Reklama


Halniak. Podróż do przeszłości i nowe nadzieje!

13/04/2021 12:29

MBP Dom Kultury w Makowie zabiera państwa w podróż do przeszłości, kolejny odcinek cyklu „Retro”. Wiedzą państwo, że klub z Makowa już za pięć lat będzie obchodził setne urodziny? Przez ostatnie kilka, kilkanaście lat słysząc nazwę - Halniak, pierwszym i właściwie jedynym skojarzeniem była piłka nożna. Myślisz: Halniak, mówisz: piłka. W 2006 roku wydano rewelacyjną książkę, autorstwa pana Fryderyka Warty: "MKS Halniak, 1926-2006", rys historyczny i sportowy dorobek. Ta pozycja była drugą z inspiracji, by zająć się tematem tenisa stołowego w Halniaku. Pierwszą jest fakt, że Halniak zyskał dwie nowe sekcje sportowe: badmintona i właśnie tenisa stołowego. Jest to powrót po 19 latach, bo ta prowadzona przez pana Wartę została rozwiązana w 2002 roku. W przeszłości tenis stołowy cieszył się w Makowie dużą atencją i szły za tym sukcesy. Drużyna żeńska rywalizowała na poziomie II ligi, a panowie w III lidze. Przez lata klub wychował wielu zawodników i zawodniczek. Trochę o tym zapomniano. Porozmawialiśmy z bohaterami tamtych wydarzeń o dawnych latach. Zdmuchnęliśmy kurz z ówczesnych "stołów". Byliśmy ciekawi, jak to wszystko wyglądało z ich perspektywy. Jak głosi znany cytat: "Życie to śpiew, życie to taniec, życie to miłość", a dla tych ludzi - życiem, na pewnym etapie, był tenis stołowy. Dziękujemy wszystkim, którzy wsparli powstanie tego tekstu. Znakomite archiwa oglądamy dzięki uprzejmości pana Jana Pawlika, który otworzył przed nami „skarbce” klubu. Poruszamy też inne, poboczne historie, które odcisnęły piętno na rozmówcach, choćby piłkarskie dzieje Makowa. Warto przypominać wyjątkowe osoby, wielu z nich już niestety z nami nie ma, ale w pamięci zostaną na zawsze. Pan Czesław Warta wspomniał z dumą, że miał przyjemność grać z przedwojennymi piłkarzami Halniaka. Ciekawostką jest fakt, że Halniak i MKS Babia Góra przez krótki okres były jednym klubem. Dlaczego? Zapraszamy do lektury!

Nowe nadzieje

Reklama

W drugiej połowie zeszłego roku zaczęły się pierwsze próby reaktywacji tenisa stołowego w naszym mieście. Zawodników przybywało, aż wreszcie końcem roku udało się rozegrać pierwszy turniej halowy. Były to zawody łączone: badmintona i tenisa stołowego. Pierwszy raz pojawił się Marek Świstek, podpora dawnej drużyny seniorów Halniaka i – mimo kilkuletniej przerwy - zgarnął statuetkę za zwycięstwo. Te zawody były inspiracją do działania. W lutym dzięki inicjatywie kilku osób, zwłaszcza Tomasza Spyrki i Tomasza Czubina, na którą przychylnie zareagowały władze Halniaka, oficjalnie zgłoszono dwie nowe sekcje. Jedna nowa - stara. Druga, czyli badminton – zupełna nowość.

Trenerem sekcji tenisa został Tomasz Czubin, który ma dużo zapału do działania. - Bardzo się cieszę, że po tylu latach udało nam się ponownie stworzyć sekcję tenisa stołowego w Halniaku. Pamiętam, że jako dziecko przychodziłem oglądać mecze czy treningi tamtej - ówczesnej - mocnej drużyny. Teraz podjąłem się wyzwania stworzenia zupełnie nowego zespołu. Halniak zawsze słynął i dalej słynie z dobrego szkolenia piłkarzy, warto nadmienić, że drużyna seniorów od 2004 nie spadła niżej niż liga okręgowa. W naszym powiecie jeszcze tylko Garbarz może się taką serią pochwalić. Moim celem i ambicją jest uzyskanie podobnej marki - jak piłkarska - w szkoleniu tenisistów stołowych. Pierwszym krokiem jest stworzenie możliwości do uprawiania tej dyscypliny sportu. W tym celu zostaną zakupione stoły na orlika w Białce i na halę w Makowie. Chcę żeby na nasze treningi (Maków, hala sportowa) przychodziło jak najwięcej chętnych osób z Makowa i okolic. Dużym sukcesem jest współpraca z byłym, wyróżniającym się zawodnikiem Halniaka - Markiem Świstkiem, którego wiedza, umiejętności i doświadczenie jest dla nas wartością bezcenną. Kolejnym krokiem będzie wyselekcjonowanie szerokich kadr drużyn seniorskich (męskiej i żeńskiej) i przystąpienie do rozgrywek ligowych. Nie ukrywam, że stworzenie sekcji żeńskiej będzie trudniejsze. Na dotychczasowych treningach (przed zawieszeniem z powodu pandemii) pojawiało się kilka dziewczyn, ale one trenują również piłkę nożną i co zrozumiałe priorytetem dla nich jest właśnie piłka. Po zrealizowaniu tych celów chcemy zająć się szkoleniem dzieci, utworzeniem drużyn młodzieżowych. Jak wiadomo, zaplecze jest najlepszym elementem budowania każdej drużyny. Mamy za sobą pierwszy mecz sparingowy, z ULKS Lachowice, który pokazał nam, że jeszcze dużo pracy przed nami, ale najważniejsze są chęci, chcemy działać. Mam nadzieję, że obecne obostrzenia wkrótce się skończą, a wtedy ogłosimy nabór do drużyny. Nowe twarze są mile widziane. Zapraszamy również doświadczonych zawodników, którzy już kiedyś grali w klubie/klubach - powiedział Tomasz Czubin. 

Reklama

Pan Tomasz Spyrka to jeden z czołowych zawodników badmintona, to właśnie on stawił się na spotkaniu zarządu Halniaka, które przyniosło nowe rozdanie. - Rozpoczynaliśmy i przez dłuższy czas trwaliśmy jako zajęcia Domu Kultury, uzbierała się pokaźna grupa chętnych, ludzi przybywało. W końcu wyklarowała się ekipa, która zadeklarowała chęć, więc postanowiliśmy ubrać to w formalne ramy sekcji. Nasza inicjatywa ma charakter otwarty, można dołączyć. Władze Halniaka przyjęły nas z dużym entuzjazmem i wierzymy, że ta współpraca przyniesie dużo dobrego – powiedział. Warto wspomnieć kilku innych zawodników sekcji badmintona, którzy grają niemal od startu – Marek Guzik, Janusz Jeleń, Marcin Wiciarz czy Piotr Gustof. Bardzo często pojawia się również Maciej Melzer, który wspiera nas swoim sportowym doświadczeniem. Jest jeszcze kilka osób, sporo młodzieży, ale sekcji badmintona poświęcimy osobny tekst.

Słowo wstępne

Reklama

Sport w Makowie, pod nazwą Halniak, trwa od 1926, o czym dokładnie można przeczytać w znakomitej książce pana Fryderyka Warty, zachęcam do zgłębienia tej publikacji. Przedstawiam kilka istotnych kwestii, które usystematyzują dalsze treści. - Tenis stołowy cieszył się popularnością w Makowie już w okresie międzywojennym, szczególnie chętnie grano w ping-ponga w organizacji „Strzelca” i TG „Sokół”. Już przed wojną rozgrywano mistrzostwa miasta. Trwałe zasługi dla upowszechnienia tenisa stołowego na naszym terenie, w okresie powojennym wniósł Kazimierz Skrzypek, który sam był niedoścignionym mistrzem, a i wychował wielu zawodników i zawodniczek. Poza tenisem stołowym szczególnie chwalebne karty w historii makowskiego sportu zapisali siatkarze Halniaka. Dziesięć lat (1948 – 1958) to dziesiątki wspaniałych zwycięstw nad wymagającymi rywalami w skali województwa czy kraju (Bydgoszcz, Lublin). Była to najlepsza drużyna na Podhalu i jedna z lepszych w województwie. Trenerem, a zarazem zawodnikiem był właśnie pan Skrzypek. Potężne zbicia z pojedynczej krótkiej panów: Józefa Sternala i Stanisława Koziany czyniły prawdziwe spustoszenie wśród rywali – czytamy w książce pana Fryderyka Warty.  Jeśli chodzi o całą historię Halniaka wyjątkowo bogatą kartę zapisał pan Jan Maczek, niezapomniany prezes, któremu wdzięczni sportowcy, kibice i działacze wmurowali w budynku klubu pamiątkową tablicę z tekstem: „Janowi Maczkowi, ur. 1907 – 1981. Niestrudzonemu i oddanemu dla sportu działaczowi, długoletniemu prezesowi Spółdzielczego Klubu Sportowego Halniak, inicjatorowi i budowniczemu tego obiektu w dowód wdzięczności i pamięci. Działacze i sportowcy Makowa w roku 1986”. Jedno ze zdjęć zamieszczonych w książce pokazuje ludzi, którym Halniak zawdzięcza stadion, oto oni: Jan Maczek, Emil Wacyk, Jan Rączka, Jan Piórkowski, Kazimierz Stopa, Kazimierz Sempek. Szerszy opis powyższych, ale i innych bohaterów makowskiego sportu znajdą państwo w książce. Polecam.   


Kazimierz Skrzypek

Reklama

Udało nam się skontaktować z synem pana Kazimierza Skrzypka (również Kazimierzem), propagatora tenisa i siatkówki na naszym terenie. Otrzymaliśmy wypowiedź na temat jego taty, kilka protokołów meczowych i zdjęć grupowych!

Kazimierz Skrzypek urodził się w 1912 roku w Gorlicach. Od 1925 roku mieszkał w Tarnowie, gdzie przeprowadzili się jego rodzice. Przed wojną pracował w Kuźni w Sułkowicach, skąd w roku 1941/42 został delegowany do Białki k/Makowa Podhalańskiego, gdzie miał założyć Spółdzielnię zrzeszając tamtejszych rzemieślników, którzy specjalizowali się w produkcji taczek drewnianych. W Białce ożenił się z córką Sołtysa i tak został do końca życia mieszkańcem Białki.

Reklama

Przed wojną wraz ze swoimi braćmi byli sportowcami klubu Tempo Tarnów. Tata oprócz różnych dyscyplin sportowych w których z powodzeniem startował, bardzo upodobał sobie tenis stołowy (ping pong), który w tym czasie w Tarnowie należał do najlepszych w kraju. W Tarnowie było klika klubów, które prowadziły sekcje ping ponga, w tym najsłynniejszy w tym czasie klub Samson Tarnów. Tata często jako młody chłopiec zaglądał do tych klubów rywalizując z dużo starszymi i już utytułowanymi zawodnikami płacąc za grę z nimi jakieś drobne pieniądze, dzięki temu zdobywał doświadczenie i coraz większe umiejętności. Tata już w przed wojną był mocno zaangażowany w pracę działacza sportowego. W 1937 roku w Tarnowie odbyły się Mistrzostwa Polski w tenisie stołowym, gdzie tata był jednym z współorganizatorem tych zawodów. Na pamiątkowym zdjęciu uczestników tych zawodów można rozpoznać mojego tatę.

Po wojnie i osiedleniu się na stałe w Białce, tata czynnie uprawiał sport grając w siatkówkę, w piłkę nożną i ulubiony tenis stołowy. Zakładał sekcję tenisa stołowego w Kolejarzu Sucha Beskidzka, w Halniaku Maków i w Tempie Białka. Najdłużej był zawodnikiem Halniaka Maków, który to klub reprezentował przez długie lata. Grał w drużynie z Panem Bolesławem Chrostkiem, Bolesławem Wroną, Panią Anną Radwan, Zbigniewem Wartą, Aleksandrem Dyrdą. Tata grał stylem defensywnym i był zmorą dla wszystkich zawodników grających stylami ofensywnymi – atakującymi, zwłaszcza dla młodych zawodników, którzy zaczynali grać okładzinami gąbczastymi. Pamiętam mecz sparingowy na sali Halniaka młodego dobrze zapowiadającego się zawodnika tenisa stołowego Tomasza Hajto z moim tatą, który mimo dużej chęci ogrania już starszego Pana nie miał nic do powiedzenie w tym meczu.

Reklama

Mój tata oprócz bycia zawodnikiem, był bardzo zaangażowany w działalność społeczną na rzecz sportu we wszystkich przedsięwzięciach które były związane ze młodzieżą i sportem. 3-krotnie zasiadał w latach 1957-59 i 1967-69 w zarządzie Krakowskiego Okręgowego Związku Tenisa Stołowego. Był również członkiem wojewódzkich władz LZS. Organizował liczne imprezy sportowe w różnych dyscyplinach sportowych ( biegi przełajowe, biegi narciarskie, turnieje siatkówki, mini siatkówki tenisa stołowego, piłki nożnej i wiele innych).

Po zakończeniu gry w drużynie Halniaka do późnych lat swojego życia reprezentował klub Tempo Białka, który to klub założył zaraz po osiedleniu się w Białce na wzór swojego ukochanego przedwojennego klubu Tempo Tarnów.

Reklama

Czasy powojenne

Pan Czesław Warta to zasłużona postać w historii klubu. Przez wiele lat grał w piłkę nożną, a później pomagał przy sekcji tenisa stołowego, którą z powodzeniem prowadził jego brat, pan Fryderyk. - Jak wojna się skończyła, to nastąpił rozkwit. Podobnie jak wiosną. Wszystko wracało do życia. Młodzież garnęła się do sportu. W piłkę zacząłem grać już w szkole podstawowej, pan Kazimierz Stopa prowadził z nami zajęcia. W latach 1946 - 1959 roku w Makowie było jedno boisko, przy Alei Kasztanowej, dzisiejsza ulica Tysiąclecia. Tam wcześniej był tartak, w ziemi były dziury po maszynach, ale społeczność zmobilizowała się, zawodnicy również i stworzyli plac do gry. Jak dziś pamiętam tych przedwojennych zawodników, którzy zasypywali dziury, przewozili ziemię na taczkach. Boisko było otwarte, więc jeśli tylko była piłka, to młodzież uganiała się za nią całymi dniami. Pamiętam, że za czasów juniorskich dostawaliśmy lanie od rówieśników MKS-u Babia Góra. Grali tam tacy zawodnicy, jak bracia Mamcarz, Kozik, Kulig, Kurtycze czy bracia Banaś. W wieku 18 lat zadebiutowałem w seniorskiej drużynie Halniaka. Miałem zaszczyt znać i grać z przedwojennymi zawodnikami. Wymienię kilku: Stefan Radwan, mówiliśmy na niego "Bikan", Marian Rączka, Jerzy Gałuszka, Jan Stopa, na którego wołaliśmy "Dyrektor", bo krzyczał po innych zawodnikach i wymagał podań pod bramką, lubił strzelać gole. Władysław Kurdas, pseudonim "Dziadek", bo najstarszy z nas wszystkich. Adam Skupiński, niesamowicie szybki zawodnik - "motorek". W składzie sami makowianie. Patriotyzm lokalny. Bohaterem makowskim w tamtych czasach, przez kilka lat, był Leszek Klimowicz, który potrafił dryblować. A wtedy nie było takiego wyszkolenia technicznego, więc jak ktoś potrafił kiwać, to mógł i całe boisko przejść. Miał tak mocny strzał, że bramkarze się uchylali. Była legenda, że piłka po jego strzale przebiła siatkę bramkową. Faktycznie tak było, ale nie do końca. Siatki w tamtych latach były metalowe, jak ogrodzeniowe. Ktoś źle zadrutował i była dziura, przez którą przedostała się ta piłka. Moim idolem przez lata był też Wacław Baliga, chyba najlepszy makowski zawodnik. Z nim grałem wiele lat, z Klimowiczem chwilę. Za czasów mojej gry zaczynaliśmy w C klasie, Sucha była w klasie wyżej, ale potem – w kolejnych latach - biliśmy się o A klasę. O ile dobrze pamiętam - czterokrotnie wygraliśmy sezon zasadniczy i by awansować do klasy A musieliśmy wygrać baraże. W barażach grały drużyny z innych B klas - wadowickiej, podhalańskiej czy oświęcimskiej, niestety ani razu nie daliśmy rady. Wtedy było mniej lig - I, II, A, B i C. Jakim byłem zawodnikiem? Pożytecznym, solidnym. Przede wszystkim - upartym! Jak mi powiedzieli: Czesiek, kryj tego wysokiego, to nie odstępowałem go na krok i nie mógł sobie pograć. W rozwoju nie pomogło mi wojsko. Trafiłem do jednostki, w której nie grało się w piłkę, więc potem musiałem nadrabiać stracone lata. Upragniony awans wywalczyliśmy dopiero w 1967 roku, kiedy trenerem został Jerzy Kulig. Starsi na początku buntowali się, że trener jest za młody, ale on miał na swoim koncie dobre kursy trenerskie i zrobił wielki wynik. Był wymagający, ale prowadził nas metodycznie i mądrze. Ja grałem w pierwszej rundzie, z drugiej wyeliminowały mnie problemy zdrowotne. W tamtej drużynie wyróżniał się Leszek Druciak, który zasilił potem szeregi Hutnika.

Reklama

Interesującym wydarzeniem, o którym wcześniej nie miałem pojęcia, było połącznie w 1951 roku sekcji piłkarskich "Kolejarza" z Makowa i "Babiej Góry" Sucha Beskidzka. Kibicom z Makowa i Suchej marzyła się II liga piłkarska, jednak wspólna drużyna rywalizująca w krakowskiej A klasie nie odniosła spodziewanych sukcesów, a fuzja przetrwała zaledwie rok. Klub nazywał się KS Kolejarz Maków - Sucha. - Trzeba było mieć cztery drużyny, pierwszą seniorską, rezerwy,  juniorów młodszych i starszych. Było kilka czynników, które sprawiły, że fuzja upadła. Maków chciał grać mecze domowe w Makowie, Sucha w Suchej. Mieli lepsze boisko. Jeśli grano w Suchej, to proporcje w składzie układały się bardziej ku suskim graczom, w Makowie analogicznie. Dodatkowo - "święta wojna", więc to nie wypaliło. Pamiętam też sezon, w którym Sucha wygrała rozgrywki klasy B, ale awansowały Zembrzyce, bo mieli lepsze boisko. Tam działał pan Wrona. W Suchej działała fabryka pasty "Erdal", pana Fortuny, którego ten fakt zmotywował i stworzył boisko, niestety za późno. Z zawodnikami z Suchej byliśmy kolegami, na boisku czasami się pokopaliśmy, ale poza nim było wszystko w porządku. Pamiętam wyjazdy do Bydgoszczy czy do Gdyni na mecze z Arką, to jeździli z nami właśnie Mamcarze, Fortuna czy Świątkowscy. Fajnym transferem do Makowa był Jerzy Obracaj, uczył nas gry w obronie, pograł trochę na Śląsku. Halniak miał swoich sponsorów. Choćby pan Klimala, który zajmował się dachami, pan Bania, tata pana Henryka, pan Piórkowski (fryzjer). Były lata kiedy klub miał 11 par butów. Czasami juniorzy mieli tylko koszulki, a spodenki takie, jakie kto miał w domu. Wszystko szło do przodu, z czasem było coraz lepiej.

Pawilon sportowy przy Halniaku powstał w 1963 roku, wcześniej szukano różnych miejsc. - Jak nie było świetlicy, to jedynym miejscem gier w tenisa stołowego był stary Dom Kultury, dom parafialny. Działacze załatwili później świetlicę w domu państwa Migasów, tam było dużo miejsca. Miejscowy stolarz zrobił dwa stoły i tam zaczęliśmy pogrywać. Pierwsze rakiety były proste, bez gum, był na nich taki "korek", jak na buty. Klepały niemiłosiernie. Byli zapaleni działacze - Jan Maczek i Kazimierz Skrzypek. Jeden zajął się szczególnie piłką nożną, a drugi, Skrzypek, tenisem stołowym i siatkówką. Pan Skrzypek był doskonałym tenisistą, stworzył pierwszy skład w Makowie - Bolesław Chrostek, Stefan Radwan, pan Skrzypek, Anna Hubicka - Radwan i my z bratem Zbigniewem. Drużyna z powodzeniem rywalizowała w krakowskiej A klasie. Najpierw grałem ja, a potem sam zgłosiłem panu Skrzypkowi, że brat mnie leje i warto na niego postawić. Graliśmy codziennie po wiele godzin, postępy były duże. Potem nastąpiły zmiany, dołączył pan Wrona. W końcu sekcja zaczynała upadać. Zajął się nią mój brat Fryderyk, jego żona była dyrektorką szkoły i udostępniła aulę do treningów. Pojawiło się mnóstwo młodzieży, brat ich szkolił. Ma ogromne zasługi jeśli chodzi o tę dyscyplinę, ja kiedy mogłem, to pomagałem.

Reklama

 

Córka pana Czesława – Agnieszka polubiła się z rakietką, z wzajemnością. A nasz bohater zaimponował umiejętnościami stolarskimi. - Bardzo mocno tenisem zainteresowała się moja córka Agnieszka. Trenowała z zapałem, zrobiłem nawet stół w domu, taki ze sklejki, więc graliśmy wiele godzin. Jak na obozy przyjeżdżały jakieś mocne drużyny, to załatwiałem, żeby mogła z nimi potrenować. Robiła postępy. Była wielokrotną mistrzynią okręgu we wszystkich kategoriach wiekowych. Okres szkoły średniej spędziła w "Zofiówce" Jastrzębie, mocny ośrodek. Grała w drugiej drużynie, czyli druga liga. A że były mocne, to weszły do I ligi. W pierwszej lidze tytuły zdobywała pierwsza drużyna. Z powodów regulaminowych (dwie drużyny w jednej lidze) awans przypadł ostatecznie Ogrodnikowi Bielsko - Biała, który jakby przejął drugą drużynę "Zofiówki". Tam grała, skończyła studia i wróciła do nas. Jeszcze w Halniaku wraz z koleżankami zrobiły awans do II ligi, co było ogromnym sukcesem. Wiele dziewczyn miało talent. Zjeździłem trochę kraju z córką czy innymi dziewczynami. Póki na ogólnopolskie zawody jeździła tylko Aga, to podróżowaliśmy pociągiem, jak zakwalifikowały się inne, jak Marta Głowicka, to na te krótsze trasy mieliśmy nyskę. Człowiek się cieszył sukcesami córki czy koleżanek. Potem dobre miejsca zajmowali też panowie. Kiedyś trener kadry narodowej, którego znałem powiedział odnośnie Agnieszki takie słowa: jedno to urodzić się z talentem, a drugie - gdzie się urodzić. Jestem pewien, że gdybyśmy byli bliżej dużych ośrodków, albo nawet w Krakowie czy Katowicach, to zrobiłaby jeszcze większą karierę. Mój syn Wojtek miał talent i do piłki, i do tenisa, ale stracił zapał, a szkoda, bo swego czasu mówiono o nim, że jest najbardziej utalentowany w Makowie. Jeszcze odnośnie świetlicy już w Halniaku, to tętniła życiem. Przypominam sobie szachy, które prowadził pan Aleksander Dyrda, najlepszym zawodnikiem był pan Leszek Miśkowiec, brydż sportowy, który spopularyzowali Wojciech Rawski i Karol Borowy, no i oczywiście tenis stołowy. A jak kupili pierwszy telewizor, to czasami nie było gdzie usiąść. Oglądaliśmy mistrzostwa, mecze, wspaniałe wspomnienia. Wcześniej ważne wydarzenia sportowe można było śledzić jedynie przez radioodbiornik pana Dobrowolskiego, który wystawiał go w rynku przez okno. Sekcja tenisa padła przez brak nacisku na ten sport w szkole, brak nowego narybku.

Reklama

Kiedy wybuchła II wojna światowa pan Czesław miał pięć lat, ale opowiedział nam o kilku obrazach, które utkwiły mu w pamięci na całe życie. – Pierwsza migawka to pociąg wypełniony poborowymi, mój tata też został wezwany, odwoziliśmy go furmanką. Wszyscy płakali. Jak Niemcy weszli, to dziadek usłyszał, że Jordanów się pali. Wziął mnie na podejście pod Koskową Górę i faktycznie dostrzegliśmy łunę. Pamiętam niemieckiego szpiega. Chodził po wsi, między domami, przebrany za „dziada”. Zaobserwowano, że wieczorami idzie między potoki, siada na kamieniu i rysuje. Okazało się, że kreślił mapę dla kolegów, którędy można przejechać. Jak pytano go jak się nazywa odpowiadał – Wiktor Inkner, a jak pytano o imię ojca – Inkner Wiktor. Przypominam sobie też, jak Niemcy wpadli nam do wioski, żądając mleka. Byli zmotoryzowani. Młode kobiety bały się wyjść, moja babcia zaniosła im to mleko, wzięła mnie ze sobą, ale tylko kawałek, stałem na pagórku. Pamiętam, że kazali jej spróbować zanim się napiją. Przez kolejne lata obecność Niemców była codziennością.

Liga w świetlicy

Końcem lat siedemdziesiątych sekcja działała bardzo prężnie. O swojej pasji i kadrze ówczesnej drużyny opowiedział nam Wojciech Rączka, syn zasłużonego działacza klubu, Mariana Józefa Rączki. - Miłością do tenisa stołowego "zaraził" mnie pan Fryderyk Warta. Moja mama była dyrektorką szkoły specjalnej, a pan Fryderyk sprawował funkcję kierownika internatu. Pewnego razu zaprosił mnie na trening, powiedział, żebym przyszedł, zobaczył, może mi się spodoba. Faktycznie poszedłem, to był wtorek, akurat trenowali we wtorki i w piątki. Wcześniej kilka razy byłem na treningach piłki nożnej, trenerem był wtedy pan Stanisław Klimala, ale piłka mi jakoś nie pasowała. Jeśli chodzi o tenisa, to zaskoczyło błyskawicznie! I trenowałem regularnie przez dwanaście lat (okres między 1979 a 1991). Najpierw trenowaliśmy w świetlicy w Halniaku, tam wchodziły dwa stoły, sufit był nisko, warunki były więc specyficzne. Związek dopuścił ten obiekt do rozgrywek ligowych. W 1985 roku ówczesny dyrektor szkoły Antoni Baliga pozwolił nam trenować i grać w auli szkolnej. Tam miejsca było dużo więcej, w sam raz na cztery stoły. Pan Fryderyk był znakomitym organizatorem, potrafił o nas zadbać. Niczego nam nie brakowało. Warunki dla młodzieży były bardzo dobre. Zarówno Halniak, jak i Naroże dysponowały busami, naszym kierowcą był pan Kazimierz Kudzia. Jeśli chodzi o kadrę, to byli tacy gracze, jak Tomasz Hajto, Rafał Dasios, Andrzej Popiołek, Stanisław Sadowski, Mirosław Terlecki, Józef Kurdas, Piotrek Barcik czy Wojtek Głuc. Za czasów szkoły średniej udało mi się namówić jeszcze Darka Syca. Andrzej Popiołek chyba jako jedyny grał "deską". Miał swój styl gry, "podcinaną piłkę". Był to bardzo dobry zawodnik, jak ktoś z nim wygrał, to musiał być naprawdę dobry. Rafał i Józek grali zwykle ofensywnie. Wojtek był niewygodnym rywalem, stosował arytmię, trzeba było być ciągle skupionym. Tomek Hajto miał talent do tenisa, równie dobrze mógł zrobić karierę w tej dyscyplinie. 

Halniak i Naroże w tamtym czasie to były czołowe punkty na tenisowej mapie województwa Bielskiego. Wojciech Rączka opowiada o swoich sukcesach. - Pamiętam, że w kategorii młodzików zająłem trzecie miejsce w województwie. W juniorach i w seniorach również startowałem, ale zajmowałem miejsce w drugiej czy trzeciej dziesiątce. Kiedyś graliśmy w Przeciszowie. Rywalizowałem z drugim zawodnikiem województwa. Podszedł do mnie na luzie, trochę lekceważąco. Wygrałem zdecydowanie, dostał lanie. Pan Warta przykładał się do treningów. Kilka punktów było niezmiennych: rozgrzewka, potem forhend, bekhend po skosie. Pamiętam turniej w Cieszynie, gościem specjalnym był nieodżałowany Andrzej Grubba. Udało mi się chwilę z nim poodbijać, co było dla mnie wielkim przeżyciem, nie mogłem tego odpuścić. Właśnie do Cieszyna czy Chybia jeździło się na dwa dni. W Chybiu cały ośrodek - hala i hotel - stał wówczas na najwyższym poziomie, jak to się dzisiaj mówi - wypas! Nasze kluby: Halniak i Naroże plasowały się wówczas w ścisłej czołówce województwa Bielskiego. Nie ma się co dziwić, bo na zawody zdarzało nam się jechać jednym autobusem na 50 miejsc, który był zawsze wypełniony do ostatniego miejsca. Była moda na sport, moda na tenis. Nie mieliśmy wielkich diet, ale każdy grosz dla młodego chłopaka w tamtych czasach był czymś wspaniałym. Graliśmy dla klubu, dla miasta - wspomina.

Udało nam się porozmawiać też z Rafałem Dasiosem, który jeszcze ma chęć, by rekreacyjnie pograć w tenisa stołowego. - W tenisa pograłem i w Halniaku, i w Tarnowskich Górach. W tamtych latach tenis stołowy stał na wysokim poziomie. Wspaniali działacze – pan Kołodziejczyk, pan Warta i nestor tenisa stołowego, pan Skrzypek. Halniak i Naroże plasowały się w czołówce województwa. Moim największym sukcesem były wygrane mistrzostwa Makowa, a w finale pokonałem Staszka Sadowskiego, czołowego i doświadczonego zawodnika, był to dla mnie duży wyczyn. Jestem aktywnym człowiekiem, biegam, jeżdżę na rowerze, jak sytuacja się trochę unormuje, to chętnie z wami poodbijam.

Świetlica uczyła samodzielności

W swojej książce pan Fryderyk Warta poświęcił kilka ciepłych słów panu Stanisławowi Sadowskiemu, o którym czytamy tak: „najskuteczniejszy pingpongista makowski” i „szczególnie silną rakietką był Stanisław Sadowski, wielokrotny mistrz Makowa”. Spotkaliśmy się z nim w jego domu. Jak wyglądały jego początki? - Jako dzieci wraz ze śp. bratem Tadeuszem uprosiliśmy tatę, żeby zbił nam rakiety z drewna. Ono się zeschło, powstały szpary, ale rakietka powstała. Takim miejscem spotkań była świetlica w Białce, dzisiaj w tym miejscu znajduje się sklep "Polański". Tenisem stołowym w Białce zarządzał pan Kazimierz Skrzypek, który bardzo wiele zrobił dla okolicznego sportu. Pamiętam, że przychodziło się do pana Skrzypka po klucze, potem sami organizowaliśmy sobie czas. Wraz z kolegami wypracowaliśmy pewne zasady. Dbaliśmy o czystość, porządek w świetlicy, nie trzeba było za nami chodzić, byśmy łaskawie posprzątali. Ostatnia osoba zawsze była odpowiedzialna, by zamknąć salę i dostarczyć klucz do pana Skrzypka. Uczyliśmy się dyscypliny, organizacji. Zazwyczaj wygrywający zostawał przy stole, więc praktycznie najlepszy zawodnik mógł grać cały czas. Tenis uczył też sumienności. Trzeba było wstać, spakować się, jechać na mecz (do pola się nie poszło! - dopowiedziała żona pana Stanisława, Zofia). Bardzo dobrze grali m.in. Wiesław Juszczynka, Tadeusz Wronka czy Zaryski z Osielca. Ten ostatni organizował Świąteczne turnieje w OSP Osielec. Bardzo mocna obsada, wykorzystał kontakty i sprowadził świetnych zawodników, choćby Madeje z Węgierskiej Górki. My, jako młodzi chłopcy oglądaliśmy zawody, obserwując tych mistrzów. Cenna nauka. Najpierw grałem w Białce. Jako wyróżniający się junior dość szybko wskoczyłem do składu drużyny seniorskiej i jeździłem na dalsze wyjazdy. Na naszym terenie była nieustanna rywalizacja między Makowem, Juszczynem i Białką. 

Pan Sadowski był znanym i cenionym zawodnikiem na naszym terenie. Wspomina najlepsze lata, swoje sukcesy, kolegów z drużyny czy najtrudniejszych przeciwników. - Przez kilka lat byłem hegemonem jeśli chodzi o okolicę. Wygrywałem mistrzostwa Makowa, zawody powiatowe. Jeśli chodzi o transport na mecze, to nie zawsze jeździliśmy busami. Przypominam sobie czarną wołgę pani Kurdas, która była duża i komfortowa, bardzo sobie ceniliśmy przejazdy tym samochodem. W pewnym momencie sekcja w Białce zaczęła słabnąć i otrzymałem propozycję od pana Fryderyka Warty, żeby wspomóc Halniak. Trener chciał, by młodsi zawodnicy mieli okazję podnieść swój poziom. Mieliśmy dobry, wyrównany skład. Wojtek Głuc, Wojtek Rączka, Rafał Dasios czy Mirek Terlecki, bardzo dobrzy zawodnicy. Grał też z nami Tomek Hajto, ale on był rozchwytywany - narty, tenis, piłka nożna. Zjeździliśmy kawał "świata". Pamiętam boje z Nadwiślanem Kraków, mieli w składzie wicemistrza Polski - Wiśniowskiego, udało mi się go ograć. W Halniaku trenowaliśmy na auli lub w świetlicy, więc jak jechaliśmy na duże hale, to odczuwaliśmy różnicę, przeskok był duży. My dwa stoły, a choćby w Bielsku wystawny obiekt, wypełniony stołami. Mój styl? Byłem raczej zawodnikiem defensywnym. Bardzo ważnym elementem był serwis. Dobry serw równa się lepsza pozycja w kolejnej akcji. Starałem się zaatakować. W grze odchodziło się od stołu, podcinałem piłeczkę. Miałem mocną, ciętą, piłkę z prawej strony, z forhendu, rywale często trafiali z tego w siatkę, nadgarstek "dobrze chodził". Czopy? Ja nie, ale znałem kilku zawodników o takim stylu i nieraz napsuli krwi. Kiedyś Spytkowice bardzo chciały awansować i wzmocniły się zawodnikiem ze Śląska. Rozegrałem z nim wyjątkowo długi mecz. On cierpliwie, ja też czekałem na odpowiednią okazję. Dawniej grało się do 21 punktów. Świetnym przeciwnikiem był też Molenda, ówczesny reprezentant kraju. Fryderyk Warta był znakomitym organizatorem, który przy okazji bardzo dobrze grał. Mega dobry defensor. Miałem też epizod jako trener chłopaków. Przypominam sobie, że jeździłem wtedy maluchem i dostałem od pana Warty bon na paliwo, na dojazdy. Bon oficjalnie do kosiarki! Oczywiście tankowałem samochód, zwłaszcza, że to było w zimie (śmiech). Po Halniaku trenowałem dziewczyny w Narożu Juszczyn. Pan Kołodziejczyk zaproponował mi kurs trenerski, ale po kilku zjazdach zrezygnowałem. Ciężko było to pogodzić z pracą, ponadto musiałem zająć się rodziną. Dawno już nie grałem. Kiedyś na wczasach nad morzem miałem śmieszną sytuację. W hotelu była salka, ze stołem do tenisa stołowego. Kilka razy poszliśmy poodbijać, przyuważył nas właściciel i zaproponował mecz. Bardzo chciał grać, a właściwie, to bardzo chciał wygrać! Zagraliśmy kilka razy, stawką były obiady dla całej naszej rodziny, a było nas około dziesięć osób. Wygrałem wszystkie starcia, więc przez dwa - trzy dni jedliśmy za darmo. Potem już nie chciał grać. Pojechaliśmy kiedyś na turniej z zakładu pracy, amatorski. Trochę "pocyganiliśmy", bo nie byliśmy do końca amatorami i wraz z Bogusią z Osielca wygraliśmy w mikście. Tenis stołowy to głównie powtarzalność. Potrzeba regularności w treningach, bez tego ani rusz.

Ogrywałem księży

Wojciech Głuc był jednym z filarów tamtej ekipy. A zaczynał wśród ministrantów. - Moja przygoda z tenisem stołowym rozpoczęła się od gry po zbiórkach ministrantów. Ksiądz kupił stół, na którym bardzo chętnie graliśmy. Ogrywałem księży (śmiech). Wtedy proboszczem był Dźwigoński. Któregoś dnia dowiedziałem się, że w Halniaku jest sekcja i szukają zawodników. Poszedłem na zajęcia, dali mi szansę, poodbijałem z chłopakami, pochwalili mnie nawet, że potrafię odbijać. Pan Warta dużo mi pokazywał, podpowiadał, nasza współpraca była bardzo dobra. Rozwinąłem się. Początkiem lat siedemdziesiątych rakietki były prymitywne, dopiero z czasem otrzymywaliśmy lepsze. Już za czasów Halniaka kupiłem sobie "chińską" w sklepie. Później pan Warta dał mi taką z prawdziwego zdarzenia, wyczynową. O ile dobrze pamiętam Andrzej Grubba prowadził sklep i nasz klub zaopatrzył się w kilka.  Początkowo byłem w rezerwie, musieliśmy załatwić formalności. Wśród starszych zawodników wyróżniali się Bolesław Chrostek, Andrzej Warta czy Kazimierz Skrzypek. Z panem Skrzypkiem rozegrałem kiedyś najdłuższy mecz w życiu, obaj cierpliwie, "na przebicie". W tamtych czasach gra była bardziej defensywna, przebijanie, mniej „ścin”. Pamiętam ciekawą sytuację z Cieszyna. Czekałem na rywala, przyszedł starszy pan w garniturze. Bardzo chciał grać, a dress-code nie podobał się organizatorom. Zdjął marynarkę, potem buty i skarpetki. I stanął do rywalizacji ze mną. Myślałem, że będzie łatwo, a ostatecznie przegrałem. Wyrównane boje toczyliśmy z Mirkiem Terleckim. Generalnie przez te dwadzieścia lat nazbierałem trochę pucharów, dyplomów. Moja siostra Dorota była w kadrze kobiet, awansowały do II ligi. Pamiętam otwarcie hali w Makowie w 1990, była Irena Szewińska, Krystyna Rawska, a ja – o ile dobrze pamiętam - niosłem sztandar.

Kawał życia przy stole

Kolejną osobą, która pamięta tamte lata jest Mirosław Terlecki, który w rozmowie z nami wspomina swoje początki. Jak wielką rolę w życiu sportowym naszego bohatera odegrał Kazimierz Skrzypek? - Pasję do sportu rozwijałem w szkole podstawowej. Graliśmy w sporty zespołowe, a zimą, poza dyscyplinami zimowymi, stawialiśmy na tenis stołowy. W szkole mieliśmy stół, więc każdy chciał korzystać. Będąc w piątej klasie szkoły podstawowej pojechałem na zawody szkolne w Białce, zająłem drugie miejsce. Wypatrzył mnie pan Kazimierz Skrzypek i ściągnął do drużyny Tempa. Grali tam wtedy, poza panem Skrzypkiem, Stanisław Sadowski, Andrzej Biskup, Andrzej Kosek czy Józef Bogacz. Bardzo dużo się przy nich nauczyłem, przy okazji uczestnicząc w meczach ligowych. W pewnym momencie Staszek odszedł do Makowa, byliśmy osłabieni. Ja po roku czy dwóch poszedłem jego śladem. Pan Warta był bardzo dobrym trenerem, organizatorem, angażował się mocno. Znałem go już wcześniej, organizował mistrzostwa Makowa, prestiżowe zawody. W Halniaku trenowaliśmy zarówno w klubowej świetlicy, jak i na szkolnej auli. Były to kameralne obiekty, ale ja takie lubiłem. Jak wypadałem w mistrzostwach Makowa? Dwukrotnie wygrałem jako junior i raz czy dwa, jako senior. Obsada zawsze była znakomita.

Z kim bohaterowi tego akapitu grało się najtrudniej? Czym był „czarny rynek”? - Wyjątkowo trudno rywalizowało się z panem Skrzypkiem. Wielu przeciwników, którzy go nie znali, podchodzili do gry z nim na luzie, a potem z bekiem odchodzili od stołu. Staszek Sadowski był niewygodny. Świetnym taktykiem był Andrzej Popiołek. Tak naprawdę mógłbym wymieniać i wymieniać. Rafał Dasios, Wojtek Głuc czy Agnieszka Warta, która grała męski tenis, co oczywiście jest komplementem. Zaszła w swojej karierze bardzo daleko. W moich początkowych latach o dobre rakietki było trudno. Andrzej Grubba czy Leszek Kucharski przywozili deski, okładziny z zagranicy, albo je dostawali w ramach reklamy, albo po prostu przemycali, czarny rynek. Działało podziemie (śmiech). W Halniaku otrzymałem profesjonalny sprzęt. Nowa deska i dwie nowiutkie okładziny - byłem w siódmym niebie. Z czasem pojawiły się odpowiednie firmy, wszystko działało legalnie, ale znowu ceny były astronomiczne.

Pan Terlecki przez wiele lat był związany z tenisem stołowym. Zaszedł aż do II ligi. - Po Halniaku byłem takim Jasiem Wędrowniczkiem. Najpierw trafiłem do Naroża, ale kilku zdolnych kolegów odbywało służbę wojskową, więc mieliśmy trochę słabszy skład, grali choćby Kazimierz Stasik, Wacław Zguda, Janusz Kołodziejczyk, Krzysztof Mędrala, Roman Bierówka i Marek Bogacz. Potem zrobiłem sobie roczną przerwę, po niej kolejny rok w Halniaku. Drugi okres gry w Makowie zakończył się jeszcze dłuższą przerwą. W wieku 38 lat dowiedziałem się, że Krzysiek Papież w hołdzie panu Skrzypkowi otworzył przy szkole "UKS Zgoda Białka". Zagrałem z najlepszym zawodnikiem drużyny, ograłem go i ponownie złapałem bakcyla na grę. Następnym krokiem był reaktywowany klub z Juszczyna. Doszło kilku zdolnych zawodników z Halniaka: Krzysiek Sarlej, Marek Świstek, Marcin Głuc czy Wojtek Głuc, Był też Mieszko Borowy. Awansowaliśmy do III ligi, ale nie zdołaliśmy się w niej utrzymać. Sekcja przestała istnieć. Poszedłem do Czarnego Dunajca (IV i III liga), potem Orkan Nowy Targ (IV, III i trzy sezony w II lidze). W składzie mieliśmy drugoligowców z Gorców Nowy Targ, byli to Tomek Wolski, bracia Piotr i Paweł Obrochta, Wojtek Waliczek i Tomasz Nędza - Kubiniec. Mocna kadra, nauczyciele wychowania fizycznego, instruktorzy tenisa, dużo się przy nich nauczyłem. Drużyna w końcu upadła, z powodów finansowych. Na koniec pograłem jeszcze rok w Naprawie.  

 

Czasami tak jest, że piłkarz czy skoczek narciarski po karierze całkiem odpuszcza ten swój sport. Szuka alternatyw. Podobnie było z panem Mirosławem. - Teraz całkiem zaniechałem grę w tenisa. Mam przesyt. Tyle lat gry, rywalizacji, treningów zrobiły swoje. Może kiedyś jeszcze rekreacyjnie poodbijam, ale nic więcej. Tenis jest sportem stresogennym. Całe szczęście, że zdrowie mi dopisywało, nigdy nie miałem kontuzji, a napatrzyłem się na te urazy przy stole. Mój styl? Przez lata ewaluowałem. Jak zaczynałem to głównie defensywa, potem styl mieszany, a w III czy II lidze już ofensywa. Chociaż trzeba też zastanowić się nad definicją. Dla mnie zawodnik defensywny to nie ten, który kiedyś stawał za stołem i podcinał czy lobował. Według mnie zawodnik defensywny poczeka na atak przy stole i zagra blokiem. Defensywa się zmieniła. W wyższych ligach liczyło się to, żeby dążyć do ataku. Nawet lekkiego, nie do końca udanego, ale jednak ataku. Przeczytać serwis i narzucić swój atak. Zawodnicy nastawieni na defensywę mają swoje sposoby, np. mając słabszy bekhend mieli okładzinę antytopspinową czy czop (krótki - długi), a na forhend zwykłą ofensywną. Cel? Utrudnienie działań przeciwnika. Kiedyś grało się do 21, teraz do 11, co wymusiło inny rozkład akcentów. Muszę też wspomnieć o panu Kołodziejczyku, wieloletnim opiekunie sekcji tenisa w Juszczynie, prezesem klubu był pan Gigoń. O obu mogę się wyrażać w samych superlatywach. W tamtych latach Halniak i Naroże to były czołowe ośrodki w województwie Bielskim. Agnieszka Warta grała w I lidze, Beata Fortuna znalazła się w kadrze Polski (juniorek młodszych). Jeśli chodzi o turnieje indywidualne, to nie przykładałem do nich wagi, liczyła się drużyna. Często w sobotę rozgrywaliśmy mecz ligowy, to w niedzielę nawet nie chciało się grać w tych turniejach. Czasami grywałem, czasami jechałem towarzysko, żeby spotkać się z kolegami, porozmawiać. Z najcenniejszych trofeów - udało mi się wygrać jeden z turniejów Śladami Andrzeja Grubby. Tenis stołowy przez ostatnie lata stracił zainteresowanie. Jest to sport wymagający samozaparcia, jak bieganie. Tam nabijasz kilometry, a tutaj musisz odbijać, odbijać i odbijać.

II liga kobiet

Bardzo silnym punktem sekcji kobiet była Agnieszka Warta (Stasik). Córka pana Czesława wspomina swoje początki. – Pierwsze kroki w tym sporcie to początek szkoły podstawowej, grałam w domu, albo koło domu. Mieliśmy dwa stoły. Ten pierwszy zbity ze sklejki, a później drugi, lepszy – ”Orkan”. Tata zaszczepił w nas pasję do sportu. Uczył nas podstawowych ruchów, później jak trafiłam na treningi do wujka Fryderyka, to miałam łatwiej, bo potrafiłam już odbijać. Zaciekawiła mnie ta dyscyplina, wciągnęłam się. W późniejszych latach często jeździłam z chłopakami na mecze ligowe, obowiązywała zasada: trzech mężczyzn i jedna kobieta. Wielokrotnie udawało mi się wygrywać mecze z uznanymi, bardziej doświadczonymi i ogranymi, zawodnikami. Rywale często grali cierpliwie, defensywnie, daleko za stołem, a mój styl to była zawsze ofensywa, szybka gra. Jeśli chodzi o kadrę Halniaka, to pamiętam choćby Józka Kurdasa, Rafała Dasiosa, Stanisława Sadowskiego czy Andrzeja Popiołka. Grywałam też z Tomkiem Hajto, raz nawet w mikście zajęliśmy drugie miejsce w województwie. A jak w bezpośrednich starciach? Nie pamiętam, ale pewnie z nim wygrywałam (śmiech)!

Halniak w pewnym okresie stał tenisem kobiecym. II liga była wielkim sukcesem. - Sekcja kobiet w tamtych lata była mocna w skali całego województwa. Zarówno indywidualnie, jak i zespołowo. Grałyśmy w składzie: Marta Matyjasiak (Głowicka), Beata Uzolnik, Dorota Głuc, Ania Drobna, Magda Wiciarz, Monika Małysa czy Lucyna Koziana. Do II ligi awansowałyśmy bez porażki i pamiętam, że miałam ogromny dylemat. Z jednej strony kończyłam ósmą klasę i chciałam pójść dalej, do większego ośrodka, a z drugiej strony kusiła ta druga liga z dziewczynami. Rozmowa z wujkiem, kiedy zakomunikowałam mu, że jednak wybieram wyjazd do Jastrzębia, nie była łatwa. Na pewno było mu przykro, ale finalnie rozumiał, że tam mam większe perspektywy rozwoju. Nigdy nie zapomnę wyjazdów na mecze czy turnieje naszą poczciwą „Nyską”. Często, zwłaszcza na dłuższym trasach, coś się „przegrzało”, coś się tłukło, trzeba była odczekać.

Nasza rozmówczyni pograła w I lidze, początki na Śląsku to była bajka. - W Jastrzębiu miałam świetne warunki, przynajmniej na początku. Trenerzy ustawiali mnie pod kątem technicznym, większe ośrodki miały większe możliwości, a co za tym idzie wyszkolenie techniczne czy sprzęt stały na wyższym poziomie. Chodziłam tam do szkoły średniej. Super hotel, sala i basen. Dwa lata rewelacja, a potem nastąpił burzliwy czas. Skończyła się komuna. Kopalnia ograniczyła finansowanie sportu. Drugą klasę skończyłam mieszkając w hotelu robotniczym. W końcu przeniosłam się do Bielska, tam też pograłyśmy w I lidze. Po okresie w „Ogrodniku” grałam jeszcze w pierwszoligowym klubie ze Szczyrku. Następnie skupiłam się na studiach, założyłam rodzinę i tenis zszedł na dalszy plan.

Pani Agnieszka jest bardzo utytułowaną zawodniczką. Podzieliła się z nami zdjęciami dyplomów, pucharów. - Jeszcze w czasach gry w Makowie wygrywałam zawody wojewódzkie we wszystkich kategoriach wiekowych, kilka razy wygrałam kolejne etapy – zawody makoregionalne. Startowałam też w zawodach ogólnopolskich, bywałam w drugiej dziesiątce. Kiedyś wraz z Magdą Wiciarz – w zawodach szkolnych - zakwalifikowałyśmy się na mistrzostwa Polski. Niestety nie pojechałyśmy, bo nie miał kto z nami jechać. Byłam w kadrze makroregionu, spotykałyśmy się na trzydniowe zgrupowania (Gliwice, Bielsko, Częstochowa), w wakacje jeździłyśmy na obozy, czy to nad morze, czy w góry. Jeździłyśmy na zagraniczne turnieje – Ukraina, Czechosłowacja. Za czasów gry w Jastrzębiu wraz z koleżanką Kasią zajęłyśmy siódme miejsce na mistrzostwach Polski w deblu. W drużynie byłyśmy ósme. To moje najlepsze wyniki w skali kraju. Zwiedziłam kilka ładnych miejsc, spotkałam na swojej drodze fantastycznych ludzi, to moje największe sukcesy.

Oddanie 7 kwietnia 1990 roku nowoczesnej hali sportowej w Makowie połączono z uroczystością inauguracji Dni Olimpijczyka, z udziałem przedstawicieli PKOL, Krystyną Rawską-Czajkowską i Ireną Szewińską. – Ależ ja miałam stresa, jak przed tak dużą publiką przyszło mi przeczytać Apel Olimpijski. Ćwiczyłam wcześniej z nauczycielką języka polskiego. Czytałam z kartki, ale w sumie, po takim przygotowaniu, znałam ten tekst na pamięć. Udzielałam też wywiadu po całej uroczystości – niesamowite przeżycie. Dzisiaj już nie mam problemu z wystąpieniami publicznymi, wtedy to było coś nowego. Otrzymałam kółko olimpijskie i książeczkę z dedykacją od PKOL – za wybitne osiągnięcia sportowe. Było tam jeszcze miejsce na cztery pieczątki i mówiono, że mając pięć – można było jechać na Igrzyska Olimpijskie. Poprzestałam jednak na jednym.

Jakim trenerem był pan Warta? - Poświęcił się temu bez reszty. Rzadko bywał w domu, tylko treningi, mecze i wyjazdy. Żył tym sportem, żył Halniakiem. Takich ludzi potrzeba, by ruszyć środowisko. Fajne było to, że jako wychowawca w szkole specjalnej często zachęcał uczniów do udziału w treningach i nieraz przychodzili, radzili sobie całkiem dobrze.

Pani Agnieszka miała epizod trenerski. - Mam gdzieś jeszcze umowę zlecenie z Halniakiem. Trenowałam młodszych zawodników wraz z wujkiem, a ze starszymi, grali tam wtedy Marek Świstek czy Krzysiek Kasprzak, grałam podczas treningów. Był to taki epizod, później założyłam rodzinę i zmieniły się priorytety. Miałam dłuższą przerwę, choć całkiem niedawno, kilka lat temu, Mirek Terlecki namówił mnie na grę. Pograłam trochę z nim, trochę w Naprawie i nawet pojechałam na kilka turniejów. Wygrałam w Bielsku, potrafiłam wygrywać z młodszymi, czynnymi zawodniczkami. Trenerzy nie mogli uwierzyć, coś jednak zostało (śmiech). Namówiłeś mnie, przyjdę pograć, jak ruszycie po przerwie pandemicznej – zakończyła. A my, trzymamy za słowo!

„Last dance”

Marek Świstek to przedstawiciel ostatniego mocnego składu Halniaka. Początek był dość przypadkowy. - Sport był obecny w naszej rodzinie. Tata grał w piłkę, wujek też, więc często głównymi tematami domowych rozmów były właśnie mecze, wyjazdy. Ja od zawsze garnąłem się do aktywności fizycznej - koszykówka, piłka nożna, ale ciągle było mi mało. Chodziłem jeszcze na gimnastykę korekcyjną i tak się złożyło, że tuż po nas na salkę w szkole wchodzili tenisiści. Zainteresowałem się tym i któregoś dnia postanowiłem, że zostanę. Wciągnąłem się bez reszty i tenis stał się dla mnie najważniejszy. Zajęcia zaczynały się po 16, a trwały nieraz i do 21. Mieszkam blisko hali sportowej, z mojego okna widać okno salki, więc rodzice mieli mnie pod kontrolą. Dopóki świeciło się światło, to znaczyło, że gramy. Rodzice nie blokowali mojej pasji, jedynym warunkiem było to, żebym nie zawalał szkoły.

Skład drużyny nie był zbyt szeroki, tenis tracił na popularności, znaczeniu. - Dwa czy trzy lata zajęło mi ogranie się, ugruntowanie swojej pozycji. Sekcja nie była wtedy w najlepszym okresie. Trenowało sześciu, czasami ośmiu zawodników, z regularności też nie było kolorowo. Kto grał? Grzesiu Sala, który był o rok starszy niż ja, ale poziom prezentował bardzo wysoki i wprowadzał mnie do drużyny. Byli bracia: Piotr i Krzysiek Sarlej, Darek Syc, Krzysiek Kasprzak. Tuż po mnie dołączył Marcin Głuc, grywał Łukasz Rymarczyk, był jeszcze Tomek Szmalcel, ale on postawił na piłkę nożną, słusznie zresztą, patrząc na to ile osiągnął. Przez jakiś okres grał też z nami Krzysiek Olejniczak. Czasami treningi w zastępstwie pana Fryderyka prowadziła z nami pani Agnieszka Warta. Jeździła z nami na wyjazdy.

Nie mogło zabraknąć pytania o trenera Wartę. Wiele komplementów się pokrywa, ale są i inne, ciekawe, obserwacje. - Pan Fryderyk w trakcie naszej współpracy imponował spokojem. Był człowiekiem o niewyobrażalnej cierpliwości. A przecież to nie jest łatwe, tenis to sport frustrujący. Oceniam go jako super trenera, ale i - albo przede wszystkim - rewelacyjnego pedagoga. Pasjonat tenisa, oddany tej dyscyplinie, zostawił przy stole mnóstwo serca i zdrowia. Dla mnie tenis w Makowie zaczął właśnie pan Fryderyk, a skończył się wraz z jego odejściem. To jego dzieło. Dbał o sprzęt, o środki na wyjazdy, turnieje, dresy, nie mogliśmy narzekać. Zaplecze mieliśmy na poziomie najlepszych w województwie. A przecież tenis nie był priorytetem na naszym terenie. Szacunek. Wiele lat szkolił młodzież, tenis przez te lata bardzo się zmieniał, ewoluował, ale on był otwarty na różne nowinki. Dostrzegał nowoczesne trendy, wiedział, że przy zbliżonym poziomie umiejętności często o zwycięstwach decydował choćby sprzęt.

 

Drużyna miała ambicje, trenowali ciężko i zaczynały się oczekiwania. - Między nami panowała taka zdrowa rywalizacja, napędzaliśmy się wzajemnie. Na meczach ligowych obowiązywała zasada: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, a w turniejach indywidualnych była wewnętrzna rywalizacja, co motywowało do pracy. Wzrost umiejętności spowodował wzrost oczekiwań. Na początku jest łatwo, wchodzisz, jako młody, nie ma oczekiwań, wygrasz to super, przegrasz - nic się nie stało. A kiedy pojawiają się sukcesy, coraz lepsze osiągnięcia, to presja wzrasta. Wymagano od nas dobrej gry, my wymagaliśmy zarówno od siebie, jak i od pozostałych kolegów. Pod kątem obciążenia psychicznego jest trudniej, ale za to satysfakcja była wielka, gdy udało się sprostać wyzwaniom. Nie zadowalaliśmy się pojedynczymi zwycięstwami, chcieliśmy więcej i więcej. Ambicje rosły.

Marek Świstek ma na koncie dużo sukcesów. Jakie konkretnie i w którym momencie naszła go refleksja, że to co robi daje efekty? - Zawsze będę miał w głowie brąz w drużynie na mistrzostwach województwa Bielskiego. Miałem 15 lat, grałem może od trzech, a tutaj taki wynik. Uwierzyłem wtedy, że trening, poświęcenie, ciężka praca przynosi efekty. Obsada całkiem mocna, więc zastrzyk motywacyjny na kolejne lata był ogromny. Byłem wicemistrzem młodzików i kadetów indywidualnie w województwie, regularnie w juniorach młodszych plasowałem się w pierwszej czwórce, a w ogólnej klasyfikacji byłem drugi. Wygrywałem mistrzostwa Makowa, Wadowic, turnieje w Jastrzębie-Zdroju. Cieszyłem się, że wchodziłem na zawody makroregionalne. Ósemka najlepszych z województwa jechała dalej, tam na kolejnym etapie spotykali się najlepsi z 4-6 województw. Bywałem w najlepszej 15tce regionu. Po zmianach administracyjnych, powstało województwo małopolskie i było trudniej. Kraków mocno poszedł w tenis, pojawiły się mocne ośrodki. Ciepło wspominam też zawody szkolne, gdzie wraz z Marcinem Głucem zachodziliśmy daleko. Zajęliśmy kiedyś trzecie miejsce na zawodach międzywojewódzkich i zabrakło jednego miejsca, by jechać na zawody ogólnopolskie. Każdy sukces dawał zastrzyk motywacji.

W 2002 roku sekcja została rozwiązana. Nasz rozmówca doskonale pamięta tamten smutny okres. Był członkiem ostatniego składu, taki prawdziwy „last dance”. - W 2000 roku awansowaliśmy do III ligi. Był to duży sukces. O ile dobrze pamiętam, Grzesiek Sala bardziej skupił się na piłce, więc siłą rzeczy ciężar zdobywania punktów spadł w większym wymiarze niż wcześniej na moje barki. Cała drużyna dawała radę, wszyscy przyłożyliśmy rękę do tego sukcesu. Regulamin był pomocny, w praktyce wystarczało dwóch mocnych zawodników, by wygrywać mecze - wygrywasz mecze singlowe i debla. Dlaczego sekcja padła? Złożyło się na to kilka czynników. Po pierwsze pan Warta miał problemy zdrowotne i nie mógł się już w tak dużym stopniu temu poświęcić. Po drugie - zabrakło napływu nowych zawodników, tenis tracił zainteresowanie, pewnie jednym z czynników było to, że o ile przez długi czas graliśmy w salce, potem w hali, a pod koniec zdegradowano nas na szkolny korytarz. Tam ciasno, ślisko, więc warunki nie zachęcały. Środki finansowe bardziej skierowano w stronę piłki nożnej. A i my byliśmy coraz starsi, zaczęły się studia, praca i czasu na regularny trening zaczynało brakować. Te wszystkie elementy dodane do siebie sprawiły, że tenis ostatecznie zniknął z Halniaka.

Sekcja w Halniaku padła, ale to nie był koniec. Ciekawa drużyna powstała w Juszczynie. - Po Halniaku zrobiłem sobie roczną przerwę. Po jakimś czasie odezwał się Łukasz Stopka, prezes Naroża, żebyśmy reaktywowali drużynę tenisa stołowego. Byłem ja, Marcin Głuc, bracia Sarlej i Mirek Terlecki. Pograliśmy trzy lata, wywalczyliśmy nawet awans do III ligi. Dobra atmosfera, fajne czasy. Trenowaliśmy raz w tygodniu plus mecz ligowy. Graliśmy często w Nowym Targu, fajne zderzenie, my już typowo dla przyjemności, a tam młode wilczki, trenujące kilka razy w tygodniu, pełne zapału, z najwyższej jakości sprzętem. Mimo to dawaliśmy sobie radę. Sekcja w końcu upadła. Raz, że zmienił się prezes, poszli w piłkę nożną, a dwa - zabrakło nowych ludzi. Jakoś ten tenis nie porywał tłumów. Potem grałem jeszcze w Lachowicach, gdzie działał i wciąż działa Piotr Grajny. Najpierw jeździliśmy razem z Marcinem Głucem, ale on zrezygnował. Ja zostałem około czterech lat. Szyki pokrzyżowały mi dwie poważne kontuzje. Dwukrotnie w niewielkich odstępach czasowych skręciłem kolano. Równocześnie lubiłem pograć w piłkę nożną, no i się zdarzyło... Praktycznie rok byłem uziemiony, żmudna rehabilitacja i brak komfortu psychicznego sprawił, że trochę się bałem powtórki i odpuściłem. Kiedy już jednak chciałem ponownie pograć, nawet porozmawiałem z Piotrkiem, ale dwa dni później wylądowałem na stole chirurgicznym (przepuklina). Cieszę się, że chociaż teraz mogę sobie z wami pograć. Tenis stołowy to moja największa miłość, pasja na całe życie.

Czy miał propozycje z wyższych lig, czy mógł żyć z tenisa? - U nas w okolicy nie było profesjonalnego grania. Taki wysoki poziom to okolice czuba drugiej ligi i I liga. Widocznie czegoś mi zabrakło. Miałem taki moment, że myślałem o tym, żeby zostać trenerem. Miałem 24 czy 25 lat i czułem, że dalej już nie pójdę, lepszy nie będę. Jak przez lata masz pewne nawyki, schematy, to potem można doskonalić jedynie detale. Lubiłem dzielić się wiedzą, doświadczeniem, fajnie było trenować z dzieciakami w Lachowicach – zakończył.

ULKS Lachowice - od remizy do walki o I ligę

W XXI wieku największym ośrodkiem jeśli chodzi o tenis stołowy w naszym powiecie stały się Lachowice. Porozmawialiśmy z prezesem Piotrem Grajnym i jednym z czołowych zawodników, Mateuszem Kachlem. W bieżącym sezonie obydwa zespoły z Lachowic grają na "piątkę". Pierwsza drużyna, rywalizująca w III lidze plasuje się na piątym miejscu, druga - w V lidze - również.

Zaczynało się skromnie, w remizie, stół był jeden. - Był rok 2005. Spotkaliśmy się w grupie znajomych, którzy sami w przeszłości lubili poodbijać, a wtedy też mieliśmy dzieci w wieku szkolnym. Na naszym terenie brakowało alternatyw dla piłki nożnej, a nie każdy przecież chce grać. Chcieliśmy, żeby dzieci miały wybór, coś nowego. W gronie założycielskim wymienię mojego brata Andrzeja, Kazimierza Lenarta, Jana Banasia. Ja pełniłem funkcję prezesa, zaszczepiłem ten sport u moich dzieci. Początki, dzięki uprzejmości OSP Kuków, mieliśmy w remizie w Kukowie, na jednym stole. Później pomogły władze Stryszawy, pan Sarlej, udostępniono nam salę, gdzie trenujemy do dzisiaj. Dołączyła rodzina Kachel wraz z dziećmi, firma Pacyga wyposażyła nas w sprzęt sportowy. Jeśli chodzi o szkolenie, to trenowaliśmy na tyle, na ile umieliśmy. Była satysfakcja, frajda, bo organizowaliśmy turnieje, Grand Prix, do Lachowic zaczęły przyjeżdżać drużyny z Krakowa, tworzyło się coś dużego, fajnego na tamten czas. Nasi zawodnicy z początku przegrywali, ale z czasem wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku. Wielu naszych wychowanków pokonało drogę od dziecka do seniora. Moja córka Marta była powoływana do kadry województwa, jeździła na mistrzostwa kraju. Tak samo Mateusz Kachel. Bardzo dobrze radzili sobie też Tomasz Kachel, Dominik Pniaczek, Daniel Skowron czy Marek Lenart. Ten ostatni do dzisiaj grywa na terenie Krakowa. Jak ktoś raz pograł, spróbował, to nie da rady tak łatwo przestać, wciąga niesamowicie. Od początku aż do teraz trenujemy trzy razy w tygodniu - poniedziałek, środa, piątek w godzinach 18:00 - 21:00. Obecnie mamy dwie drużyny - jedna gra w III lidze, druga w V lidze. W obu jesteśmy w ścisłej czołówce, przynajmniej biorąc pod uwagę obecny sezon. Niestety, obecnie mamy przerwę pandemiczną. Przez sześć lat rywalizowaliśmy na poziomie II ligi, w jednym z sezonów byliśmy o krok od I ligi, przegraliśmy wówczas baraż z Gorcami. II liga była bardzo wymagająca, zarówno logistycznie (dalekie wyjazdy np. do Przemyśla), jak i sportowo. Nie jesteśmy wielkim ośrodkiem, z wielkim zapleczem sportowym i zasobami ludzkimi. Musimy posiłkować się zawodnikami z zewnątrz. W okresie jesienno - zimowym, kiedy odbywają się zawody szkolne, jesteśmy niemal świetlicą, na treningach bywa i po 40 osób. Na stałe zostaje z tego jedynie garstka, młodym zawodnikom brakuje systematyczności, chęci, wzięcia odpowiedzialności. Tenis stołowy to sport indywidualny, wiąże się z presją. V ligę poświęciliśmy dla młodych adeptów i też starszych zawodników, którzy chcą pograć.

Aktualnie treningi są zawieszone, ale zapytałem, jak w normalnych czasach wyglądają zajęcia. - Zarówno trzecia, jak i piąta liga trenują razem. Jeden drugiemu jest potrzebny. Różnica nie jest aż tak znacząca, mecze są zacięte. Jesteśmy jak jedna wielka rodzina. W meczu musi wystąpić czterech zawodników, a jedzie piątka, to rezerwa czy rotacja. Odbywa się 14 meczów, dwanaście singlowych i dwa deble. Sędziowie, dwa stoły. Taki mecz może trwać i cztery godziny. Sam z powodzeniem radzę sobie w piątej lidze, choć grywałem i w czwartej, i w trzeciej, jednak wiek robi swoje. A i wymagania, bo tenis stołowy, to dużo ruchu, przeciążeń. Grzecznościowo, przy wygranym meczu, zagrałem kiedyś nawet w drugiej lidze. Przez długi czas tenis był dla mnie sportem numer jeden, wielką pasją. Wciąż jest, ale w międzyczasie biegałem, udzielam się w Stowarzyszeniu "Mocni Pomocni". Sprawy organizacyjne pochłaniają wiele czasu - terminarze, zmiany terminów, wyjazdy, transfery. Pożerają masę czasu, ale nie wyobrażam sobie nie być na meczu, kiedy gramy u siebie. Tenis - nie ma co ukrywać - przesiąknął dom rodzinny. Wszędzie rakietki, puchary czy okleiny. Wyjazdy pochłaniają wiele czasu. Za czasów II ligi były bardzo dalekie. W trzeciej lidze jeździmy choćby do Krakowa, Wilczkowic, Gorlic czy do Olesna, w piątej Orawa czy Czarny Dunajec. Drużyny same ustalają sobie godziny meczów, w zależności od dostępności sali. My gramy w piątki o 18 i w sobotę o 14. Przykładowo: Do Wilczkowic jeździliśmy w piątek na 19:00, mecz skończył się po 21, powrót do domu na 22/23. W Gorlicach graliśmy w niedzielę o 10, więc wyjazd już o 7 rano i praktycznie cały dzień z głowy. Trening dzieci to przede wszystkim prawidłowy chwyt rakietki, postawa przy stole, zajęcia ruchowe przy stole, bo dzieci mają tendencję do "czekania" na piłeczkę, więc naszym zadaniem jest je "rozruszać". Oczywiście istotna jest też obserwacja sytuacji, przewidywanie, wszystko z dbałością o bezpieczeństwo, bo kanty... Starsi sami narzucają sobie sposób treningu, który jest zależny choćby od okresu, czy to przygotowawczy, czy startowy. W mikrocyklu piątek - niedziela, zawodnicy z trzeciej ligi zazwyczaj trenują w poniedziałek rozruchowo i w środę mocniej, natomiast w piątek przed meczem już nie. Chodzi o systematyczność, rytm meczowy, oni już nie nauczą się bardziej. Moja córka grała przez dziesięć lat, jak wspominałem występowała w kadrze wojewódzkiej, tak jak Mateusz Kachel. Poświęcali się treningowi. Rówieśnicy spędzali czas inaczej, a oni na sali, trenując, odbijając. Sport ma to do siebie, że kształtuje charakter i moja córka taki ma. Cieszę się, że trwamy cały czas, nieprzerwanie. Jesteśmy już od tylu lat, po drodze wykruszył się Juszczyn, Białka czy Naprawa, która powróciła, Życzę im dobrze, kibicuję i wspieram takie inicjatywy. Podobnie badminton i tenis stołowy w Makowie, Włóczykije powiatu suskiego, czwartkowe bieganie, bieganie u Marka Witkowskiego. Fajnie, żeby młodzi ludzie i nie tylko mieli alternatywy. Rafał Kukla robi niesamowite rzeczy i oby tak dalej. Chylę czoła. Każda inicjatywa, która sprawia, że ludzie mogą aktywnie spędzać czas jest wartościowa – ocenił Piotr Grajny.

Wspomniany wcześniej Mateusz Kachel opowiedział nam o swoich początkach i wielkich emocjach związanych z walką o I ligę! - Kiedyś podczas turnieju w szkole podstawowej odbijałem z Przemkiem Grajnym, który ocenił, że mam potencjał i wybrałem się na trening. Spodobało mi się, mieliśmy fajną ekipę, dużo rówieśników, atmosfera bardzo dobra. Sukcesy? Trzy razy wygrałem mistrzostwo województwa, dwa razy zakwalifikowałem się na mistrzostwa Polski, raz w drużynie z Danielem Skowronem i Michałem Kubieńcem, Udawało się wygrywać turnieje w Żywcu czy Krakowie. Pamiętam walkę o I ligę, zabrakło nam punktu! Emocje były do końca. I liga to wielkie wymagania finansowe, takie miejscowości jak nasza, bez sponsorów i wielkich budżetów, nie mają szans. Wtedy mieliśmy dwóch przyjezdnych i dwóch naszych, walczyliśmy do samego końca. Ostatecznie zakończyliśmy rozgrywki na drugiej pozycji. Ten sezon w trzeciej lidze traktujemy przejściowo, chcemy się zgrać, stworzyć dream team i w przyszłości jeszcze powalczyć. Ambicje są. Tenis stołowy wymaga dużego poświęcenia, jeśli chodzi o czas. Wyjazdy wraz z meczem nieraz zajmowały cały dzień. W II lidze jeździliśmy kosmicznie daleko, ale uważam, że lepsze to niż jakbyśmy mieli grać w piłkę i jeździć po okolicy. Więcej zwiedzimy grając w tenisa.

Naprawa - reaktywacja

Reaktywacja sekcji tenisa stołowego w Naprawie nastąpiła dwa lata temu, zajmuje się nią Bogusław Gwiżdż. – Na dzień dzisiejszy obostrzenia nie pozwalają na treningi, rodzice też mają obawy i ten sezon mamy zakończony. Zaczęliśmy ponownie dwa lata temu, wcześniej przez wiele lat sekcję prowadził pan Adam Matejko. Z tego co wiem, grali z powodzeniem na poziomie czwartej ligi, byli bliscy wywalczenia awansu, ale z powodów finansowych ostatecznie nie zagrali w trzeciej lidze. Pokazał się nowy narybek. Uczniowie klas szóstych, teraz siódmych lubiący ten sport. Reprezentowali naszą szkołę na zawodach gminnych, powiatowych czy rejonowych. Poza nimi wsparli nas starsi zawodnicy, którzy grali już kiedyś w poprzedniej sekcji. W zeszłym sezonie wystartowaliśmy w piątej lidze Nowy Targ. Zajęliśmy siódme miejsce na trzynaście drużyn. W bieżącym sezonie graliśmy tylko jesienią, wiosnę odpuściliśmy. Mamy nadzieję wrócić od września i wystartować w kolejnym sezonie. Kadra zespołu? Robert Jędral, Arkadiusz Możdżeń, Marek Kowalczyk, Mateusz Kołodziejczyk, Bartosz Kowalczyk, Radosław Tymański, Kacper Paluch i Szymon Nosidlak.

Pan Adam Matejko zajmował się sekcją za pierwszym razem. - Ja zajmowałem się organizacją. Trenerem był wtedy Robert Jędral. Trwaliśmy od 2002 do 2010 roku. Byliśmy o krok od III ligi, my kroczyliśmy od zwycięstwa do zwycięstwa, Gorce też. Finał był niezwykle emocjonujący. Ostatecznie to oni awansowali, ale walczyliśmy do końca – wspomina.  

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Lolek - niezalogowany 2021-04-13 13:02:13

    Kto miał siłę tyle napisać o tym klubie? Szok to jest chyba cała monografia Makowa.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Komentarze mogą dodawać tylko zalogowani użytkownicy.

Zaloguj się


Reklama
Reklama
Reklama

 

Reklama
Reklama