7 km (po 3,5 km tam i z powrotem), 1100 metrów każdorazowo do góry i końcowy efekt w postaci 22 godzin i 30 minut - w takim czasie dziewięć razy na szczyt Rysów wbiegł Roman Ficek. - Uważam, że 10 razy dałoby się wbiec bez problemu, 11 razy również w ciągu jednej doby, a 12 razy hm... To byłby hard core. Ogólnie po tej wyprawie czułem się dobrze, nie byłem tak wyczerpany jak po pokonaniu Głównego Szlaku Beskidzkiego, gdy w nocy miałem m.in. drgawki. 24-godzinne zadanie nie jest ekstremalnie katujące - powiedział pochodzący ze Skawicy ultramaratończyk po zakończeniu projektu Rysy Sky 24 h.
Jeszcze zanim Romek Ficek wyruszył do Zakopanego, wystosował do wszystkich apel, opublikowany m.in. również w naszym portalu, żeby przy okazji tego challengu nikt mu nie towarzyszył. Jak się jednak okazało, jedna osoba tę prośbę zignorowała...
- Czekał na mnie nad Morskim Okiem i ruszył praktycznie ze mną. Osoba ta nie miała konkretnego sprzętu, kasku, czekanów... Na szczęście szybko, bo po trzech zdaje się razach, zrezygnowała, chociaż już wcześniej starałem się przemówić jej do rozumu. Nie mogłem jednak tego zabronić, ani tej osoby związać... Cały czas się o tego człowieka martwiłem, nie dało się przejść obojętnie obok takiej sytuacji. Widziałem, jak ta osoba dwa razy spadała głową w dół... Po jednym z upadków ten człowiek był poturbowany, stracił kijkoczekany. To była bardzo dla mnie niemiła sytuacja, że musiałem dodatkowo mieć z tyłu głowy to, że ktoś jest na trasie i mimo wszystko o tą osobę się martwić - mówi Romek Ficek.Reklama
Na szczęście oprócz tego nieprzyjemnego incydentu, spotkania z turystami na trasie były dla Ficka już z gatunku tymi przyjemnymi.
- Kiedy ruszyłem w piątek o godzinie 13, to spotkałem 1-2 osoby udające się na szczyt. Oczywiście o wiele więcej turystów szło w kierunku Czarnego Stawu. W nocy na szczęście nikogo nie widziałem, oprócz tego wspomnianego nieszczęsnego gościa, oraz kamerzysty Łukasza i fotografa Janka. Dodawało mi otuchy, że widziałem jak "świecili" gdzieś w górze, bo trzeba powiedzieć, że nie licząc przerwy po północy, to cały czas byli oni ze mną na trasie. Janek dodatkowo miał 15-kilogramowy plecak. Właśnie ten odcinek mniej więcej od północy do trzeciej nad ranem, gdy wiedziałem, że jestem sam, był dla mnie trudny. Kiedy na dodatek przywiał wiatr z góry, to robiło się nieprzyjemnie. Kiedy słońce zaczęło wschodzić, turyści ruszyli znów na szczyt. Ich obecność nie była w żaden sposób dla mnie uciążliwa, a wręcz przeciwnie. Gratulowali mi i dopingowali, a z niektórymi uciąłem sobie pogawędkę. Gdy mnie widzieli, to się odsuwali na bok i miałem naprawdę sporo miejsca. Przy łańcuchach również ani razu nie musiałem czekać, żeby wejść na szczyt. Podejrzewam, że w lecie byłby z tym problem... - przyznaje Ficek.Reklama
Bazą wypadową Ficka było schronisko pod Morskim Okiem.
- Biegłem przez zamarznięte Morskie Oko oraz Czarny Staw. Pozostałą trasę pokonywałem lekkim, ale szybkim marszem. Przy pierwszych okrążeniach, zdarzało się mi czasami podbiegać. Kiedy zmieniałem buty na raki, wówczas noga stawała się cięższa więc trudniej się szło, a co dopiero mówić o podbiegach przy takim nachyleniu terenu. Pierwsze dwa okrążenia pokonałem w 1 godzinę i 50 minut. Tempo zaczęło spadać od czwartego razu, kiedy to wiatr zadmuchiwał ścieżki i musiałem tworzyć nowe. Traciłem z tego powodu siły. Nie było też "twardych schodków" od których mogłem się odbijać - dodał.Reklama
Bardzo ważną sprawą była pogoda, którą śledził od kilku dni Ficek. - Okno pogodowe było perfekcyjnie dobrane. Było przepięknie, bezwietrznie, bezchmurnie, a księżyc w pełni świetnie oświetlał góry - dodaje Romek Ficek.
Temperatura również nie była dla Romka przeszkodą. - Miałem cały czas w plecaku folię oraz grubszą kurtkę. Ani razu ich nie użyłem, Miałem na sobie koszulkę z krótkim rękawem, cienką bluzeczkę z długim rękawem i kurtkę wiatrówkę. Co drugie wejście na szczyt przebierałem koszulkę, skarpety, opaskę, buty biegowe. Wszystko po to, żeby ubrania były świeższe - wyjaśnia.
Który odcinek trasy był dla Ficka najtrudniejszy?
- Najgorszy to był jednocześnie najkrótszy fragment od Morskiego Oka do Czarnego Stawu. Z początku pokonywałem go w butach biegowych, ale w nocy śnieg zaczął marznąć, zrobiło się lodowisko. Nie było szans w okolicach 2-3 w nocy pokonać tą trasę w butach biegowych. Cała reszta to był "pikuś" w porównaniu z tym odcinkiem. W ogóle w wyższych partiach góry raz było miękko, raz twardo, lecz w dół zbiegało się naprawdę fajnie. Wracając do tego nieszczęsnego fragmentu. Raz mnie tak podbiło, że zacząłem nabierać prędkości i bałem się, że zatrzymam się na jednej z choinek przy Morskim Oku... Zjechałem 5-6 metrów stromym zboczem wprost na muldę, z której wyrzuciło mnie w powietrze i wpadłem do metrowego śniegu. Przestraszyłem się. Od tego momentu pokonywałem tą trasę slalomem przez miejsca, gdzie nie było ubitego śniegu. Traciłem tam najwięcej czasu zastanawiając się, jak stamtąd zbiec. To był dramat. Pod górę ten sam fragment nie stanowił problemu, gdyż bardzo pomocne były kijki - mówi Ficek.Reklama
Ostatecznie Romek Ficek dziewięć razy zdobył szczyt Rysów. - Byłem zmęczony, a organizm był osłabiony. Wróciłem do domu i o 20 położyłem się spać. Następny dzień zacząłem normalnie. Miałem problem ze zgięciem rąk. Na pewno ćwiczenia ogólnorozwojowe np. pompki, podciągania pomagają w tym, żeby organizm szybko doszedł do siebie - uważa Ficek.
Zakończenie projektu Rysy Sky 24 h spowodowały wybuch "fickomani". Jego wyczyn odnotowały największe media, do Skawicy przyjechała ekipa telewizyjna, a w ten weekend Romek był z kolei gościem w kolejnej telewizji.
- Po pobiciu rekordu Głównego Szlaku Beskidzkiego, również odczułem zainteresowanie mediów. Teraz jest jednak większe. Cieszę się z tego, że mam swoje pięć minut. Otrzymałem tyle wiadomości, pojawiło się wiele komentarzy, lecz nie byłem w stanie na wszystkie odpowiedzieć. Spędziłem tamten weekend w wielkim szczęściu i radości. To, że pogratulowała mi Martyna Wojciechowska było dla mnie bardzo miłe i niesamowite. Fajnie, że takie rzeczy wychodzą z mojego biegania. Będę miał o czym w przyszłości wspominać i pokazywać. Z takich chwil należy się cieszyć i je doceniać. Rok zaczął się bardzo dobrze i mam nadzieję, że ta passa będzie trwać - przyznał Ficek.
- To wyzwanie było jednym z najlepszych w moim życiu. Wbiegłem 9 razy i jest to dla mnie wynik wystarczający. Nie spinałem się na trasie po kres możliwości. Miałem na wszystko czas i nie wróciłem do domu z językiem na plecach, a to prognozuje, że sezon zbliżający może być niezwykle piękny a powalczyć będzie gdzie. Wszystko się udało. Wspaniale spisał się mój support w składzie: Patrycja, Karolina i Kuba, dzięki któremu nie musiałem się niczym przejmować i o nic martwić - podsumował Romek Ficek.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.
Komentarze