętych bojach Zembrzyce zostały wyzwolone. Przerażający był widok ciał żołnierzy radzieckich porozrzucanych po zamarzniętej Skawie i jej brzegach. Niektórzy z nich w rękach mieli broń, inni suche pajdy razowego chleba. Okoliczna ludność przewoziła zabitych ku kościołowi. Mężczyźni zajęli się kopaniem grobów na placu przykościelnym, skąd później zwłoki ekshumowano i pochowano w zbiorowych mogiłach w Wadowicach. Radość z wyzwolenia była wielka, chociaż toczyły się jeszcze walki z bandami Ukraińskiej Powstańczej Armii. Uruchamiano garbarnie, po odminowaniu uprawiano pola, remontowano sklepy, budowano coraz więcej nowych domów. Ludzie mimo wyczerpania wojną umieli pomagać sobie nawzajem w trudnych chwilach, byli dla siebie życzliwi, a dziś chyba trochę tego brakuje.”
WŁADYSŁAW KRZYSTOŃ, marcowianin, urodził się 19 marca 1919 roku. Wspomina, iż: „ w Marcówce nie stacjonowały wojska niemieckie. Jednak mieszkańcy wsi byli bardzo zapobiegliwi, gdyż w okolicach Lipowego wykonali olbrzymie fortyfikacje na wypadek, gdyby dowództwo hitlerowskie skierowało czołgi do Marcówki. Na Chełmie kryły się niewielkie grupy żołnierzy Armii Krajowej i Batalionów Chłopskich. Nocą partyzanci schodzili do wsi, prosząc o żywność i odzież. Mieszkańcy z narażeniem życia i groźbą spalenia miejscowości przez okupanta udzielali im pomocy. Każdy gospodarz musiał oddawać Niemcom żywność w postaci: bydła, zboża, mleka. Niektórzy z nich wypędzali zwierzęta daleko w las, aby ukryć je przed hitlerowcami. Sołtysem Marcówki był wówczas Michał Trzop. Do jego obowiązków należało m.in. rozdzielanie marmolady i miodu miejscowej ludności. Jeden z mieszkańców doniósł na niego Niemcom, że podziału dokonuje niesprawiedliwie. Okupanci chcieli pana Michała rozstrzelać, ale udało mu się zbiec. Oprawcy przeprowadzali w domach często rewizje. Podczas jednej z nich zabito Franka Gwiazdonia za to, że znaleziono w jego marynarce znak partyzancki. Skawa służyła nie tylko jako granica między III Rzeszą a Generalną Gubernią, ale także w niej Żydzi prali niemieckie ubrania. Przy wykonywaniu tej czynności musieli śpiewać: „Nasz Hitlerek złoty, nauczył nas roboty, bez mydła prać i o głodzie spać”. W styczniu 1945 roku żołnierze Armii Czerwonej IV Frontu Ukraińskiego po wyzwoleniu Palczy i Jachówki sforsowali Skawę, zajmując Zembrzyce i Marcówkę. Rosjanie wchodzili do domostw. Trzeba było ich zakwaterować, wyżywić. Wyzwolenie to była jedna z najbardziej radosnych chwil w życiu mieszkańców wsi. A po wojnie, no cóż, elektryfikacja Marcówki, budowa nowej drogi i mostu, praca na roli, budowa murowanych domów. Ludzie wreszcie po tylu latach mieli co jeść. Wracała powoli normalność życia”.
MARIA GOLEC, mieszkanka Zembrzyc, urodziła się 21 marca 1934 roku w domu przy ulicy Kolejowej. „We wczesnym dzieciństwie zapisano mnie do ochronki, która mieściła się w zembrzyckim dworku. Ochronkę założył ks. proboszcz Stanisław Kobyłecki, który wspomagał ją finansowo. Była rodzajem przedszkola prowadzonego przez Siostry Służebniczki Dębickie. Zajmowały się one też leczeniem chorych, gdyż w samych Zembrzycach nie było lekarza. Prowadziły również wspólnie z emerytowanymi nauczycielkami p. Skalickimi Towarzystwo Kobiet. Tam zembrzyckie gospodynie uczyły się haftu, gotowania itp. Nasza Ochronka wystawiała Jasełka i różne okolicznościowe przedstawienia. Jako małe dziecko pamiętam też, że przed II wojną światową moja babcia i mama wraz ze służącą przystrajały na święto 3 maja cały dom, a nawet rower mamy. Gdy wybuchła II wojna światowa, byłam zaledwie 6 – letnią dziewczynką. Mój dom stał na ulicy Kolejowej blisko drogi prowadzącej na dworzec kolejowy. Dlatego pamiętam, jak dzieci będące w Ośrodku Kolonijnym PKP „Na Willach” parami maszerowały na dworzec. Bardzo głośno płakały. Dzieci te, jak się później okazało, dostały nakaz natychmiastowego opuszczenia Ośrodka Wczasowego, gdyż Niemcy wkroczyli do Polski. Mój tato dowiedział się, że dzieci kolonijne z Zembrzyc dojechały tylko do Krakowa, a nie do miejsc docelowych innych miast Polski, w których mieszkały. Wiem to dlatego, bo ojciec mój jechał tym samym pociągiem do Krakowa jako powołany do wojska. Podczas służby trafił do niewoli rosyjskiej. Z niewoli uciekł i do domu wrócił w 1940 roku. W czasie II wojny światowej nasza wieś Zembrzyce należała do Generalnej Guberni. Za mostem na rzece Skawie była granica między Gubernią a Rzeszą. Na granicy Niemcy postawili strażnicę zwaną „zollamt”. Droga z Wadowic do Suchej była już w Rzeszy, a co za tym idzie, Sucha należała do Rzeszy. Zembrzyczanie w czasie okupacji oddawali Niemcom kontyngent: mleko, krowy, świnie. Istniał odgórny nakaz chowu zwierząt dla potrzeb okupanta. W październiku 1939 roku do Zembrzyc przywieziono wozami konnymi na rynek przesiedleńców z innych miejscowości. Były to rodziny Micorków, Gibasów. Pochodzili oni ze Ślemienia, Lachowic i Koconia. Wójt Zembrzyc pan Józef Danek rozlokował ich po zembrzyckich rodzinach. Po wojnie wrócili do swych rodzinnych wiosek. Wysiedleńcami, którzy znaleźli się w Zembrzycach, była też rodzina obecnego bp. Albina Małysiaka i on sam. Wtedy jeszcze ks. Małysiak uczył mnie religii. Prowadził też kuchnię dla najbiedniejszych. Wysiedleńcem aż z Warszawy był również przedwojenny sędzia Sądu Najwyższego pan Kruszyński z familią. Zamieszkał on w dworku we wsi. Jego córki do dzisiaj mieszkają w Wadowicach. W 1940 roku zostałam zapisana do szkoły podstawowej, która mieściła się w tym samym miejscu, gdzie obecnie stoi budynek Zespołu Szkół w Zembrzycach. Uczyliśmy się też w starej strażnicy na ulicy Kościelnej, jak również w moim domu rodzinnym. Mój ojciec udostępnił dwa pokoje na potrzeby nauki. Historii uczyły nas potajemnie panie Skalickie i pani Helena Wnęk. Pamiętam takie zdarzenie, po mszy panie Skalickie zostały zatrzymane przez żołnierzy SS i wyprowadzone na rynek nieopodal piekarni pana Zemlika. Ich wygląd sugerował pochodzenie żydowskie. Ówczesny wójt pan Danek poręczył osobiście za panie nauczycielki. Dzięki jego staraniom zostały one uratowane. Bardzo często w Zembrzycach na rynku pojawiały się ciężarówki i motory z uzbrojonymi, niemieckimi żołnierzami. Werbowali oni siłę roboczą na roboty do Niemiec lub na potrzeby własnej armii. Jako dzieci baliśmy się takich scen i woleliśmy ukryć się w domach. Okupacja to również czas godziny policyjnej. Trwała ona od godz. 20 do rana. Dom miał być zaciemniony. Okna zasłaniano kocami, storami. Na zewnątrz nie mogła przeniknąć nawet strużka światła. Efektem niestosowania się do zaciemnienia domu była wizyta celników niemieckich z psami. W 1943 roku Niemcy zabrali dwa dzwony z zembrzyckiego kościoła. Miałam to szczęście, że mój ojciec był fotografem. Robił zdjęcia również Niemcom. Dużo faktów rozgrywało się nie tylko na moich oczach, ale także wiele słyszałam. Wiem, że dużo dobrego uczynił dla mieszkańców wójt Danek. Poręczał za ludzi zatrzymanych przez hitlerowców. Ostrzegał przed rewizją panią Wojtanek, która ukrywała małego chłopca żydowskiego. Ów Żyd dzięki jej opiece i pomocy wójta żyje i mieszka obecnie w Nowym Jorku. Pamiętam, jak z moją babcią pieszo zanosiłam do Suchej na zamek zdjęcia wykonane przez mojego tatę dla Niemców tam stacjonujących. Bardzo się bałam. Miałyśmy specjalną przepustkę tzw. „kenkartę”. Pokazałyśmy ją na „zollamcie”. W 1945 roku zembrzyczanie powitali rosyjskich żołnierzy na rynku z ogromną radością. Ponieważ nasz dom stał blisko rynku, toteż Rosjanie zaraz znaleźli w nim zakwaterowanie. To co uważali za cenne, wynieśli z domu. Były to: dywany, zegary, itp. Z chwilą przyjścia żołnierzy Armii Czerwonej rozpoczęły się działania wojenne. Cała moja rodzina z sąsiadami skryła się w naszej murowanej, głębokiej piwnicy. W niej ukrywaliśmy się tydzień, podczas gdy na zewnątrz trwał front. Wówczas spłonęła prawie połowa ulicy Kolejowej: drewniane stodoły i domy. Moja babcia, aby powstrzymać pożar wyniosła na ulicę cudowny obraz Matki Bożej, który w naszym domu jest do dziś. Ów obraz powstrzymał rozprzestrzeniający się pożar. Wojna nie wywołała u mnie bardzo tragicznych przeżyć. Może dlatego, że moja babcia Maria Kopacz umiała znaleźć się w każdej sytuacji. Mówiła po niemiecku, pomagała innym. Wzięła na wychowanie i utrzymanie sieroty – chłopca i dziewczynkę. Pomagali oni mojej mamie w gospodarstwie i opiekowali się mną, moim bratem i siostrą. Traktowała ich na równi z nami, a my wychowywaliśmy się w poczuciu bezpieczeństwa. Nigdy nie byliśmy głodni lub nieszczęśliwi. Mój ojciec miał już przed wojną stolarnię, zakład tokarski, zakład fotograficzny i sklep. Mieliśmy stary dom i nowy murowany z warsztatem. Mąż mojej babci pracował w Ameryce. Przysyłał nam paczki, a babcia dzieliła się nimi z innymi. Po wojnie w naszej miejscowości kwitł specyficzny handel. Rosyjscy żołnierze rzeczy materialne wymieniali na zembrzycką skórę. W 1946 roku do Zembrzyc przyjechał oficer amerykański pochodzący z naszej wsi, który odwiedził swoich krewnych. Słyszałam, że ów wojskowy kierował transportem przewożącym ołtarz Wita Stwosza z Niemiec do Krakowa. W Zembrzycach ukończyłam szkołę 7 – klasową. Musiałam dojeżdżać pociągiem do Wadowic, aby skończyć ósmą klasę. Dalszą edukację podjęłam w Liceum Administracyjno - Handlowym w Suchej Beskidzkiej. Potem wyjechałam do Szczecina. Tam uczyłam się w szkole o profilu finansowym. Po jej ukończeniu dostałam tzw. nakaz pracy do Narodowego Banku Polskiego w Szczecinie.”
STEFANIA KARCZ urodziła się 29 grudnia 1923 roku. Mieszkanka Marcówki. „Druga wojna światowa wybuchła, kiedy miałam 16 lat. Już w latach 1938 i 1939 chodziły pogłoski o zbliżającej się wojnie. W Zembrzycach zbierano pieniądze na zakup karabinów maszynowych. Wszyscy mieszkańcy byli bardzo przerażeni, ale ja chyba nie zdawałam sobie sprawy z tego, czym jest wojna. W sierpniu, po ogłoszeniu mobilizacji, wielu marcowian odeszło do wojska. Na przystanek kolejowy odprowadzały ich z płaczem rodziny. Tak właśnie było i z moim tatą. Wojska przejeżdżające przez wieś powodowały, że przestraszeni ludzie opuszczali domy i uciekali głównie na przysiółki. 3 września wycofujące się oddziały polskie wysadziły most na Skawie. Ludzie opowiadali o nalotach, samolotach krążących bez żadnych przeszkód i zrzucających bomby. Zamieszanie i bałagan – mówili. Jedni twierdzili, że są to ćwiczenia, drudzy w panicznym strachu uciekali bez planu i sensu. W całej wsi panował wielki niepokój i zniecierpliwienie. Podczas okupacji rzemiosło garbarskie przeżywało rozkwit. W sąsiedniej wsi, w Zembrzycach, rozwinął się nielegalny ubój zwierząt. Skóry przerabiano na miejscu. Garbarnie pracowały na potrzeby hitlerowców. W czerwcu 1941 roku Niemcy uderzyli na ZSRR. Spowodowało to wzrost przygnębienia i zaniepokojenia co do dalszych losów. Słyszałam, iż w Bieńkówce i Jachówce Niemcy aresztowali około 40 osób, z których po wojnie powróciły tylko trzy. Wiem też, że po upadku Powstania Warszawskiego do Zembrzyc przybyło kilkanaście osób, które znalazły schronienie u miejscowej ludności. Mój mąż Antoni Karcz bronił naszej Ojczyzny przed niemiecką nawałnicą. Urodził się w 1915 roku (zmarł w 1995 r.). Kiedy wybuchła II wojna światowa, służył w wojsku. Po przejęciu przez Niemców władzy nad Polską wszyscy mężczyźni odbywający służbę wojskową zostali przewiezieni na północ, by walczyć pod Westerplatte. Gdy przegrali bitwę, władze niemieckie wywiozły ich na przymusowe roboty do Niemiec. Było im bardzo ciężko. Mąż postanowił nawet uciec stamtąd, ale go schwytano. Przebywał w Niemczech dwa lata. Potem, gdy zaistniała możliwość wymiany, jego brat zastąpił go i pracował tam jeszcze pół roku. Po wojnie wiele się zmieniło. Na początku nasze życie codzienne nie było łatwe, można by powiedzieć, że pozostawało jeszcze długo trudne i smutne. Jednak z czasem ludzie odbudowali to, co zostało zniszczone przez wojnę i choć nowa władza przytłaczała, starali się normalnie i uczciwie żyć.”
HELENA DUDOŃ, marcowianka, urodziła się 22 lutego 1917 roku. „Gdy wybuchła II wojna światowa miałam 22 lata. Wraz z mężem Michałem należeliśmy do Armii Krajowej. Nasze pseudonimy to Zalesiak i Zalesiakowa. Mieszkaliśmy w Marcówce, niedaleko od pasma góry Chełm, terenu działalności partyzantów o tej samej nazwie. W naszym domu były kolportowane ulotki, w których informowaliśmy ludzi o akcjach partyzantów, o działaniach na froncie, o klęskach wojsk niemieckich. Dom nasz był otwarty dla partyzantów, którzy mieli u nas schronienie i opiekę. Jednak nie ukrywam, że bardzo baliśmy się kontaktów z nimi, tym bardziej, iż za udzielanie im pomocy, straszono nas śmiercią i spaleniem domu. Wiele razy przewoziłam broń w 10 – litrowych dzbankach. Ulotki i trotyl potrzebny do wysadzania mostów ukrywane były w naszej stodole. Niemcy dowiedzieli się o konspiracyjnej działalności mojego męża. Z tego powodu musiał się długo ukrywać, gdyż okupanci chcieli go uwięzić. Mnie często hitlerowcy straszyli śmiercią. Przystawiając mi do głowy karabin, zmuszali, abym udzieliła im informacji o tym, gdzie ukrywa się mój małżonek. Pewnego dnia znaleźli się ludzie, którzy donieśli Niemcom, że mąż będzie jechał pociągiem. Na szczęście cudem udało mu się z niego uciec. Mój mąż działał w Armii Krajowej aż do zakończenia wojny. W 1946 roku otrzymał wiadomość od nowej władzy, gdzie ma się stawić. Więcej go już nie widziałam. Wszelki słuch o nim zaginął. Zostałam sama z dwójką małych dzieci. Było mi bardzo ciężko. Lata okupacji niemieckiej wycisnęły na moim życiu piętno bólu, który czuję do dnia dzisiejszego. Młode lata przeżyłam w lęku, strachu i biedzie. Teraz jest mi dobrze i dziękuję Bogu, że moje dzieci, wnuki, prawnuki mogą żyć w wolnej Polsce, takiej o którą walczył mój mąż, Zalesiak.”
JAN KULIGOWSKI, zembrzyczanin, urodził się 31 maja 1931 roku. „Sygnały o wybuchu wojny docierały do mieszkańców Zembrzyc różnymi drogami, głównie informacjami ustnymi. My 8-latki słyszeliśmy to od rodziców i starszego rodzeństwa. W mojej wyobraźni, jak pamiętam z opowiadań mamy, wojna znaczyła zabijanie ludzi, a to budziło strach. Nadchodził wrzesień, a ja nic nie robiłem sobie z tych wieści budzących przerażenie. Cudownie świeciło słońce, woda w Skawie i Paleczce była ciepła, wspaniale się kąpało. Chodziliśmy codziennie na grzyby, których było bardzo dużo. Graliśmy w piłkę. Paśliśmy krowy, kozy i specjalnie nie martwiliśmy się tym, co miało później nastąpić. Pierwszy sygnał, który wzbudził w Zembrzycach przerażenie, to była informacja, że zbliżają się do Zembrzyc wojska niemieckie. Wszystkim ludziom od lat 16 wzwyż wydłubują oczy i odcinają języki. To wzbudziło natychmiastową reakcję matek i ojców, aby 16-latki uciekały na wschód. Między innymi mój brat Marcin z rocznika 1924 wraz z innymi kolegami z Zembrzyc pieszo wyruszyli w kierunku Krakowa. W piękny słoneczny dzień pojawiły się odkryte małe samochody uzbrojone w karabiny maszynowe i kierowały się w kierunku Budzowa, Krakowa i Myślenic. Żadnego oporu ze strony polskich wojsk nie było. Okazało się, że informacja o wydłubywaniu oczu i odcinaniu języków była fałszywa. Po kilkunastu dniach, kiedy wojska niemieckie dotarły już do Sandomierza, spotkali naszych uciekinierów (16-latków) i przywieźli ich do Zembrzyc z powrotem łącznie z moim bratem Marcinem. Żaden nie miał wydłubanych oczu ani odciętego języka. Największy dramat w Zembrzycach przeżywali Żydzi. Po wkroczeniu Niemców musieli opuścić mieszkania, sklepy i wraz z dziećmi uciekali. Chowali się w piwnicach i w lesie. Donosiliśmy im żywność. Co się z nimi stało później, nie wiem i nie pamiętam. Hitlerowcy ulokowali się na „Willach” w dawnym ośrodku kolonijnym PKP. Okupant wytyczył granicę polsko – niemiecką na rzece Skawie, po lewej stronie była III Rzesza, a po prawej Generalna Gubernia. Budynek Urzędu Celnego znajdował się za mostem Skawy po stronie Rzeszy. W ten sposób zostaliśmy odcięci od krewnych i znajomych ze Suchej, Błądzonki, Tarnawy, Skawiec itd. Aby przekroczyć granicę, trzeba było mieć przepustki. Okres okupacji w Zembrzycach był na ogół spokojny, bez strzelaniny. Organizowały się niewielkie grupy partyzanckie. Zaradni mieszkańcy Zembrzyc garbowali skóry, chociaż za to groziła kara śmierci. Na ogół panowała bieda we wsi. W Rzeszy ludność miała lepsze warunki życia, ponieważ otrzymywała żywność na kartki. Z Zembrzyc do Rzeszy przekraczało się nielegalnie granicę poprzez Skawę, aby za skóry przynieść żywność dla rodziny. Nazywane to było szmuglem. Za przemyt skór groziła śmierć. Ile osób zginęło w czasie szmuglu, to wie tylko Skawa. Grozy wojny doświadczyłem na własnej skórze, gdy wojska radzieckie zmusiły armię niemiecką do odwrotu. Wcześniej musieliśmy na rozkaz Niemców pracować przy budowie zapór przeciwczołgowych od strony Budzowa. Resztki tych zapór można spotkać na rzece Paleczce. Był styczeń 1945 roku, mróz około 20°C, kiedy od strony Budzowa zaczęła nacierać czołgami Armia Czerwona. W Zembrzycach trwały walki. My siedzieliśmy w piwnicach. Po kilku dniach Niemcy wycofali się na Górę Tarnawską, zaś Rosjanie rozlokowali się po prywatnych domach i stodołach. Część mieszkańców Zembrzyc uciekła do Budzowa, Zachełmnej, Marcówki itd. Wkrótce opór Niemców został zlikwidowany, a ludzie z Zembrzyc powracali do swych domów.”
JULIA NOWAK, zembrzyczanka, urodziła się 11 czerwca 1927 roku. „II wojna światowa wybuchła 1 września 1939 roku. W tym czasie byłam w Budzowie, na łące zbierałam koniczynę. W pierwszym dniu, na znak wojny, zaczęły wyć wszystkie fabryki. Zrobił się straszny ruch na osiedlach. Kobiety bardzo płakały, ponieważ przychodziły kartki po mężów do wojska. Musieli się natychmiast ubierać, pakować i wychodzić z domów. Jeszcze do dnia dzisiejszego słyszę ten przeraźliwy płacz matek i dzieci. We wsi było bardzo smutno. Młodych chłopców wzięto do wojska. Pozostało tylko kilku starszych mężczyzn. Było to wielkie przeżycie dla wszystkich. Kobiety nie mogły dojść do siebie po stracie mężów, dzieci płakały po stracie ojców, a matki po stracie synów. W 1940 roku mój ojciec zachorował na zapalenie stawów. Mama sprowadziła lekarza, który stwierdził, że jego stan jest bardzo ciężki. Dwa dni później w święto świętego Szczepana wyruszyłam na nogach do Kalwarii Zebrzydowskiej po lekarstwa. Mieszkałam na Zarębkach, więc drogi było niemało. Wróciłam do domu późnym wieczorem. Całą zimę ojciec leżał w łóżku. Dopiero na Niedzielę Palmową poprawiło mu się trochę i poszedł do kościoła. Później chorował do jesieni, był bardzo słaby. Miejscowy lekarz skierował ojca do Krakowa do szpitala u Bonifatów. Tam leżał 5 tygodni. Pod koniec pobytu taty w szpitalu lekarz stwierdził, że nie ma dla niego ratunku. Ojciec wrócił do domu w poniedziałek, a dwa dni później we środę zmarł. Było to dla mnie wielkie przeżycie, wstrząs. Od tej chwili było nam bardzo ciężko. Nasi sąsiedzi okazali się złodziejami i ukradli nam zboże. Nie było co jeść. Aby trochę zarobić, handlowałam chlebem, który przywoziłam z Krakowa. W 1940 roku na rzece Skawie przebiegała granica. Naszą miejscowość włączono do Guberni. Przejście przez most nie było łatwe. Potrzebna była przepustka. Jednak nie wszyscy ją posiadali. Pamiętam, że w roku 1942, wraz z młodszą siostrą i matką chrzestną, pojechałam do Krakowa. Kupiłyśmy chleb i wracałyśmy do Borku na pociąg. Na ulicy wytworzyło się poruszenie. Ludzie zaczęli uciekać i krzyczeć, iż jest łapanka. Niemcy zamknęli bramy i nie było gdzie uciekać. Pewne panie z Krakowa wzięły nas do swojego mieszkania i schowały w toalecie. Na szczęście udało się, hitlerowcy nas nie schwytali. Miałam wtedy 15 lat. Nigdy nie zapomnę tego, co wtedy przeżywałam. Ale to jeszcze nie koniec, kiedy szłyśmy na pociąg, wzdłuż Wisły Niemcy zatrzymali nas i kazali nam otworzyć plecaki. Myśleli, że mamy w nich coś więcej niż tylko chleby. Po przeszukaniu puścili nas wolno. W czasie wojny Niemcy zabierali wszystko z domów. Nam wzięli konia, krowy, kozy i świnie. Niekiedy dawali za to wódkę lub naczynia. Po zakończeniu wojny ludzie zaczęli handlować, garbowali skóry. Zmienione zostały pieniądze. Zembrzyce bardzo się rozbudowały.”
SZCZEPAN MATUSZYK, mieszkaniec Zembrzyc, urodził się 21 grudnia 1919 roku. „Pochodzę z Tarnawy Dolnej. Przed wojną pracowałem w miejscowym zakładzie wojskowym, który później spłonął. Od lipca 1939 roku pełniłem służbę u księdza infułata w Krakowie. Gdy wybuchła wojna, wróciłem do domu, do Tarnawy. Nasza wieś należała do III Rzeszy, a graniczące z nią Zembrzyce do Generalnej Guberni. Aresztowała mnie żandarmeria niemiecka 30 grudnia 1942 roku. Zabrano mnie najpierw do Mucharza, a stamtąd zostałem przewieziony do Bielska na Gestapo. Tam podczas licznych przesłuchiwań byłem bity. Wraz z innymi więźniami zamknięto mnie w piwnicy. Następnie musieliśmy maszerować na plac „kryminal polizai” i siedzieliśmy tam w celach przez całą noc. Byliśmy bardzo głodni, rany bolały, ale najbardziej bolał strach. Z Bielska przewieziono nas do niemieckiego obozu w Oświęcimiu, czyli Auschwitz. Najpierw przeprowadzono nas przez główną bramę obozową. Jeden z niemieckich oficerów odczytał nam, że zostaliśmy skazani na pobyt w obozie pracy. Następnie zaprowadzono nas do niewielkiego pomieszczenia umywalni. Tam hitlerowcy kazali nam rozebrać się do naga i umyć zimną wodą. Później wszyscy zostaliśmy ogoleni do łysa. Dali nam tzw. „pasiaki”, czyli ubrania dla więźniów. Jako więzień polityczny otrzymałem numer 85257. Przetransportowano nas do bloku na tzw. kwarantannę, gdzie przebywaliśmy dwa tygodnie. Po tym czasie przeszedłem na blok nr 2. Potem przewieziono nas na Comando Bauhow. Tutaj pracowałem przy wyładowywaniu z wagonów towarów budowlanych. Sami musieliśmy gołymi rękami dźwigać tarcicę, wapno, cegłę. W obozie w Oświęcimiu o piątej rano była pobudka. Wtedy gnano nas do umywalni. Było zimno, woda lodowata. Na śniadanie dostawaliśmy litr herbaty i kawałki chleba. Później wychodziliśmy na plac i czekaliśmy na apel, który odbywał się zawsze bez względu na pogodę i porę roku. O godzinie siódmej wychodziliśmy do pracy. Beczki z zupą przywożono w południe. Pożywienie to nazywano „lura-zupa”. Pracowaliśmy do godziny szesnastej. Wieczorem znowu był apel. Za każdym razem liczono więźniów. Staliśmy na baczność, bez czapek. Po apelu kazano się rozejść na bloki. Kolację wydawano o dziewiętnastej. Dostawaliśmy ćwiartkę chleba, kawałek sera lub margaryny. O godzinie dwudziestej drugiej zaczynała się cisza nocna. Najgorzej było zimą. W blokach panował chłód. Byliśmy zmęczeni, głodni, zziębnięci, paraliżował nas strach. Pamiętam, jak w obozie w Auschwitz zabrano nas (kilku więźniów z jednego bloku) i zaprowadzono na plac. Nie wiedzieliśmy, że mamy być zagazowani. Czuliśmy jednak, iż dzieje się coś niedobrego. Wywołano nas (nasze numery). Niemcy byli szczególnie nieprzyjemni. Zaprowadzono nas przed blok, gdzie ludzie byli gazowani. Do końca nie wiedzieliśmy, co się szykuje. Nagle przyszedł Niemiec z jakimś dokumentem. Odprowadzono nas z powrotem do bloku. Jeden z więźniów, (z innego bloku), przyniósł nam bochenek chleba, w którym umieszczona była kartka z treścią „mieliście być zagazowani, lecz przyszło zawiadomienie z Berlina, żeby to odwołać”. Opatrzność czuwała nad nami. Cudem uniknęliśmy śmierci. W obozie w Auschwitz przebywałem od 31 grudnia 1942 roku do 19 września 1944 roku. Później przewieziono mnie do obozu w Mauthausen, w Austrii. Byłem w nim aż do wyzwolenia tj. do 5 maja 1945 roku. Trochę inaczej było w tym obozie niż w Oświęcimiu. Po przybyciu do Mauthausen ulokowano mnie w jednym z 30 drewnianych baraków. Otrzymałem numer 102022. Chodziliśmy codziennie do pracy do kamieniołomów. Stanowiliśmy transport, przenosząc kamienie na ramionach. Policzyłem było tam 186 schodów. Wynosiliśmy kamienie na plac obozowy, skąd były zabierane i transportowane w głąb Niemiec. W listopadzie 1944 roku zostaliśmy przewiezieni do Winer Najschtad, stanowiącej filię obozu Mauthausen. Tam pracowaliśmy przy reperacji hali oraz budowie łodzi. Wyzwolili nas żołnierze amerykańscy. W obozach przebywałem z więźniami różnych narodowości. Byli wśród nich Niemcy, Francuzi, Grecy, Żydzi, Romowie, Norwegowie, Rosjanie. Dzieliliśmy wspólny czas. Nie było między nami żadnych różnic. Jedni byli słabsi inni silniejsi. Kiedy było bardzo ciężko, jeden drugiego pocieszał, podtrzymywał na duchu. Pomagaliśmy sobie, dzieliliśmy się chlebem. Czasem nawet wspólnie śpiewaliśmy, opowiadaliśmy o swoich rodzinach. Każdy miał nadzieję, że jakoś dotrwamy do końca. Niektórzy nie przeżyli. Najbardziej prześladowano Żydów. Inni w tym Polacy, też nie mieli lekko. Było ciężko, bardzo ciężko, więźniowie chorowali, byli bici, wiele godzin trwały apele (czasem na mrozie). Wielu współtowarzyszy niedoli zginęło podczas masowych egzekucji. Młodzi ludzie wyglądali jak starcy. Byli wychudzeni, posiadali zmarszczki na całym ciele. Czasem ktoś płakał. Zawsze w trudnych chwilach pomagaliśmy sobie wzajemnie. I to chyba pozwoliło nam przetrwać. Przy każdej okazji dziękuję za to Bogu. Po wyzwoleniu obozu przez Amerykanów wróciłem do Tarnawy. Byłem w domu, bardzo szczęśliwy. Ludzie nie wiedzieli, jak to było naprawdę w obozie. Opowiadałem im o tym, co przeżyłem, płakaliśmy i cieszyliśmy się, że jest koniec wojny. W 1947 roku ożeniłem się w Zembrzycach z Jadwigą z domu Świerkosz. Moja żona niestety już zmarła.”
KAZIMIERZ FIDELUS urodził się 1 stycznia 1928 roku w Zembrzycach. Był absolwentem Wyższej Szkoły Wychowania Fizycznego w Krakowie. Wykładał w Warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego. Zajmował się głównie zastosowaniem biomechaniki w sporcie, rehabilitacji i ergonomii. Napisał wiele prac naukowych z tej dziedziny. Zmarł 5 grudnia 1998 roku w Warszawie. Okres okupacji wspomina następująco: „Dzień był pogodny. Słońce mile uśmiechało się muskając swymi promieniami fale wartko płynącej rzeki Skawy. Opodal stał most drewniany, na którym przykuwała uwagę tablica z napisem „Halt! Die übersehreitung der Grenze ist verbaten!.” Wrażenie moje po przeczytaniu tych słów spotęgował jeszcze żołnierz stojący na straży swego „Heimatu”. Postać jego przypominała śmierć. Chudy, wysoki, oczy zapadłe, a nade wszystko karabin, który trzymał jak kosę i wymachiwał nim do taktu: „Wenn wir fahren...” Szedłem przez most z paszportem w ręku i plecakiem na plecach. Z plecaka słychać było od czasu do czasu głuche dudnienie bańki przeznaczonej na naftę. Nafta była celem mojej podróży do sąsiedniego miasteczka Suchej. Zembrzyce od Suchej oddzielała wcześniej opisana tablica i żołnierz pilnujący, aby jej nikt w tym miejscu nie ruszył. Na granicy spotkał mnie cały korowód słów, wypowiedzianych łamaną gwarą śląską: „A wy kej idziecie? Co chcecie szmuglować?.” Wykręcałem się, jak mogłem stwierdzając, że idę do pola, które oddzieliła mi ta granica i mam zamiar go uprawiać. Na to odrzekł mi ów Niemiec: „Te wykręty to się wam wnet skończą. Wszystkie pola, co są po stronie „Reichu”, będą przeznaczone na rzecz naszych bauerów”. Po tych słowach puścił mnie, nie pytając nawet o pieniądze. Słowa te, usłyszane z ust ówczesnej władzy, zrobiły na mnie wielkie wrażenie, ponieważ zembrzyczanie byli małorolni, a tu jeszcze chcą im pola odebrać. Pocieszałem się tylko, że szmugiel idzie nieźle i da się coś niecoś zarobić. Tuż za zollamtem znajdowała się stacja, z której pociąg miał mnie zawieźć do Suchej. Podróż odbywała się bez przeszkód. Mogłem zatem zdjąć swój ciężar z pleców i podziwiać piękne położenie Zembrzyc. Kotlina w kształcie elipsy, otoczona wokoło górami, które pokrywają lasy i pola uprawne. Środkiem snuje się srebrzysta wstęga rzeki Skawy. Po obu jej stronach rosną zagajniki wierzbowe, pełniące rolę naturalnej ochrony wioski przed wylewami w czasie roztopów. Nad Zembrzycami unoszą się lekkie dymy. To dymi garbarnia, która jest podstawą przyszłości Zembrzyc. W Suchej rewizja „A skąd ta bańka? Przecież ją czuć naftą, to jest szmugiel! Z nami na komisariat! Do przesłuchania!.” Wtem rozległ się przeraźliwy gwizd syreny alarmowej. Na stacji zrobiło się piekło. Przez tubę ogłaszają alarm. W jednej chwili zniknęli wszyscy stróże bezpieczeństwa od szmugla, chowając się jak krety pod ziemią. Oczywiście ja z naczyniem, w którym miał być materiał łatwopalny „nawiałem” też ze stacji. Bombardowania wprawdzie nie było, lecz Niemcy sparzywszy się raz na gorącym, dmuchali potem na zimne. Samo kupno nafty poszło bardzo łatwo. Niedługo więc znalazłem się w drodze powrotnej. Szedłem polami, aby ominąć celników. Ich nosy na pewno nie zniosłyby zapachu nafty i ja mógłbym czuć zapach niemiłej zgnilizny w celi więziennej. Jasne dotychczas niebo przepruł niemiecki Messerschmit, a w ślad za nim wtoczyły się chmury popędzone przez wiatr. Niebo zaciągało się coraz cięższymi chmurami. W pewnym momencie błyskawica szeroką strugą przeorała powstały zmrok i z góry lunęło deszczem. Droga wiodąca przez wyboje stała się uciążliwa. Jesienny wiatr dął przenikliwie przez przemoczone ubranie i przejmował moje ciało chłodem. Byle jak najszybciej przez Skawę! Za pół godziny wody przybiorą i rzeka zastąpi wszystkich celników, nie przepuszczając nikogo. Śliska droga, nafta chlupocząca na plecach i mokre ubranie zwisające na drżącym ciele, utrudniało w znacznej mierze przyśpieszenie kroku. Szeroka wstęga wody pełniła rolę magnesu i przyciągała wszystkie pioruny, które raz po raz biły w nią potęgując siłę żywiołów. Wreszcie wsunąłem się w nadbrzeżny zagajnik i do moich uszu doleciał groźny szum wody. Skawa górska rzeka przybrała w ciągu kilku minut barwę żółtą i niepospolitą siłę. Ubranie moje było zupełnie mokre, a nafcie w bańce nic się stać nie mogło. Bańka jednak ciągnęła mnie do tyłu. Ostrożnie wkroczyłem w wodę mierząc, co chwilę jej głębokość. Mniej więcej w połowie rzeki woda sięgała mi powyżej pasa. Ubranie łamało moje ruchy, a bańka wytrącała z równowagi. Nagle trafiłem na głębsze miejsce i całym ciężarem ciała upadłem do wody. Bańka wraz z czapką popłynęły do Gdańska, a ja zatoczywszy kilka kręgów, zostałem wyrzucony na przeciwległym brzegu. Dzwoniąc zębami z zimna w tygrysich skokach dostałem się do domu. Skutek mego szmuglu był taki, że przeleżałem tydzień w łóżku, przeklinając Niemców i ich wspólników. ( W tym przypadku wcieloną do Rzeszy rzekę). Dni spędzone w czasie okupacji na ciężkiej pracy i tajnym nauczaniu nie należały do przyjemnych chwil w mym życiu. Jedyną moją rozrywką był sport, który uprawiałem w dni wolne od pracy, czyli w niedziele i święta. Szczególnie lubiłem grać w piłkę nożną”.
MIECZYSŁAW KULAK urodził się 12 marca 1934 roku. Mieszkaniec Marcówki. Lata wojenne wspomina następująco: „ Pewnego dnia widzieliśmy, jak Niemcy szli do lasu. Był to dziwny widok, bo zazwyczaj bali się lasów. Nogi marzły im w śniegu po kolana. Ojciec posłał wtedy moją siostrę Irenką z półlitrówką wódki, aby zaniosła hitlerowcom dla rozgrzania. Ostrzegali ją, zatrzymywali, żeby się nie zbliżała. Jednak Irenka pokazywała Niemcom pokojowe gesty, a następnie gorzałkę. Bali się ją pić, gdyż myśleli, że jest zatruta. Po chwili wypili ją na pewno z zimna i z głodu. Niemieccy żołnierze często robili obławy na marcowskie domy, głównie tam, gdzie podejrzewali, iż mogą ukrywać się partyzanci. U Gwiazdonia odkryli jednego partyzanta. Prowadzili go okopem do szkoły w Marcówce. Potem został rozstrzelany. Pamiętam, jak mój ojciec włożył cenne wtedy skóry pod siennik, na którym spaliśmy. Wczesnym rankiem Niemcy weszli do naszego domu z latarkami, bo było jeszcze ciemno. My, dzieci, spaliśmy, dlatego nas nie budzili. Skór nie odkryli!. Podobnie robiliśmy z mięsem. Chowaliśmy je w stodole w sianie. Tam nie sprawdzali. Kiedyś uciekaliśmy ze skrzynią, w której znajdowała się świnia. Na zembrzyckim moście usytuowana była granica tzw. „zollamt”. Przechodził ją tylko ten, kto miał odpowiedni dokument. Wielu ludzi omijało granicę, przepływając przez Skawę. Tak robiła też moja mama. Udawała się do Rzeszy, aby kupić coś do jedzenia. Któregoś dnia Niemcy ją schwytali i osadzili na trzy miesiące w więzieniu w Wadowicach. Przez ten czas jedliśmy czarną zacierkę i twarde ziemniaki”.
CZESŁAWA KULIG urodziła się 18 stycznia 1934 roku. Mieszkanka Zembrzyc. O okupacji opowiada następująco: „Pierwszych żołnierzy niemieckich zobaczyłam na stacji kolejowej w Skawcach. Byłam tam z moimi koleżankami. Byłyśmy bardzo przestraszone, gdyż Niemców było dużo. Potem utkwiło mi w pamięci, jak oprawcy zabrali nam jedyną krowę. Babcia bardzo rozpaczała, bo to była jedyna żywicielka. Musiała ją odstawić na spęd do Kalwarii i dostała za nią parę butelek wódki, tak zresztą jak wszyscy, którzy tam swoje krowy odprowadzili. Chodziłam do szkoły. Z matematyki uczyliśmy się tylko liczyć do stu. Z języka polskiego korzystaliśmy ze „sterów”. To było takie wydanie książkowe w formie gazety. W czwartej klasie była jeszcze przyroda o zwierzętach i roślinach. Historii i geografii nie wolno było uczyć nawet w starszych klasach. W czasie okupacji Niemcy w granatowych mundurach dokonywali rewizji w domach. Podczas jednej z nich zabrali mojego wujka i wszystkich sąsiadów płci męskiej w średnim wieku. Zgromadzili ich na zembrzyckim rynku, po czym wezwali wójta, aby zaświadczył, że są mieszkańcami gminy, a żaden z nich nie jest partyzantem. Następnie wypuścili ich do domów. Mieli ogromne szczęście. Sporo mieszkańców naszej miejscowości zostało wywiezionych do Rzeszy na przymusowe roboty. Wywożonymi ludźmi były przeważnie młode kobiety i mężczyźni. Pewnego dnia poszłam z koleżankami na stację kolejową w Skawcach. Widziałam tam w wagonach towarowych ludzi. Jedna z kobiet, myślę, że była Żydówką, pokazała nam czteroletnią dziewczynkę w zakratowanym otworze wagonu. Podałam jej parę jajek w papierowej torebce, a ona wyrzuciła mi przez otwór dziecinne pończochy. Hitlerowcy w tym czasie nie przepędzali dzieci ze stacji, ale dorośli bali się tam zbliżać, ponieważ Skawce to była Rzesza, a Zembrzyce były w Guberni. Ówczesna granica przebiegała na rzece Skawie, a na moście był „zollamt”, czyli strażnica graniczna. Ludność Zembrzyc była pozbawiona dostępu do przystanku kolejowego. Ogólnie przez całą okupację żyliśmy w dużym strachu, bo nie wiadomo było, co przyniesie następny dzień. Dlatego mieszkańcy Zembrzyc na wiadomość o zbliżających się wojskach radzieckich byli uszczęśliwieni. Pamiętam, jak w styczniu 1945 roku w godzinach wieczornych wyszli na ich spotkanie poza wieś między Budzowem, a Zembrzycami. Witali ich radośnie ze śpiewem i oklaskami jak wyzwolicieli i przyjaciół. Radość nie trwała długo, bo właśnie w Zembrzycach wojska natrafiły na opór Niemców, którzy posiadali okopy za Skawą. Od strony Suchej także byli ostrzeliwani. Do Zembrzyc nadciągały coraz większe posiłki wojskowe i pamiętam, że całe ulice i drogi były zapełnione wojskiem oraz sprzętem wojskowym. Kwatery mieli w prywatnych domach. Większość mieszkańców uciekła do Marcówki. Niektórzy skryli się w przysiółku Zarębki albo w piwnicach. Walki trwały kilka dni. Zginęło dwóch, może trzech mieszkańców Zembrzyc i kilkunastu żołnierzy radzieckich, którzy zostali pochowani przy kościele w Zembrzycach. Kiedy front przesunął się w stronę Wadowic i dalej na zachód, ludzie zaczęli wracać do domów. Usuwali zniszczenia, naprawiali, co było trzeba, a na wiosnę wyszli w pole orać i siać. Poszłam do szkoły z innymi dziećmi do klasy czwartej. Nie miałam dużych braków. Gorzej było z tymi, którzy chodzili do starszych klas, bo umieli tylko czytać, pisać i liczyć do stu, więcej nie wolno było uczyć za okupacji polskich dzieci”.
ANNA GALOS urodziła się 2 lipca 1928 roku. Mieszkanka Zembrzyc. Wspomina, iż „w czasie okupacji każde siedlisko miało gospodarza, który był odpowiedzialny przed bauerem za wykonanie jego poleceń. Wiele było w tym czasie zakazów. Nikt nie mógł posiadać np. młynka do mielenia zboża, maśniczki do robienia masła. Nie wolno było zabijać zwierząt gospodarstwa domowego do jedzenia. Każde tego typu przewinienie groziło różnymi sankcjami, przede wszystkim przesiedleniami, stosowaniem okrutnych tortur, a nawet wywozem do niemieckiego obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu czyli Auschwitz. Ludzie musieli jakoś żyć, więc każdy pomimo, że wiedział co mu grozi, coś tam schował, a to maśniczkę, a to żarna, aby ukradkiem nocą zemleć trochę mąki na zacierkę. Pamiętam, że w siedlisku, w którym mieszkałam, brat poskarżył na brata, iż ma własne żarna i maśniczkę. Nocą przyjechało wojsko, obstawili cały dom i zrobili rewizję. Wszystkie te przedmioty znaleźli. Sąsiada zabrano na policję i już stamtąd nie wrócił. Potem zesłano go do obozu koncentracyjnego w Auschwitz i słuch po nim zaginął. Jego dorosłe dzieci wywieziono na roboty do Niemiec, po wojnie powróciły do domu. Mój sąsiad, wtedy młody małżonek, miał nakaz stawienia się celem wyjazdu na roboty do III Rzeszy. Nie chciał tam jechać. Postanowił się ukrywać. Zniknął. Nie było go przez całą okupację. Dopiero po wojnie okazało się, że na pobliskim wzgórzu wykopał ziemiankę i w niej przeżył całą wojnę. Nocami przekradał się czasem do żony, aby dała mu coś do jedzenia. Dniami siedział w tej ziemiance. Nie wiem, skąd się o nim dowiedzieli Niemcy, że żyje. Kilka razy robili na niego obławy, ale go nie schwytali. Podczas jednej z nich przebywał w domu, który właśnie Niemcy przeszukiwali. Ukrył się na strychu pod słomą. Niemcy przerzucili jej część, na szczęście nie tę pod którą był skryty. Ziemianka, o której opowiadam, zachowała się jeszcze długo po wojnie. Dzieci z okolicy, również moje, bawiły się w jej wnętrzu. Z biegiem czasu została zburzona, gdyż obawiano się, aby kogoś w niej nie zasypało. Rzeka Skawa podczas okupacji była granicą dzielącą Rzeszę od Guberni. W tej ostatniej ludziom żyło się lepiej, dlatego jeśli ktoś miał pieniądze, mógł sobie załatwić przesiedlenie. Moi sąsiedzi właśnie w ten sposób zostali przesiedleni z Koźla do Zembrzyc. Wielu mieszkańców przekraczało granicę nielegalnie w nocy przez rzekę. Robili to, aby zdobyć jedzenie lub szmuglowali coś, aby zarobić. Czasem się nie udawało. Za nielegalne przekraczanie granicy groziła kara śmierci lub zsyłka do obozu koncentracyjnego. Wiele osób straciło życie w trakcie przeprawy przez rzekę. Podczas okupacji już od 14 roku życia wszyscy musieli pracować. W tym czasie byłam bardzo drobna, toteż zostałam przydzielona do oraczy, aby poganiać woły. Całymi dniami trzeba było chodzić z tymi wołami, aż się orka i siewy skończyły. Moja siostra bliźniaczka pracowała na zamku w Suchej, gdzie wówczas mieściła się szkoła dla młodzieży niemieckiej. Bardzo się bała tam pracować, gdyż niejednokrotnie była przez nich zaczepiana. Niemcy biegali po zamku, strzelali do obrazów wiszących na ścianach. Moja sąsiadka, która wychowywała małe dziecko, pasła wszystkie krowy z całego siedliska. Swoją pociechę nosiła ciągle ze sobą. Codziennie chodziłyśmy z koleżankami do Tarnawy, gdzie mieszkał baor i zanosiłyśmy mu w bańkach mleko. Zbliżający front poprzedziły łuny pożarów i wybuchy granatów. Koźle jest podzielone na dwie części, położone na dwóch wzniesieniach. Kiedy przyszedł front w tej części Koźla, w którym mieszkałam wraz z rodziną, swoje pozycje miały wojska niemieckie, a na drugim wzniesieniu rozlokowane były oddziały radzieckie. Ludność cywilna mieszkała w piwnicach. Walki trwały kilka dni. Żołnierze niemieccy w tym czasie, odnosili się do ludzi tam mieszkających dobrze. Niejednokrotnie uprzedzali nas o tym, że będą toczone walki. Radzili nam żebyśmy się ukryli. Rzucali w stronę sowiecką granatami zapalającymi, dlatego bardzo dużo domów po tamtej stronie spłonęło. Sowieci początkowo nie mieli takiego uzbrojenia. Później na drugie wzniesienie wtoczyli działo dużego kalibru. W tym momencie szala wygranej przechyliła się na stronę radziecką. Wystrzelono z tego działa kilka pocisków w stronę niemiecką. Gdzie padła bomba, wszystko rozsypywało się w drobny mak. Parę domów zamieniło się w gruzy. Ludzie pragnęli przedostać się poza linię frontu. Niestety, wszędzie były rozstawione straże niemieckie. Walka była zacięta, ale na szczęście przyszła noc. Pod jej osłoną paru osobom udało się zbiec do rodziny Wójcików, mieszkającej po drugiej stronie frontu. Mnie z rodziną również tam przeprowadzono. Wkrótce wszystko ucichło. Wojska radzieckie pokonały hitlerowców. Gdy wracaliśmy do domu, po wojskach niemieckich nie było śladu. Wszędzie natomiast byli żołnierze radzieccy. W kilkunastu domach, również w moim, znaleźli lokum. Musieliśmy ich żywić, ubrać i zapewnić miejsce do spania. Front przesuwał się dalej. Wojska radzieckie opuściły miejscowość podążając na sąsiednie tereny, aby je wyzwolić. W miarę, jak front się oddalał i zbliżał się koniec wojny, ludzie zaczęli powracać do swoich domów. Sąsiedzi wracali po kolei z robót z Niemczech. Z łagru sowieckiego uciekł i wrócił do Polski brat męża mojej siostry. Był strzępem człowieka, zarówno pod względem fizycznym jak również psychicznym. Musiał się dalej ukrywać, ponieważ o tym, że zbrodni i napaści na naszą Ojczyznę dokonał też Związek Radziecki, nie wolno było wówczas mówić. Jeden z braci wujka był księdzem i to on ukrywał brata. Sąsiadce, w sowieckim łagrze zginął ojciec, który był oficerem wojska polskiego. Najprawdopodobniej dostał się do niewoli w pierwszych dniach wojny. Potem wywieziony został do Katynia i tam zginął. Po zakończeniu wojny przyszedł czas na nową władzę i nowe porządki. Rozprawiono się z tymi, którzy współpracowali z okupantem. W drugim siedlisku była jedna taka rodzina. Chłopcy z tej rodziny służyli w niemieckim wojsku. Ci, którzy przeżyli, nie mieli powrotu do kraju i musieli zostać za granicą. Rodziców osadzono w więzieniu. Nowa władza socjalistyczna ustanowiła obowiązkowe dostawy z gospodarstwa rolnego. Każdy rolnik musiał oddać do skupu określoną ilość zboża i mięsa. Ludziom żyło się na ogół bardzo ciężko. Odbudowywano spalone i zniszczone domy. Nowe przeważnie budowano z drewna, gdyż był to wtedy najbardziej dostępny budulec. Zaraz po wojnie nie było zbyt dużo miejsc pracy, ale z biegiem czasu sytuacja ta uległa znacznej poprawie. Ludzie w okolicy po kryjomu garbowali skóry, ponieważ władza ludowa tego zabraniała. Często robiono na nich obławy i karano. Płacili kary i dalej robili to samo, gdyż z tego żyli oraz coraz bardziej się bogacili. W lasach gospodarze posiadali bimbrownie, gdzie pędzili samogon, który potem sprzedawali. W 1955 roku na Koźlu założono już światło i zaczęły w domach pojawiać się pierwsze odbiorniki radiowe. Najbardziej pożądaną stacją było radio Wolna Europa. Za jej słuchanie groziła kara. Audycje były ciągle zakłócane. Pomimo to słuchaliśmy Wolnej Europy, ponieważ tylko ona mówiła prawdę o ówczesnej sytuacji społeczno – politycznej i gospodarczej Polski. W miarę upływu czasu ludziom żyło się lepiej. Praca była marnie płatna, ale na skromne życie wystarczało. W zakładach, fabrykach pracowali przeważnie mężczyźni. Kobiety dbały o dom, męża oraz dzieci i jakoś się żyło. Sądzę, że dla mnie teraz jest gorzej. Przedtem miałam lekarstwa za darmo, w szkole dzieci miały wszystko. Każdy miał pracę. Nie było ludzi bezdomnych i głodnych. Demokracja tak, tylko w innym wydaniu.”
EDMUND BOCZEK urodził się 1 października 1930 roku. Mieszkaniec Zembrzyc. Lata okupacji i wojny wspomina następująco: „W Zembrzycach do południa 29 sierpnia 1939 roku wszyscy mężczyźni powołani na wojnę zostali zebrani na rynku. Był on cały zapełniony ludźmi. Odchodzących na wojnę żegnały żony, córki oraz przyjaciele. Mieszkańcy śpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”, wykrzykiwali, że dopadną Hitlera. Następnie orkiestra strażacka i rodziny odprowadziły powołanych na dworzec kolejowy w Zembrzycach. Pamiętam, iż kilka dni wcześniej komisja wojskowa urzędująca w pobliżu domu kościelnego, za figurką Pana Jezusa Frasobliwego, pobierała konie do wojska z Zembrzyc i okolicznych wsi. Jak wiadomo, nikt z mężczyzn z Zembrzyc na froncie w bezpośredniej walce z Niemcami nie zginął, natomiast prawie wszyscy dostali się do niewoli niemieckiej. Jako jeńcy wojenni pracowali w różnych fabrykach oraz w majątkach na wsi. Istniało takie prawo u Niemców, iż można było za pracującego jeńca wojennego wysłać w zamian do pracy zdrowego mężczyznę. Wtedy jeniec wojenny wracał do domu, do rodziny. W Zembrzycach prawie wszyscy żołnierze polscy zabrani do niewoli wrócili do domu w pierwszych latach wojny. Rodzina zbierała pieniądze, płaciła jakiemuś chętnemu mężczyźnie, przeważnie bardzo biednemu, który jechał do Niemiec, do danego zakładu pracy, a jeniec wojenny wracał bez żadnego problemu do domu rodzinnego. Pierwszego września, kiedy wybuchła wojna i wiadomość ta dotarła do ludności zembrzyckiej, we wsi wybuchła panika. Zembrzyczanie pozostawiali majątki i uciekali przeważnie do Zachełmnej i do Marcówki. Żydzi zaś, których we wsi mieszkało około 100, powędrowali na wschód. Po pewnym czasie powrócili jednak wszyscy, oprócz najbogatszej rodziny żydowskiej w Zembrzycach, Wichnerów, nazywanych Gibasami. Moja familia pozostała w komplecie, oprócz brata Karola, który poszedł na wojnę wraz z 12 pułkiem piechoty z Wadowic oraz ojca, który uciekł na wschód z zamiarem zaciągnięcia się do wojska. Chciał bronić naszej Ojczyzny. Wszędzie odmawiano mu przyjęcia, gdyż był inwalidą wojennym. Doszedł aż pod Chełm Lubelski. Do domu powrócił w końcu września. Trzeciego września wycofujące się oddziały polskiej piechoty górskiej o godzinie 10 wysadziły most na rzece Skawie i tyle było działań wojennych w rejonie Zembrzyc. Czwartego września pojawiły się pierwsze patrole niemieckie na motocyklach, na drodze w kierunku Suchej. Dojechały pod uszkodzony most. Niemcy sprowadzili natychmiast saperów i naprawili most w tym samym dniu. Przejechało po nim wojsko niemieckie do wsi. Pierwszy samochód pancerny wjechał na rynek w Zembrzycach około godziny 18. Po zatrzymaniu się wyszedł z niego oficer niemiecki i podszedł do dwóch starszych mężczyzn siedzących na murku koło świątyni. Zapytał ich, co się stało z ludnością. Wtedy jeden z mieszkańców znający język niemiecki poinformował Niemców, iż mieszkańcy uciekli ze strachu przed wojskiem III Rzeszy. Hitlerowcy wydali rozkaz, aby zembrzyczanie powrócili do swoich domostw. Żołnierze niemieccy zdewastowali żydowskie sklepy, zrabowali Dom Wczasów Kolejowych i magazyn żywności, mieszczący się w Domu Ludowym. Najbardziej okupanci poniewierali Żydów. Bito ich po twarzy, kopano, poniżano wulgarnymi słowami. W 1943 roku załadowano Żydów na furmanki i wywieziono w rejon Jordanowa, gdzie zostali rozstrzelani. W Zembrzycach funkcjonował posterunek policji granatowej. Jego komendantem był Pandlowski. Wójtem został Józef Danek. Wcześniej pełnił on obowiązki sołtysa wsi i był współwłaścicielem miejscowej garbarni. 26 października 1939 roku Hitler dokonał podziału okupowanej Polski. Zachodnią część wcielono do Rzeszy Niemieckiej, a z pozostałej części została utworzona tzw. Generalna Gubernia. Granica między tymi dwoma tworami w rejonie Zembrzyc przebiegała na rzece Skawie. Sucha, Tarnawa, Wadowice zostały w Rzeszy, a Zembrzyce w Guberni. Na początku października powrócił do domu brat Karol, o którym wcześniej wspomniałem. Uciekł on z niewoli rosyjskiej. Sytuacja materialna i bytowa w mojej rodzinie pogarszała się, gdyż Niemcy nie płacili mojemu ojcu renty oraz zabrali krowę. W Zembrzycach, w celu ochrony granicy Rzeszy na Skawie i obsługi przejścia granicznego za mostem, stacjonowała niemiecka jednostka wojskowa. Aby przejść przez granicę, należało posiadać przy sobie paszport. Moja mama taki paszport miała, ale po pewnym czasie jego ważność się skończyła, a w domu nie było co jeść, więc przekroczyła granicę nielegalnie, idąc kupić ziemniaki do Śleszowic. Kiedy wracała i brnęła przez wodę w Skawie, została złapana przez patrol niemiecki. W sądzie w Wadowicach skazano ją na 6 miesięcy pozbawienia wolności. Warunki były tam nie do zniesienia. Całe szczęście, że z więzienia tego Niemcy zabierali ludzi do pracy w Niemczech. Po dwóch miesiącach mama wyjechała do pracy na wieś, do bauera, w pobliżu Raciborza. Ludzie, u których pracowała, byli dla niej bardzo dobrzy. Do domu wróciła 31 października 1941 roku. Pamiętam, że poszliśmy po mamę na przystanek kolejowy w Zembrzycach. Jednak musieliśmy czekać na nią przed mostem. Aby ratować się od głodu, rodzice dali mnie do pasienia krowy Stanisława Glińskiego. Do południa chodziłem do szkoły, a po południu pasłem krowę (tylko za jedzenie). Szkoły powszechne w Generalnej Guberni funkcjonowały. Nie wolno było jednak w tych szkołach uczyć historii i geografii. Nauka była płatna i z tego utrzymywali się nauczyciele. Od września 1944 roku szkoła była w ogóle zamknięta. Kwaterowało tam wojsko. Dopiero po wyzwoleniu Zembrzyc przez wojska radzieckie od lutego 1945 roku szkoła we wsi zaczęła działać normalnie. Wtedy skończyłem siódmą klasę szkoły podstawowej. Latem 1944 roku jasne było, że Niemcy wojnę przegrają. Dało się to wyczuć w ich zachowaniu. Zniesiono granicę na Skawie, można było jechać bez przeszkód do Wadowic czy Suchej. Sytuacja materialna w domu znacznie się poprawiła. Bracia Karol i Poldek dorośli i garbowali skóry na całego. Potem i ja przy nich coś dla siebie nagarbowałem. Garbowanie skór było zabronione prze Niemców. Groziły za to ciężkie represje, włącznie z wywózką na roboty do Rzeszy albo do obozu koncentracyjnego. Pamiętam, że niekiedy zajeżdżało gestapo oraz wojsko z Krakowa, otaczali całą wieś i prowadzili rewizje w każdym gospodarstwie. Jak to się działo, że w tych warunkach wszyscy garbowali skóry? Przez całą wojnę żadnemu mieszkańcowi wsi za garbowanie skór włos z głowy nie spadł. Sądzę, że Niemcy byli łatwi do przekupienia. Potwierdza to wydarzenie, jakie miało miejsce w naszym domu. Otóż, mieliśmy w stajni świnię, którą mama chowała dla nas. Świnia ta nie była kolczykowana, bo gdyby była, to znaczyłoby, że jest rejestrowana i należało ją oddać na spęd Niemcom. W Zembrzycach pewnego razu była prowadzona akcja wojsk niemieckich. Poszukiwali oni skór oraz nierejestrowanego bydła i świń. Weszło do nas dwóch Niemców i wykryli świnię w stajni. Zaczęli pisać protokół. W jego trakcie jeden z żołnierzy powiedział mamie, że jeżeli da im pół litra wódki, żadnej sprawy nie będzie i świnia zostanie w domu. Tak też się stało. Zarówno moja rodzina jak też mieszkańcy Zembrzyc szybko rozpoznali słaby punkt Niemców. Posiadaliśmy podczas wojny wójta, mianowanego przez Niemców, ale oddanego mieszkańcom wsi. Był nim Józef Danek, który okazał się dobrym dyplomatą w załatwianiu najróżniejszych spraw z Niemcami. Zawsze wiedział dzień wcześniej o przyjeździe gestapo z Krakowa i uprzedzał o tym wszystkich. Przeważnie ich przyjazd kończył się libacją w restauracji „U Narcyla”. Oficerów gestapo obdarowywano też łapówkami. Aby je pokryć, powstał komitet organizujący zbiórkę pieniędzy od wszystkich garbarzy w Zembrzycach. Pamiętam, że brat Karol też płacił takie składki. W każdym domu przygotowane były kryjówki na skóry w postaci beczek lub skrzyń zakopanych w ziemi. U nas mieliśmy takie kryjówki w szopie obok domu i w oborze. W styczniu 1945 roku w rejonie Zembrzyc panowała ciężka zima. Niemcy w zasadzie już nie rządzili. Jednostka wojskowa, która ochraniała granicę Rzeszy na Skawie, opuściła potajemnie ośrodek PKP, czyli tzw. „Wille”. 21 stycznia słychać było odgłosy kanonady artyleryjskiej od strony Krakowa. Wiadomo było, że wkroczą Rosjanie. Wieczorem do mojej rodziny dotarła wiadomość, iż ostatni żołnierze niemieccy wycofują się wzdłuż rzeki Paleczki. Wraz z kolegami pobiegliśmy natychmiast na wzgórze za cmentarz, skąd obserwowaliśmy, jak wzdłuż rzeki, gęsiego szli Niemcy w kierunku Zembrzyc. Nie było ich wielu, około piętnastu żołnierzy. Minęli wieś bokiem i poszli w kierunku zachodnim. Nastał wieczór. Strzały karabinów maszynowych słychać było już niedaleko. Po dłuższym czasie usłyszeliśmy okrzyki radości i wiwatowania, dobiegające od strony rynku. Natychmiast tam pobiegliśmy. Obok restauracji „U Narcyla” ludzie podrzucali w górę radzieckich zwiadowców, którzy jako pierwsi wyzwoliciele weszli do Zembrzyc. Drogą w kierunku mostu na Skawie jechało dużo zmechanizowanego sprzętu wojskowego, m.in. wyrzutnie rakietowe tzw. katiusze. Było to 22 stycznia 1945 roku. Niemcy w tym czasie wycofali się za Skawę i bronili przejścia w kierunku Suchej. Zembrzyce były na linii frontu. Przez cały czas artyleria niemiecka ostrzeliwała wieś. Hitlerowcy przygotowali silną obronę na Tarnawskiej Górze, wzdłuż osiedli u Róska i szosy do Suchej. Mocno obsadzili pozycje między górą Jasień a Garcami, zamykając całkowicie możliwość zdobycia Suchej. 23 stycznia 1945 roku piechota radziecka uderzyła na obronę niemiecką wokół Tarnawskiej Góry. Rosjanie mieli bardzo dobre rozpoznanie sił niemieckich, widzieli wszystko, co się u nich dzieje jak na dłoni. Niemcy, którzy próbowali uciekać, musieli biec pod górę i na śniegu byli dobrze widoczni. Zaraz też byli likwidowani przez Rosjan. Brzeg Skawy usypany był trupami. Sowietów, którzy zginęli podczas walk, chowano na placu przykościelnym. Później zostali oni ekshumowani i pochowani w zbiorowej mogile w Wadowicach. Niemców grzebano m.in. „U Róska”, na polu Juliana Kadeli. Zembrzyce wyzwolone zostały przez pododdziały 242 Dywizji III Korpusu I Armii, którą dowodził generał pułkownik Kiriła Moskalenka.”
Kazimierz Surzyn
Składam serdeczne podziękowanie świadkom wydarzeń oraz ich rodzinom za udzielenie wywiadów i udostępnienie materiałów, a w szczególności rodzinom: Sekułów, Talagów, Krzystoniów, Golców, Zborowskich, Karczów, Dudoniów, Kuligowskich, Nowaków, Matuszyków, Fidelusów, Kulaków, Kuligów, Galosów, Boczków, dzięki którym powstało powyższe opracowanie.
Źródła:
Materiały, informacje, przekazy ustne, pozyskane od świadków wydarzeń i ich rodzin.
Surzyn K. Lata wojny, okupacji, wyzwolenia i okres powojenny w oczach świadków z Zembrzyc i z Marcówki, Wadowice 2008.
Surzyn K. Wyzwolenie Podbeskidzia, Wadowice 2014.
Kroniki Gminy Zembrzyce.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!